This page is hosted for free by cba.pl. Are you the owner of this page? You can remove this message and unlock many additional features by upgrading to PRO or VIP hosting for just 5.83 PLN!
Want to support this website? Click here and add some funds! Your money will then be used to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Maraton PS2 [2/3] – Parszywa dwunastka

PlayStation 2 to konsola z fantastyczną biblioteką gier. Ponad 3,500 tytułów wydanych na przestrzeni 13 lat, mnogość tytułów niedostępnych na platformach konkurentów do tego wsteczna kompatybilność z poprzednikiem pomnażająca bibliotekę o kolejne tytuły. Stworzenie jakiejś listy najlepszy gier na tą konsolę to zadanie, które nie mam zamiaru się podjąć – zbyt wiele gatunków zawitało na tej konsoli, serii, które mnie nie pochłonęły. Nie ma szans, by moja lista debeściaków odwzorowywała stan faktyczny. Dodatkowo, jako że jest to materiał wspomnieniowy to raczej spróbuję rozmawiać o tytułach, które najbardziej zapadły mi w pamięć przed posiadaniem własnego egzemplarza konsoli, maksymalnie do 2 lat od zakupu (2016). Przedstawiam wam listę moich najbardziej nostalgicznych gier, nostalgicznych z różnych względów od razu zastrzegam, każdy przypadek będę zaraz szczegółowo omawiał, ale zdajcie sobie sprawę, że ten wpis nie będzie pokazywał tej konsoli od najlepszej strony w tym sensie, że nie będzie aż tyle gier uznawanych powszechnie za najlepsze, bardziej liczcie na mniej oczekiwane pozycje. A tak na marginesie, na tej liście są tylko 4 ekskluziwy, ale co poradzę, z większością z tych gier miałem najlepsze wspomnienia właśnie na czarnulce. Nie tracąc więc czasu na rozwlekanie tego co nieuniknione, czas zaprezentować pierwszy tytuł.

15. Metal Slug 3 (2014)

Pamiętam tą grę, gdyż była pierwszą jaką brat zaprezentował mi niedługo po przyniesieniu pożyczonego od kolegi egzemplarzu konsoli. Dostałem w dłoń drugiego pada i dostałem jedną z najbardziej zabawnych gier do wspólnego grania na jaką nigdy wcześniej trafiłem. Rozgrywka w tej grze jest niezwykle prosta, bo jest to niezwykle śmieszna kreskówkowa wersja Contry. Wybieramy wojaka i od razu zostajemy zrzuceni na plażę (Omaha(?)) i ruszamy niszczyć każdego przeciwnika na naszej drodze przy okazji zbierając różne znajdźki dawane nam przez pojmanych sojuszników. Naszymi przeciwnikami są głównie przygłupi żołnierze opozycji, chociaż znajdzie się też kilka egzotycznych oponentów z krabami czy plującymi ogniem rosiczkami na czele. Niszczenie kolejnych zastępów przeciwnika przy pomocy fajnego arsenału broni sprawiało mi masę frajdy, ale nic byłoby to bez dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest niezwykły humor produkcji, gdzie niemal na każdym kroku wylewa się dowcip, np. z przerażonych twarzy żołnierzy, kiedy nas zauważą, czy gdy po zebraniu odpowiedniej ilości jedzenia nasz heros staje się „ulany” i zamiast typowego noża używa widelca. Albo poziom drugi w którym możemy zostać zamienieni w zombie i pluć krwią po całym ekranie. Ostatnim aspektem gry są niezwykle fajnie pomyślani bossowie, którzy mimo że w wielu przypadkach wtórni to ich ataki szczególnie za pierwszym razem mogą być niezwykle nie do przewidzenia. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektórych planszach możemy wybrać kilka dostępnych ścieżek, co w rzeczywistości pozwala na przejście gry na kilka sposobów. Tak oto mamy przepis na grę, która idealnie sprawdzi się w piątkowy wieczór zamiast seansu nudnego filmu z telewizji, z kolegą, lub lepiej z koleżanką.

14. Raw vs. Smackdown 2011 (2010)

W pewnym momencie kilka osób z mojej osiedlowej „rodziny” dostało w pewnym momencie szajbę na punkcie profesjonalnego wrestlingu, gdzie co tydzień zasiadali do komputera oglądając akcje z tego świata. W Stanach ta branża rozrywki cieszy się bardzo wielką popularnością i w sumie nic dziwnego, bo nawet dla mnie wygląda to jakby dwóch superbohaterów dzisiejszych czasów walczyło ze sobą dla ubawu publiczności. Wiem, że to jest wyreżyserowane, czy nie prawdziwe… Ale jak można wyreżyserować lądowanie tych 150 kilowych potworów na sobie, nawet ci najmniejsi często latają po całym ringu, czasem okładając się stalowymi krzesłami i innym wyposażeniem. Dlatego w/w gra spełniała każdy sen takiego fana WWE, bo była produktem pełnym – składała się z wielu gal obecnych także w wrestlingu – był Royal Rumble, Eliminator Chamber, Ladder Match, stary wszystko! Dodatkowo w grze dostępnych było wiele popularnych wtedy wrestlerów z moim ulubionym Reyem Mysterio, czy chyba najbardziej popularnym John’em Ceną. Ile razy tworzyłem siebie za pomocą kreatora, a potem dołączałem do rozgrywających się meczy pomiędzy botami, które po kilku chwilach masakrowałem swoim finisherem. I to właśnie był chyba kolejny element, który dodaje tej branży i co za tym idzie grze tego smaczku – te właśnie kończące ruchy, ostateczne ciosy dla naszego oponenta, po których pada na ring i mamy czas na przypięcie go i wygranie pojedynku. Fajny był także tryb „kariery(?)”, który oprowadzał nas po wszystkich wydarzeniach w ciągu roku wydarzających się w świecie WWE. To właśnie tam z czasem odblokowywało się kolejnych wrestlerów, które urozmaicało wszystkie pozostałe tryby, szczególnie mój ulubiony Royal Rumble. Gra była idealnym spadkobiercą PC-owego WWE Impact, które było jednak strasznie ograniczone i nie posiadało tyle zawartości, co w/w tytuł.

13. Prince of Persia: The Two Thrones (2005)

Od dawna miałem jakąś słabość do zjawiska posiadania swojego „alter-ego”, swojej złej strony, która będzie przeciwieństwem tego, co prezentujesz na co dzień. I takie są Dwa Trony, ostatnia część trylogii Piasków Czasu Księcia Persji, który jakoś nie podpasował mi podczas ogrywania go na Pegasusie, nie lubię gier, gdzie często trzeba zasuwać na tzw. „popierdolca”, a też gameplay w tamtej produkcji nie postarzał się w mojej opinii za dobrze. Wracając do części z 2005 roku nasz książę w wyniku kontaktu z jakimś starożytnym artefaktem dostaje znamię jak Jin Kazama z Tekkena na prawym ramieniu przez które od czasu do czasu nad jego ciałem i zyskuje on nowe metody poruszania się, a także eliminacji wrogów. Dodatkowo dochodzą skutki wydarzeń z Piasków Czasu i Duszy Wojownika. Sam książę w wyniku wydarzeń wydoroślał i dorósł, nie był już tylko prostą kalką Alladyna, czy innego bohatera baśni 1000 i jednej nocy. Opowieść nabrała mrocznego charakteru, co widać po często bardzo brutalnych zabójstwach przeciwników podczas walki, szczególnie będąc alter-ego księcia. Ulepszono system walki, który sprawił, że walki przestały przypominać masowy gangbang, co było niezwykle denerwujące w Piaskach Czasu. Ale sama seria nie byłaby sobą bez swojej akrobatyczno-platformowej otoczki, którą osobiście uwielbiam. To bieganie po ścianach i skakanie po półkach zawsze mnie jarało i przyjemniej robi mi się to w Księciu, niż w spadkobiercy – Assassin’s Creed. Ogólnie bardziej podobała mi się przez to ta mroczna część bohatera, z łańcuchami, które wprowadzały nowe elementy do w/w aktywności. Denerwował mnie jedynie w tej postaci fakt, gdyż tam z czasem życie naszego bohatera spada, a podleczyć można się tylko mordując kolejne zastępy przeciwników. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niszczenie skrzyń i innych pierdół też zwraca nam trochę zdrowia, prawdopodobnie ta gra byłaby już przeze mnie ukończona, a jak na razie czeka na swoją kolej, kiedyś.

12. NBA 2K11 (2010)

Koszykówka, jedna z wielu dziedzin sportowych, które mnie zawsze fascynowały, ale z prawdziwą grą już bywało słabo, głównie z powodu braku talentu, zaangażowania i wzrostu, ale od czego są gry wideo i jeśli chodzi o tą dyscyplinę sportu, to do głowy przychodzi mi tylko jeden tytuł – NBA 2K11. Rozgrywka tam była niezwykle prosta i w sumie nie ma co głupiemu tłumaczyć, o co w koszykówce chodzi. Dla mnie jednak była to pierwsza dłuższa przygoda z grą wideo opisującą inny sport niż piłka nożna, co dla typowego człowieka może być dziwne, ale ja byłem bardzo zdziwiony, jak skomplikowana i złożona to jest gra – obrona strefowa, zakładanie zasłon, rzucanie osobistych. Wszystko w akompaniamencie bardzo charyzmatycznego komentarza Kevina Harlana i Clarka Kellogga, którzy nadają podczas meczu niesamowitą atmosferę. Do tego wybór dowolnej drużyny z draftu i rozgrywanie nią sezonów, jak w FIFIE, gdzie wśród zawodników figurował nasz polak rodak Marcin Gortat, który niestety nie doczekał się w tej wersji komentarza. Ale całą esencją tej gry jest miodny gameplay, który tworzy z tej gry pozycję bardzo grywalną, nawet nie dla fanów tego sportu. Uwielbiam stosowanie taktyk i przedzieranie się przez obronę rywala tylko po to, aby wykonać narzędzie ostatecznego ro5dolu – WSAD, który jest bardzo piękną formą zdobycia punktów dla swojej drużyny, szczególnie, gdy dodany został obrót, czy przełożenie pod nogą w locie. I to zawsze do tej gry udawałem się, gdy byłem niepocieszony po W-Fie, bo przynajmniej tam mogłem święcić swoje mały triumfy.

11. Resident Evil 4 (2004)

Z tą grą kojarzą mi się dość nieprzyjemne wspomnienia, gdyż przy pierwszym odpaleniu znienawidziłem ją z powodu debilnego sterowania i dość strasznego klimatu. No bo wyobraźcie sobie mnie siedzącego te kilka lat temu przed konsolą patrzącego na głównego bohatera, który chodzi z kołkiem w dupie i jest atakowany przez jakiś dziwnym rednecków. Gra dość szybko zniknęła z czytnika PS2, lecz postanowiłem po kilku latach zmierzyć się ponownie z tym tytułem. I naprawdę było ciężko, bo kontrolowanie Leona jest naprawdę dziwne, celuje się przy pomocy R1, a strzela X-em. WHAT WERE THEY THINKING? Ale gdy przejdziemy przez tą barierę mamy do czynienia z bardzo dojrzałą opowieścią, w której musimy uratować córkę prezydenta, która jest przetrzymywana w wiosce na jakimś pustkowiu. Problemem w tej produkcji był dla mnie fakt, że nigdy nie wiedziałem, gdzie iść, szczególnie, gdy trafiałem na dwie ścieżki, które prowadzą do dwóch różnych miejsc. Ale sama walka i ten element przetrwania i oszczędzania amunicji był całkiem fajnie pomyślany, na początku ważną umiejętnością była nauka walki nożem lub wykorzystywania różnych elementów otoczenia do walki, szczególnie w późnych elementach, gdy w miejscach głowy niektórym wieśniakom zaczną wyrastać ostrza, do których lepiej się nie zbliżać. Dodatkowo te klimatyczne walki z bossami, gdzie każdy typowo ma swoje słabe punkty, które trzeba wykorzystywać. I te memy z Leonem jedzącym każde zielone ziele, które przejdzie przez jego ręce. To tworzy naprawdę ciekawą pozycję, której kiedyś może podejmę się znowu.

10. Need For Speed: Most Wanted (2005)

Przez wielu nazywana najlepszą grą z serii i osobiście pewnie mógłbym się zgodzić, ale przepraszam, dla mnie lepszy i bardziej klimatyczny był pierwszy Underground, szczególnie, że to w niego nagrałem się najwięcej, bo MW nie chodził u mnie tak dobrze i pierwszy raz ukończyłem go na PS2. Zatem witamy w Rockport, mieście w którym kobiety noszą skąpe topy, a wszystkie pojedynki rozstrzyga się tylko w jeden sposób, wiadomo jaki. Fabuła jest tutaj tak znana, że chyba nie trzeba się na jej temat w ogóle wypowiadać, trzeba po prostu wygrywać z każdym, kto stanie nam na drodze w wirtualnym mieście. Do użytku dostało się tyle nowych samochodów względem dwóch wcześniejszych instancji, szczególnie mój ulubiony Dodge Viper SRT10, chociaż moim pierwszym wyborem zwykle był Lexus IS300, głównie przez to, że na Golfa nie miałem kasy. Tuning w tej edycji trochę zbiedniał w porównaniu do poprzednika, chociaż ja nigdy nie lubiłem U2 z powodu nakazu zainstalowania jakiś pierdół, które użyć można było ewentualnie w tych zdjęciach do magazynów. W Most Wanted dostajemy dość małą ilość komponentów do naszego samochodu, ale wystarczającą dla każdego, przecież i tak głównie liczą się osiągi naszego auta. To tutaj po raz pierwszy od rewolucji w serii wprowadzono pościgi policyjne, które naprawdę dodawały do gry dużo smaczków, większy sens miała fabuła, gdzie oprócz pokazana się w starciach z innymi kierowcami musieliśmy wykazać się także zdolnością nawigowania po mieście i spełniania różnych celów podczas wyścigu, które dawały nam tzw. Notowania. I nie można zapomnieć o zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej, gdzie królował Nine Thou, czy inny Hand of Blood. I mam nadzieję, że gdy ewentualnie będę miał samochód i odpalone radio to żaden z tych utworów się nie odtworzy, bo może skończyć się to naprawdę niedobrze…

9. Call of Duty 2: Big Red One (2005)

Opowiada historię o żołnierzach z 1. Dywizji Piechoty, ale także pokazuje potencjał czarnulki do tego typu gier, bo warto wspomnieć, że w tym samym roku wyszła 2 część cyklu Call of Duty, przez którą większości graczy pospadały kapcie. Sam podtytuł sugeruje jednak, że jest to gra z własną historią i pomysłem na siebie, bo w porównaniu do poprzednich części tutaj od początku do końca wcielamy się w członka oddziału, który infiltruje z czasem różne lokacje na świecie. Gra rozpoczyna się w Afryce, gdzie przyjdzie stanąć nam do walki z oddziałami generała Rommla, zaszturmujemy Sycylię w operacji Husky, a cała akcja zakończy się przekroczeniem linii Zygfryda, która otworzy nam drzwi na Berlin. Samo zastosowanie jednej kampanii wyszło grze na dobrze, bo naprawdę da się przywiązać do swoich towarzyszy broni, gdzie każdy ma swój charakter i osobowość oraz fakt, że wiele głosów zostało tutaj podstawionych przez aktorów z serialu Kompania Braci, co nadaje niezwykły klimat całej rozgrywce. Bardzo podoba mi się też fakt, że użyto w tej edycji apteczek, które wyśrubowują trochę poziom trudności, ale według mnie lepsze jest to niż samoregeneracja jak w części na PC (W ogóle wyobrażacie sobie taką wojnę, w której żołnierze mieliby takie umiejętności?). Jest tu także kilka unikalnych broni, bo do dyspozycji są także karabiny francuskie, czy włoskie, więc jak ktoś nie lubi Thompsona czy MP40 to można pobawić się czymś innym. Oprócz chodzenia w butach żołnierza dane będzie nam także wsiąść za stery amerykańskiego Stuarta, czy niemieckiego Panzera IV. Dodano jest także kilka oskryptowanych wydarzeń, które dodają filmowości. Wszystko to złożone do kupy dawało grę, przy której nie jeden wieczór zleciał jak z bicz strzelił.

8. The Godfather (2006)

Z tą grą kojarzy mi się zawsze jedno wydarzenie – niedoczytywanie mapy. Wszystko z powodu porysowanej płyty na której znajdowała się gra, co sprawiało że przejście jakiejkolwiek misji w niektórych przypadkach powodowało długie czasy doczytywania, gdy gra w ślimaczym tempie próbowała dorysować kilka metrów przed nami i wyrwać nas z tego letargu w który wpadliśmy. Z drugiej strony jednak była to jedna z najlepszych gier GTA-podobnych na jaką można trafić. Sama fabuła też nie była taka zła, bo przeplatała się z wydarzeniami z książki/filmu i często lądowaliśmy w środku akcji – to my zawoziliśmy rannego Vito Corleone do szpitala, to my podkładaliśmy Michaelowi broń w toalecie restauracji. Z każdym zadaniem widać rosnącą coraz bardziej naszą pozycję w rodzinie, ale także Nowym Jorku. Wszystko podsyte także smaczkami, które nie występowały w produkcji Rockstara np. system chowania się przy ścianie i innych gładkich powierzchniach. Dodatkowo system zdobywania interesów, a co za tym idzie – manipulacja właścicielami, żeby zapłacili jak najwięcej, czy system modyfikacji broni, który pozwalał ulepszać każdą z dostępnych w grze broni, który ułatwiał grę, ale także pozwalał z mało lubianych broni robić bardzo dobre maszynki do zabijania. Jednym z problemem gry był bardzo mała różnorodność pojazdów, bo w grze jest ich jakoś 6, co jest liczbą bardzo małą patrząc na fakt, że do dyspozycji dostajemy bardzo duże miasto. Fajnym smaczkiem były także zlecenia morderstw „grubych ryb” w konkurencyjnych rodzinach, gdzie przy większości, żeby otrzymać więcej pieniędzy musimy zabić w konkretny, często niekonwencjonalny sposób np. wrzucić go do komina, czy z dachu. Moim ulubionym zajęciem w tej grze było zdobywanie interesów i patrzenie, jak mapa zmienia się pod wpływem naszych działań – odbijanie melin, magazynów, czy posiadłości Rodzin – to właśnie sprawia, że ta gra jest taka miodna i mam do niej taki sentyment.

7. Shadow of Rome (2005)

Jest źródłem słodko-gorzkich wspomnień. Główną otoczkę stanowi tutaj dość ważne wydarzenie w historii Starożytnego Rzymu – zamordowanie Juliusza Cezara w 44 r.p.n.e. W grze wcielamy się łącznie w dwóch przyjaciół – Oktawiana i Aggrippę, pierwszy z nich jest bratankiem zamordowanego, który przeprowadza dochodzenie w w/w sprawie. Aggrippa to jest początkowo rzymskim legionistą, lecz z czasem staje się gladiatorem w wyniku spisku uknutego przez spiskowców. Grę osobiście można podzielić na dwie dość odmienne gry. Z jednej strony sterujemy Oktawianem, podczas której gra zamienia się w typową skradankę, gdzie musimy się ukrywać przed legionistami(L) i innymi ludźmi i każdym etapem wiemy coraz więcej o spisku wokół morderstwa. Te etapy pamiętam na samym początku gry bardzo mnie odrzuciły, bo nigdy nie lubiłem tego typu etapów, bo giniesz w ciągu sekundy i cały, często długi etap musisz powtarzać od nowa. O wiele więcej mogę opowiedzieć o drugiej części gry w której sterujemy gladiatorem Aggrippą, które były typową nawalanką z innymi gladiatorami na często wymyślonych zasadach i różnych trybach, od klasycznego pojedynku z tuzinami przeciwników przez te z dzikimi bestiami aż do trybów w którym mieliśmy pokonać więcej niż konkurent. A sposobów likwidacji było multum przy pomocy różnych rodzai broni – od miażdżenia głów po obcinanie rąk, czy w końcu głowy – posoka leje się przez cały czas i to jest chyba to, co dzieciaki w moim wieku lubiły najbardziej.

6. FlatOut 2 (2006)

To kolejna gra z typu ‘nie mogę zagrać na komputerze, to sobie ogram na PS2’ oraz gier ogrywanych u kolegów. I gdy w końcu na własnej skórze mogłem bez ingerencji kolegów zagrać w ten tytuł przekonałem się, jakie to dobre. To bardzo dobre wyścigi z nutką wielkiego roz5dolu, który może się tam zadziać, gdy spróbujemy twardo porywalizować z przeciwnikami i poniszczyć się nawzajem. A nawet nasi przeciwnicy dostali tutaj trochę charakteru, gdyż wykreowano 7 oponentów, którzy będą mierzyć się z nami w każdych zawodach, przy czym każdy specjalizuje się w innych typach rozgrywki – jedni miażdżą wszystkich w Derby, inni prześcigają resztę w normalnych wyścigach. A te wyścigi to piękna sprawa, że chętnie spróbowałbym tej rozgrywki na kierownicy, bo w sumie granie na analogach nie potrafi tak dobrze oddać tych wszystkich niuansów. Trasy, mimo że są kompletnie wymyślone to sprawiają wrażenie bardzo dobre i klimatyczne, do dziś moją ulubioną jest ta w której ni z gruchy czy pietruchy przejeżdżamy przez środek centrum handlowego niszcząc przy tym każdą ławeczkę czy kwiatek. To właśnie ta miodność rozgrywki sprawia, że w FlatOut 2 gra się tak niezwykle przyjemnie. Wszystko dodatkowo podsyte innymi trybami rozgrywki, w których prym wiodą zawody polegają na zabawę system wystrzeliwania naszego kierowcy przez przednią szybę – pogramy tak sobie w Rzutki, czy Skok Wzwyż, ale także poniszczymy się bardziej na Derbach, czy fikuśnych torach w kształcie 8semki, czy ślimaka. Wszystko zwięczone genialną ścieżką dźwiękową porównywalną do tej z najlepszych części serii Need For Speed.

5. FIFA 14 (2013)

Czyli najlepsza możliwa wersja na silniku FIFY 07. Jako że PS2 sprzedawało się nieźle to nawet w czasach siódmej generacji dostawało najnowsze wersje FIFY, które coraz bardziej odbiegały od wersji na młodszą generację. Ostatnią była właśnie 14 i w czasie zakupu PS2 była ona nawet najnowszą odsłoną serii, także lakonicznie można się śmiać, że w końcu miałem jakąś nową grę. Rozgrywka jest równie drewniana co w poprzednich częściach cyklu, ale przy tym niezwykle prosta, bo żeby wykonać pressing, by odebrać piłkę, naciskasz guzior, a zawodnik od razu rusza do ataku na przeciwnika. Podania są niezwykle nijakie, wykonanie jakiegokolwiek prostopadłego to dobra droga do straty piłki, ale cała otoczka była niezwykle fajna. Sezon 13/14 to pierwszy sezon BBC w Realu, czy Neymara w Barcelonie. Ale FIFA nie byłaby tak uwielbianą przeze mnie grą, gdyby nie tryb menedżerski, który i tutaj znajduje się w pełnej okazałości żywcem wzięty z 07 i drobnymi łatkami w postaci Punktów Sławy Menedżera i rosnącego stopnia okazałości. To właśnie tutaj rozegrałem swoją najlepszą karierę w życiu podnosząc spadkowicza Championship – Yeovil Town w trzy lata do najwyższej klasy rozgrywkowej i niedługo potem z drużyny półtora-gwiazdkowej drużynę pięciogwiazdkową, gdzie podpisywałem kontrakty z młodymi wtedy takimi gwiazdami jak Griezmann, Pogba, czy Lewandowski. Problemem w tym wypadku był jednak fakt, że często wiele drużyn nie wykonywało żadnych ruchów na rynku, przez co nie mogli oni sprzedawać swoich zawodników, gdyż brakowało im kadry. Jednakże były to małe detale, które rzadko wpływały na grę przez co FIFA 14 w wersji na czarnulkę mówiąc po piterusowemu jest w jakimś ścisłym TOP najlepszy gier z serii FIFA w ogólności.

4. Grand Theft Auto: Vice City Stories (2007)

Ta gra jest niezwykle historyczna, bo była pierwszą, którą nakarmiłem system odtwarzania gier z pendrive’a i jedną z pozycji dla której kupiłem wielokrotnie wspominaną konsolę. W momencie zakupu byłem wniebowzięty, ponieważ uważałem wtedy Grand Theft Auto za serię sprawiającą najwięcej frajdy i zawsze ciepło wrzucić się w wir kolejnej przygody, zwłaszcza, że jest to Vice City, czyli jedno z moich ulubionych miast. Przechodziło się kolejne misje niezwykle fajnie, bo było do czego postrzelać i nie brakowało humoru. Ogrywając po latach jednak zastanawiam się dlaczego, bo teraz, gdy nie mam takiej fazy na gry z uniwersum GTA to VCS wydaje mi się strasznie słabiutki, bardziej taki zestaw misji do VC, ale po kolei: po pierwsze primo, fabuła w tej grze jest niezwykle drętwa, bo Victor wstępuje do wojska, żeby mieć hajs na leki dla swojego chorego brata, lecz szybko zostaje wy5dolony z powodu postaci do której od początku nie mamy szacunku plus dodatkowo przewija się tam Lance Vance, czyli jedna z bardziej nielubianych przeze mnie postaci w całej serii. Z fajnych smaczków to Vic potrafi pływać, co prawda przez tylko kilka chwil, ale po zrobieniu pewnej misji staje się to nieograniczone, wprowadzono kupowanie interesów, ale zamiast unikalnych interesów wprowadzono możliwość budowania jednego z kilku predefiniowanych typów tych budynków. Samego klimatu w tej grze w ogóle prawie nie czuć, chociaż miło wspomina się koncert Phila Collinsa, przejazd ciężarówką wojskową do Fortu Baxter z początku gry, czy nawet jingiel z menu gry, który wpada w ucho jak w sumie każdy motyw przewodni z tej serii. Jednak mimo tych wszystkich wad, które odkryłem przechodząc ją po raz kolejny nie mogę jej zarzucić braku nostalgii czy wspomnień z tamtego momentu, gdy wracałem w piątek do domu, odrabiałem lekcje na następny tydzień i wieczorem dawałem się ponieść tym wszystkim emocjom związanym z ogrywaniem tej gry.

Na dziś starczy tego dobrego. Do omówienia została mi nostalgiczna Święta Trójca oraz kilkanaście gier, które z najróżniejszych przyczyn nie znalazły się na tej liście, a należy poświęcić im dwa słowa. Dobra, dwa zdania. Lepiej – poświęcić im nieco uwagi. Chciałbym zachęcić także do dzielenia się wspominkami z omawianymi wyżej tytułami, ale także swoimi własnymi. Nie zatrzymuję was dłużej, niech moc będzie z wami.


Nowy redaktor! Zmiany na stronie, fuzja etc.

Hej.

Jak wiecie od jakiegoś czasu oprócz mnie na Pitstopie można było znaleźć także artykuły Vandiego czy Seeda. Po pewnych negocjacjach do szeregów redakcji dołącza również Kunio! Wcześniej mogliście kojarzyć go m.in. z zaprzyjaźnionej strony Wrzosowisko, bądź też z wpisów na LU-DM. Wraz z Wrzosiem na Pitstopie pojawiają się również wszystkie jego wpisy, które dostępne były na jego stronie – żeby nie zasypywać nagle falą tekstów, a też najzwyczajniej sporo czytelników już jego wpisy wcześniej przeczytało, zostały one dodane chronologicznie, według daty zamieszczenia tam. Jego strona zaś zostanie zamknięta, zawieszona. Taki transfer to spory krok merytoryczny dla strony, a i fajnie, że do serwisu mają dostęp ludzie „z przeszłością”, bo przecież Seed kiedyś również miał swoją stronę, a i warsztat Vandiego jest znany nie od dziś. Zawsze to też nieco większa szansa na nowy wpis, bo wszyscy wiemy, że z tym jest tu różnie.

W związku, że liczba redaktorów zaczyna już całkiem nieźle wyglądać, postanowiłem (przy pomocy Kunia) stworzyć każdemu, prócz normalnej strony głównej, osobny kącik w razie ktoś byłby zainteresowany tekstami tylko danego autora. Odnośnik do tego znajduje się w menu na górze, który można sobie łatwo rozwinąć. Będzie tam (lub kiedy to czytasz już jest) info o każdym z autorów, jak również o samej stronie.

Tymczasem to tyle, zapraszam do zapoznania się z nową zawartością oraz do trzymania kciuków za każdego z redaktorów by tych tekstów było jak najwięcej – za mnie na czele, bo tego, że niektórych tekstów, które sobie założyłem jeszcze nie ma to szczerze trochę aż wstyd.


Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie chociażby „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym można było sobie pogadać czy wyżalić się. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi z obecnymi tam postaciami gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” wyrazów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać


I po studiach

Czasami w życiu człowieka przychodzi moment, gdy kończy się dla niego pewien znaczący etap. Bywa to niejako data graniczna, wiecie, że po niej powinny nastąpić pewne zmiany – trochę na zasadzie, że teraz już albo w tę albo we tę stronę. 28 czerwca taka data przyszła i na mnie albowiem odbierając dyplom ukończenia studiów I stopnia i osiągnięcia tytułu zawodowego licencjata (tak napisali) kończy się dla mnie okres studencki.. przynajmniej na razie.

Na studia poszedłem bezpośrednio po skończeniu technikum. Wybrałem zupełnie inny kierunek niż w szkole średniej, z resztą tam już swój „tytuł” zdobyłem i chciałem spróbować czegoś innego, poszerzyć nieco wachlarz swoich możliwości. Inna rzecz, że poszedłem trochę prostą drogą i wybrałem najbliższą placówkę w znanym mi mieście, tym samym gdzie chodziłem wcześniej. Nie mogę powiedzieć, żeby był to kierunek wymarzony, z resztą nigdy nie myślałem o studiach w tych kategoriach, co nie oznacza oczywiście, że był on zły. Jakkolwiek w tamtym konkretnie momencie był dla mnie i według mnie najlepszą opcją. Złożyłem odpowiednie dokumenty, przyjęli mnie bez problemu i jesienią rozpocząłem studia – w moim przypadku w systemie niestacjonarnym.

Studiowanie zaocznie sporo różni się od nauki dziennej i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim wiadomo, inaczej wygląda plan i rozkład zajęć – głównie były to weekendy co dwa tygodnie: sobota, niedziela, czasami też i piątek, zwykle od rana do wieczora. Jakoś trzeba było w to upchać wymagany materiał i opanować go w wystarczającym stopniu by zdać dane zaliczenie bądź egzamin. W sumie taki plan to kwestia przyzwyczajenia. Osobiście starałem się nie opuszczać wykładów, bo wychodziłem, myślę słusznie, z założenia, że zawsze coś tam z nich wyniosę, a i najzwyczajniej za coś się w końcu płaci. Oczywiście inaczej wyglądały również relacje z kolegami i koleżankami z roku – wiadomo jest różnica gdy spędza się ze sobą dzień w dzień ileś godzin jak chociażby w średniej, a inaczej w takiej sytuacji jak ta. Wiele osób bazowało raczej na znajomościach, które zostały zawarte już wcześniej czy ograniczała się do najbliższych „sąsiadów” na auli czy sali. W sumie ja praktycznie nikogo na roku na początku nie znałem, w sensie pierwsze zjazdy, bo i przekrój ludzi tam pod względem zarówno wieku jak i lokalizacji skąd pochodzili był naprawdę różny. Oczywiście zmieniało się to z czasem i zasięg kontaktów między ludźmi poszerzał się, szczególnie na ostatnim roku, gdzie ludzie byli bardziej podzieleni na konkretne specjalności i grupy.

Pewnie pojawi się pytanie czemu zaocznie i czemu tu, a nie gdzieś dalej. Szczerze, myślę że to trochę kwestia charakteru, na tamten moment nie myślałem o przenosinach się gdzieś dalej, najzwyczajniej nie widziałem takiej potrzeby. System niestacjonarny wybrałem też ze względu, że w planach miałem od razu znalezienie sobie w pobliżu stałej pracy. Z tym wyszło.. inaczej niż zakładałem wtedy, niemniej od strony zawodowej również przez ten czas spotkały mnie nowe doświadczenia różnej maści i różnego kalibru. Jakkolwiek w każdym z przypadków, jakiekolwiek by one nie były, czy to mniej czy bardziej pozytywne, człowiek może wynieść cenną lekcję.

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem czy warto studiować, bo to pytanie zadaje sobie wiele osób świeżo po szkole bądź później, to tak, oczywiście, że tak, jeżeli tylko ma się taką możliwość. Nie podchodziłbym jednak do nich (do studiów) i do dyplomu jako do karty przetargowej, która zapewni nam pracę. Oczywiście bywają bardzo pomocne, czasami niezbędne i też dużo zależy od konkretnego kierunku. Chodzi mi bardziej, że warto traktować to bardziej jako kwestię ambicjonalną, że chcemy ukończyć daną uczelnię przede wszystkim dla siebie, dla własnego rozwoju, dla hmm.. niewypadnięcia z obiegu i najzwyczajniej zdobywaniu kolejnych kroków edukacji. Studia to przede wszystkim poszerzanie naszej wiedzy z wybranej dziedziny, poznanie autorytetów branży czy ludzi współstudiujących, ich doświadczenia czy generalnie ich jako ludzi. Osobiście mam nadzieję, że niektóre znajomości tam zawarte przetrwają jeszcze długi czas po zakończeniu studiów. Liczę na to chociażby w najważniejszych dla mnie osobiście przypadkach

Czy będzie kolejny rozdział? W końcu żeby dociągnąć do magistra wystarczą jedynie dwa lata, a im później się zacznie tym będzie z tym znacznie gorzej. Tak jak kiedyś mówiłem w tej kwestii kategoryczne nie, tak teraz mówię zdecydowane.. być może. Tu jednak będzie już trzeba nieco zmienić lokalizację lub inaczej – udać się do placówki nieco dalej niż znany teren. Inną kwestią są tu wspomniane wcześniej kwestie zawodowe od których, nie ma co ukrywać, wiele zależy. Trzymajcie kciuki żeby się udało zarówno w kwestii edukacji, znalezienia dobrej pracy czy innych bardziej osobistych kwestiach wyjść jakoś na prostą.


„Jaka jest cena kłamstw”, czyli o nowym serialu HBO „Czarnobyl”

Jaka jest cena kłamstw? Dokładnie takimi słowami rozpoczyna się nowy serial od HBO, opowiadający historie, której skutki są widoczne do dziś – „Czarnobyl”.  Każdy z grubsza wie co wydarzyło się w tytułowym mieście, ale może warto dowiedzieć się czegoś więcej? Jeśli uważacie, że warto to zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat tego dzieła.

Zacznijmy od największego i chyba jedynego problemu, który początkowo może nas odrzucać. Otóż aktorzy mówią po angielsku, tak… po angielsku, nie po rosyjsku. Jest jednak na to bardzo proste wytłumaczenie/wymówka, którą ja kupuje – aktorzy wymuszający rosyjski akcent to zapewne byłaby tragedia. Więc jeśli był wybór między tragicznym rosyjskim, a angielskim, to wydaje mi się, że dobrze wybrano Ale jak już jesteśmy przy tematach z głosem i akcentem – tutaj każdy ma tak cudowny głos, głos, którym dodatkowo świetnie grają, że to jest miód dla uszu, a w połączeniu z mimiką to już w ogóle bajka Nie no, ale serio, aktorstwo tutaj jest idealnym przykładem jak powinno się grać. A właśnie, warto by było coś napisać o castingu, bo ten także jest w pełni udany. O tym, że aktorzy spisują się świetnie już wiecie, ale twórcy załatwili taką charakteryzacje, że trójka oskarżonych jest po prostu świetnie odwzorowana.

U góry serial, na dole prawdziwe zdjęcie 0 _ 0

Hmm, co my tu jeszcze mamy takiego świetnego? Ano tak! Zdjęcia! Zdjęcia są genialne, gra świateł – genialna. Wszelkie światła nienaturalne są przedstawione po prostu po mistrzowsku. Serio, praktycznie w każdej scenie znajdziemy kadr, który nadawałby się na tapetę Nie możemy pominąć także świetnej gry dźwięków. Ten serial po prostu stoi na dźwiękach. Cały czas coś tam słyszymy jakieś pukanie, jakieś szumy. W trakcie oglądania nie skupiamy się na tym tak bardzo, ale uwierzcie, że gdyby nie to serial mocno ucierpiałby na klimacie.

Odchodząc jednak od strony typowo audiowizualnej, warto by było zauważyć, że bardzo starano się nam przedstawić jak wadliwy był „system” ZSRR, jak to wszystko tam wyglądało i jak zatajano ważne fakty. Szczególnie dobrze się to wszystko ogląda, gdy nie zna się dokładnie historii Czarnobyla i nawet żadnego powiązanego nazwiska. A zbudowanie tego wszystkiego na 5 odcinkach wyszło genialnie, każdy odcinek prezentował dany moment, daną czynność, a po obejrzeniu całości, ma się chęć wrócić do pierwszego odcinka, by wyłapać to, czego nie rozumieliśmy na początku.

Na koniec taka ciekawostka – Rosja tworzy swoją odpowiedź Czekamy!

Psst. Cześć wam! Moja pierwsza notka tutaj