This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Kategoria: Vandi

Herbatka z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 4]

Ten news należy czytać w taki sposób, jakby wcale dwie pierwsze kolejki i kawałek trzeciej nie zostały w ogóle rozegrane. Także bez przedłużania zabieramy się za ostatnią część podróży po Anglii i Walii!

Southampton

Kibice Świętych z utęsknieniem patrzą na skład widoczny na zdjęciu. I nic dziwnego, przez ostatnie lata The Saints regularnie bili się o europejskie puchary i ustabilizowali swoją pozycję w górnej połówce tabeli. Wszystko runęło w minionym sezonie, gdzie większość roku podopieczni wówczas Mauricio Pellegrino znajdowali się w strefie spadkowej. Brak przekonywujących wzmocnień, dodatkowo ciągle odchodziły z kluby najwieksze gwiazdy, kadra coraz bardziej się starzała i taki oto efekt. Teraz zadaniem Marka Hughesa będzie przywrócenie statusu Southampton w Premier League, choć wielu ekspertów widzi ich walczących o utrzymanie. Tym razem znów z klubu odszedł kluczowy zawodnik – Dusan Tadić, choć w jego miejsce trafili Mohamed Elyounoussi z FC Basel, Jannik Vestergaard z Borussii Moenchengladbach, czy (kontuzjogenny) Danny Ings z Liverpoolu. Są to wzmocnienia na pozycje wymogające wzmocnień (chociaż, czy Jan Bednarek spisywał się tak słabo?), skrzydłowy potrzebny był od zaraz, a po przyjściu Ingsa w klubie jest czterech napastników na mniej więcej równym poziomie. W skrócie – Southampton to wielka niewiadoma. Nie wydają się być tak groźni jak w ostatnich latach, ale ich kadra nie wygląda na zespół, który miałby pożegnać się z rozgrywkami, ale z drugiej strony wielkiego szału nie ma.

Tottenham Hotspur

Ależ Koguty zrobiły progres pod wodzą Mauricio Pochettino. Z drużyny bijącej się w środku tabeli, powstała drużyna bijąca się o mistrzostwo Anglii i jako jedyna kończąca każdy z trzech ostatnich sezonów w czołowej trójce, przy czym większość składu (jak Harry Kane, Dele Alli, Danny Rose, Harry Winks) to zawodnicy, którzy są albo wychowankami klubu z północy Londynu, albo tacy, którzy zasilili klub w bardzo młodym wieku. Czy w tym sezonie Spurs w końcu sięgną po jakieś trofeum? Mają ku temu wszelkie predyspozycje, lecz jest jeden problem – Daniel Levy nie sprowadził do klubu ani jednego nowego zawodnika, a przy późniejszym natężeniu rozgrywek, przy grze w krajowych pucharach, Lidze Mistrzów, szersza ławka może się przydać. Kolejnym ważnym punktem mówiąc o Tottenhamie jest ich powrót na White Hart Lane gdzieś w połowie września. Nowo przebudowany stadion Tottenhamu będzie mógł pomieścić 62 tysiące widzów, czyli o dokładnie tysiąc więcej niż stadion odwiecznego rywala, Arsenalu („Jak tam sąsiedzie, widzę że stadion coś zmalał”). Kogutom przeszkodzi na pewno brak Sona Heung-Mina, który wyjechał do Indonzeji grać na Igrzyskach Azjatyckich, aby potem nie musieć służyć w południowokoreańskiej armii. Trzymamy kciuki za dobry występ asa Tottenhamu. W drużynie Mauricio Pochettino niewiele się zmieniło, ale czy to wyjdzie Spurs na dobre?

Watford

W klubie, którego legendą jest sir Elton John, a prowadzonym przez rodzinę Pozzo, dzieje się jak zwykle to samo. Wielkie rewolucje kadrowe i masowe wypożyczenia z klubu, jak i do klubu, w szczególności na linii z Udinese, którego wspomniana rodzina Pozzo jest również właścicielem. Stabilizacja nie jest chyba ulubionym słowem właścicieli The Hornets, gdyż trenera zmieniają średnio co rok, a w listopadzie ubiegłego roku odrzucili ofertę opiewającą na 20 milionów funtów za trenera Marco Silvę tylko po to, by zwolnić go kilka tygodni później. Drużyna Javiego Gracii zachowała jednak trzon najważnieszych graczy, wykupili na stałe Deulofeu, oraz utrzymali Capoue, Hughesa, czy Deeneya, a klub zasilili mniej więcej: powracający po 10 latach Ben Foster, Adam Masina, Ken Sema czy też Ben Wilmot. Niewiele wskazuje na to, że Szerszenie miałyby użądlić mocniej niż w poprzednich sezonach, i opuścić dolną połowkę tabeli, ale ambicji włoskich milionerów nie wolno lekceważyć, szczególnie przy tak imponującej sieci skautów jaką posiada klub z Vicarage Road.

West Ham United

Od czasu przeprowadzi na Stadion Olimpijski, wiele rzeczy nie poszło po myśli kibiców, działaczy i piłkarzy The Hammers, miała być walka o puchary, a skończyło się na walce w dolnych rejonach tabeli. Gdy w 2016 roku wraz z przenosinami do nowego domu zagrali w Lidze Europy, odpadli z niej w kompromitującym stylu, odpadając z tym samym klubem z Rumunii co rok wcześniej (kiedy to w Lidze Europy grali dzięki klasyfikacji Fair Play). Zamiast tego przyszły niechlubne rekordy defensywne, niewypalone transfery, a jedyne co było naprawdę piękne to bąbelki puszczane przed początkiem meczów Młotów. W tym okienku Ian Sullivan dał kibicom West Hamu kolejny promyk nadzieji kupując takie nazwiska jak Łukasz Fabiański, Felipe Anderson, Lucas Perez, Carlos Sanchez, Ryan Fredericks, Issa Diop czy Andrij Jarmołenko. Z takim składem West Ham na pewno wygląda na papierze dużo atrakcyjniej, jednak dużo było przypadków, gdzie spadały z ligi drużyny mocne na papierze, chociażby inny londyński klub – Queens Park Rangers w sezonie 2012/13. Nie ma na razie co wyciągać pochopnych wniosków, tylko czekamy z niecierpliwością co pokaże ekipa prowadzona przez Manuela Pellegriniego.

Wolverhampton Wanderers

A na deser wędrujemy do ostatniego z beniaminków, a jednocześnie najsilniejszego beniaminika (przynajmniej na papierze). Niedawno właścicielem Wolves zostało konsorcjum, którego udziałowcem jest Jorge Mendes. Efekt? Masowe transfery portugalskich zawodników godnych gry w dobrych europejskich klubach. W Championship trafiły takie pożądane na rynku nazwiska jak Ruben Neves, który wciągnął ligę nosem; Diogo Jota, czy Ruben Vinagre. Zaś po awansie do Premier League, do zespołu trafili Rui Patricio, Joao Moutinho, no i dodatkowo Jonny Castro, Raul Jimenez i Adama Traore. W obliczu takich transferów, stawianie Wilków w roli kandydata do spadku byłoby nie na miejscu, jednak ławka rezerwowych jest przepełniona graczami pasującymi bardziej do Championship, a sama kadra nie jest zbyt szeroka. Pamiętacie Michała Żyrę? Kibice Wolverhampton też nie, a były pomocnik Legii, po wyleczeniu koszmarnej dalej jest zawodnikiem klubu z Molyneux. Osobiście stawiam na Wolverhampton jako na klub, który może być czarnym koniem sezonu i najbardziej niewygodnym rywalem dla zespołów z czuba tabeli Premier League.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 3]

Leicester City

Ciężko w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata, odkąd Lisy zdobyły serca całego piłkarskiego świata, zdobywając wbrew jakimkolwiek oczekiwaniom tytuł Mistrza Anglii. Dziś The Foxes wydają się być solidnym klubem ze środka tabeli, a w ekipie zmieniło się niewiele. Wielu graczy z mistrzowskiej kampanii wciąż jest częścią ekipy Claude’a Puela, ale jednak w oczy najbardziej rzuca się utrata Riyada Mahreza, którego forma szybowała w górę, gdy tylko zbliżało się okienko transferowe. Leicester przeżyło utratę najpierw Kante, potem Drinkwatera, więc tym razem nie powinno być inaczej, tym bardziej że w klubie jest naturalny zastępca – Demarai Gray. Leicester było jednym z aktywniejszych klubów w letnim okienku, co potwierdzili ściągając w swoje szeregi Jonny’ego Evansa, Ricardo Pereirę, Rachida Ghezzala, czy też Danny’ego Warda. Dla klubu z King Power Stadium zapowiada się kolejny sezon walki w środki tabeli – i kto wie; ewentualnej walki o europejskie puchary. Vardy mimo upływu lat wciąż strzela, Schmeichel zdaje się nigdzie nie ruszać, Maguire wciąż straszy napastników rywala = Leicester znowu uniknęło masowej wyprzedaży.

Liverpool

Jak dawno nie było takiego Liverpoolu. Wielu kibiców i ekspertów uważa, że ten sezon może być sezonem The Reds, którzy czekają lata na upragnione mistrzostwo. Niesamowity tercet Salah-Firmino-Mane bijący wszelkie strzeleckie rekordy nie tylko na krajowym podwórku, transfery na pozycje najbardziej wymagające wzmocnień, mocna i szeroka kadra, no i heavy metal football Jurgena Kloppa. Tego samego Kloppa co nie chciał wydawać wielkich pieniędzy, a potem pobił rekord transferowy za obrońcę, a potem za bramkarza (który chyba niedługo przebije Chelsea). Fabinho, Keita, Christie-Davies, Shaqiri i Alisson. Te nazwiska wyraźnie wzmacniają kadrę Czerwonych i stawiają ich w roli poważngo kandydata do tytułu Mistrza Anglii. Jak zawsze pojawiają się problemy, na przykład Alex Oxlade-Chamberlain wypadł z gry na cały rok, czy fakt, że na tę chwilę nie udało się nikogo sprzedać (FFP też ważna rzecz, a Emre Can odszedł za darmo). W czerwonej stronie Merseyside optymizm sięga zenitu, jednak każdy dobry sezon, który zakończy się bez trofeów będzie uznawany za porażkę. Nie żebymbył najbardziej obiektywną osobą pod tym względem, ale Liverpool stoczy z Man City heroiczny bój o prymat na Wyspach Brytyjskich.

Manchester City

Nieważne co by się stało, obrońcę tytułu zawsze trzeba wymieniać w roli faworytów. Szczególnie mistrzów, którzy swoja grą, mieszanką wielkich gwiazd i zabójczego stylu gry, z genialnym menedżerem zjedli ligę dwa razy, zdobywając 100 punktów w sezonie, wygrywając 32 z 38 meczów, zdobywając 106 bramek, tracąc tylko 27. U siebie i na wyjeździe zdobyli najwięcej punktów. W każdej tych statystyk The Citizens wyraźnie byli najlepszym zespołem w lidze. Zważywszy na to, że zespół opuścił jedynie podstarzały i rezerwowy Yaya Toure, a ekipę dodatkowo zasilił Riyad Mahrez, a w klubie nie było żadnych drastycznych zmian – czemu ten sezon miałby wyglądać inaczej? Na prawie każdej pozycji dwóch zawodników klasy światowej, możliwość gry niemal każdą formacją – kolejny sezon dominacji Obywateli nie będzie żadną niespodzianką i naprawdę nie ma się co rozpisywać, bo możliwe że oglądamy najlepszą drużynę w historii ligi angielskiej, a zdetronizowanie City Pepa Guardioli (który tym razem NIE „przyszedł na gotowe”) będzie niesamowicie ciężkie.

Manchester United

Nie zmieniamy miasta, zmieniamy tylko kolor. Czerwone Diabły to zespół, któremu bez wątpienia wiele brakuje do dawnych lat świetności. Ale na pewno nie można powiedzieć, że nie jest to wielki klub, ani nie jest to dobra drużyna. Czy zobaczymy rozpad zbieraniny gwiazd, jak to w trzecim sezonie Mourinho – czas pokaże, ale portugalski szkoleniowiec nie jest ostatnio zbyt popularny wśród kibiców United. The Red Devils posiadają bardzo dobrą kadrę, która jednak nie osiągała ostatnio sukcesów na miarę swojego potencjału. Defensywa wciąż wydaje się niekompletna (oczywiście poza pozycją Davida de Gei), ale pomoc i atak są naprawdę pełne podziwu. Świetni piłkarze na każdej pozycji, tacy gracze jak Anthony Martial na ławce, z takim atakiem o United powinno mówić się w kontekście faworytów do tytułu. A jednak zawsze jest ta doza niepewności, Alexis Sanchez nie wygląda na zaaklimatyzowanego, Pogba wciąż gra na złej pozycji, ogólnie poprzedni sezon był nieprzekonywujący. Na uwagę zaskakuje mała aktywność transferowa. Fred z Szachtara Donieck jest na pewno największym wzmocnieniem środka pola, dodający kreatywności, jednak Diogo Dalot to inwestycja w przyszłość, a Lee Grant został kupiony by być zmiennikiem De Gei, w obliczu kontuzji Sergio Romero. Nie zapominajmy, że drużyną prowadzi trener, którego defensywy są niesamowicie skuteczne, oraz że z przodu mają kim postraszyć. Ogólnie rzecz biorać – Manchester United ma wszystko by znów wrócić na szczyt w Anglii (i być może Europie)

Newcastle United

Gdzie trafiają pieniądze za transfery tego oto klubu? Do tylnej kieszeni tego Pana. Na The Toon kibice Srok stracili już chyba wiarę w to, że Mike Ashley przestanie być właścicielem Newcastle United. Niesamowita bierność transferową niech poprze fakt, że przy dzisiejszych cenach jakie płaci się za piłkarzy, najdroższym piłkarzem w dziejach The Magpies jest… Michael Owen kupiony w 2005 roku. W mieście Rafa Benitez ma chyba status Boga. Od razu wrócił z klubem do Premier League, i w pierwszym sezonie, z niskim budżetem, zakończył sezon w górnej połowie tabeli. Newcastle będzie starało się uniknąć syndromu drugiego sezonu, jednakże wyglądają oni na tyle solidnie, że nie powinni mieć większych problemów z utrzymaniem. Sytuacja na rynku transferowym niezmienna. Do klubu trafili: Fabian Schar, Ki Sung-Yeung (za darmo) i Salomon Rondon (na zasadzie wymiany z West Bromem za Dwighta Gayle’a). Jestem pewien, że Rafa dalej będzie kontynuował genialną robotę jaką odwala na Tyneside, a Newcastle znowu będzie niewygodnym przeciwnikiem.

c.d.n.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 2]

Dziś kontynuujemy naszą podróż po angielskich boiskach, sprawdzając co słychać u klubów z najwyższego szczebla rozgrywek w Anglii przed nowym sezonem.

Chelsea

A więc stało się. Po dwóch sezonach pracy w The Blues, posadę trenera stracił Antonio Conte, który po pierwszym sezonie w roli szkoleniowca Chelsea był uważany za jednego z najlepszych szkoleniowców świata. Włoskiego Mourinho zastąpi włoski Guardiola – czyli były już trener Napoli – Maurizio Sarri. Oznacza to koniec gry systemem z trójką stoperów, i przenosiny na ultraofensywne 4-3-3. Niebiescy byli ostatnio przyzwyczajeni do grania defensywnej piłki, więc przyjazd Sarriego może być potrzebnym klubowi powiewem świeżości. Ten od razu ściągnął z Napoli swojego maestro środka pola – Jorginho, a poza tym nie dokonał wiekich rewolucji. Na tę chwilę, co warto podkreślić, klubu z zachodniego Londynu udało się zatrzymać w klubie i Edena Hazarda i Thibaut Courtois, którzy byli wymieniani w kontekście ewentualnego transferu do Realu Madryt. W tej chwili kadra Chelsea jest dość szeroka, a sam Sarri zapowiada szansę dla wielu utalentowanych juniorów w klubie, jak Ruben Loftus-Cheek czy Callum Hudson-Odoi. Chelsea ma wszystko aby wrócić do ponownej walki o tytuł, choć przydałby się tej ekipie nowy lider (i napastnik), bo Hazard i Willian zdają się być w tym klubie od zawsze. To czy Sarri wypali w Anglii (jest to jego pierwsza praca poza granicami Italii) jest największą niewiadomą wśród zespołów z czołowej szóstki. Osobiście uważam, że są naprawdę poważnym kandydatem do tytułu.

Crystal Palace
Zatrzymać Pana ze zdjęcia. Taki wydawał się być główny cel zarządu The Eagles na letnie okienko transferowe. Do tej pory się udało, jednak Wilfried Zaha otwarcie mówi, że chce odejść, a gdy w kręgu zainteresowanych są Chelsea czy Tottenham, może być o to ciężko. Na początku ubiegłego sezonu każdy myślał, że Palace w tym newsie się nie znajdzie, po tym jak Palace nie potrafił strzelić gola przez 7 kolejek (Pogoń Szczecin – nie jesteście najgorsi), a Frank de Boer został pierwszym w historii trenerem w historii ligi angielskiej, którego drużyna nawet raz nie zdobyła gola. Po zatrudnieniu jakże uwielbianego na Wyspach Roya Hodgsona odpowiedzialnego za blamaż Trzech Lwów na Euro 2016, klub wydawał się już pogrążony. Jednak od tego momentu Palace odbiło się od dna, zaczęło wygrywać mecze i bez problemów utrzymali się w lidze. Czas okienka letniego to jednak czas typowej dla klubów Hodgsona posuchy. Do drużyny trafili tylko Max Meyer (za darmo) i Cheykhou Kouyate z West Hamu, zaś klub za darmo pozbył się wielu rezerwowych graczy. Jak co roku Orły typowane są do walki o utrzymanie, i jak co roku typy te nie są bezpodstawne. Jeżeli z klubu odejdzie Wilfried Zaha, ciężko będzie klubowi znaleźć gracza na zblizonym poziomie w ostatnich dnia okienka transferowego. Czy cheerleaderki z Selhurst Park zawitają w Premier League na dłużej? Będzie o ciężko, ale Crystal Palace zawsze odpala w końcówkach sezonu.

Everton

Tak śmieje się Sam Allardyce z kibiców Evertonu, którzy myśleli że ten zostanie w klubie na dłużej i nie pójdzie doić innego klubu z kasy. W niebieskiej części Liverpoolu jednak po Big Samie niespecjalnie płaczą. Nowym szkoleniowcem The Toffees został Marco Silva, którego w listopadzie chcieli odkupić z Watfordu za 20 milionów funtów. A teraz mają go za darmo. Po wielu klapach sprzed roku, Everton działa rozważniej na rynku transferowym i nic dziwnego, paru graczy kupionych rok temu zostało sprzedanych taniej, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Everton zawsze wymienany jest w kontekście wysokich miejsc tuż za czołówką. Do klubów z Top Six im brakuje, ale jednak są klubem wyraźnie lepszym od innych średniaków. Nie inaczej będzie w tym sezonie, mają dobrą i szeroką kadrę, dobrego i młodego trenera. W dodatku kupili legendę Football Managera – Richarlisona (pomińmy fakt, że za niego przepłacili). Wraz z Leicester, Everton będzie głownym kandydatem do siódmego miejsca w tabeli i będę mocno zdziwiony jak coś tam pójdzie nie tak.

Fulham

Dla tego Pana (do nie dawna chłopca) na zdjęciu należą się niesłychane propsy. Ryan Sessegnon nastukał w wieku niespełna 18 lat w Championship takie liczby, że już było głośno o zainteresowaniem jego osobą Barcelony, PSG, Bayernu, Liverpoolu, Man United, etc. Dopiero Premier League, w której zagra po raz pierwszy w tym sezonie będzie prawdziwym sprawdzianem jego talentu. Fulham (z którym dobre wspomnienia mają kibice Wisły Kraków), jak to beniaminek, będzie skupione na wywalczeniu utrzymania w lidze. I pewnie jeszcze niedawno byli przedstawiani jako główni faworyci do spadku do Championship, aż tu nagle do ich dużyny trafili Jean Michael Seri (ten sam, który był o krok od Barcelony) i Andre Schurrle. Choć The Cottagers bardzo wzmocnili swój skład i będą mieli naprawdę solidną kadrę, to jednak wciąż wszystko wskazuje na to, że będą okupowali dolne rejony tabeli, bo nie udało im się zatrzymać wszystkich kluczowych graczy, stracili chocby Ryana Fredericksa na rzecz West Hamu. Jednak dobrze widzieć Wieśniaków w Premier League, i ciekawie będzie zobaczyć jak poradzą sobie po czterech sezonach poza najwyższym szczeblem.

Huddersfield Town
Rok temu The Terriers byli fenomenem. Drużyna Davida Wagnera awansowała do Premier League z ujemnym bilansem bramkowym, a potem malutki klubik ze środkowej Anglii utrzymał się w lidze. David Wagner zawdzięcza to licznym transferom, które dokonuje co roku – przed sezonem, w którym wywalczył awans do Premier League ściągnął do klubu (z niewielkim budżetem) aż 17 zawodników. Teraz liczby nie są tak duże, ale Terriery odważnie sięgają po nowych graczy za niewielkie pieniądze, poszerzając ciągle kadrę. Do klubu trafili między innymi Terence Kongolo, Erik Durm, Ramadan Sobhi czy Ben Hamer. Jednak kadra Hud-Hud dalej wygląda dosyć przeciętnie, a klub dalej będzie do końca bił się o ligowy byt. Obok Cardiff, jest to według mnie główny kandydat do spadku z Premier League, choć nie ma chyba na świecie osoby, która życzyłaby źle tej drużynie, która i tak zrobiła w ostatnich latach kolosalny postęp.

W dzisiejszej zapowiedzi to by było na tyle. W następnej części dowiemy się co u kolejnych drużyn, a mianowicie: Leicester, Liverpoolu, klubów z Manchesteru i Newcastle.

Stay tuned!


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019! [CZĘŚĆ 1]

Czujecie ten zapach w powietrzu? Mecze topowych ekip, genialna atmosfera na trybunach, niesłychane sensacje, walki o mistrzostwo i utrzymanie, komentarz Andrzeja Twarowskiego i Rafała Nahornego? To oznacza tylko jedno – liga angielska wraca do nas wielkimi krokami! Czy „Obywatele” zostaną zdetronizowani? Kto spadnie z ligi? Który trener wyleci jako pierwszy? Kto z „Top Six” będzie musiał się nacieszyć Ligą Europy? Na żadne z tych pytań odpowiedzi jeszcze nie znamy, stąd też warto wprowadzić Was w jakże niepowtarzalny klimat tych rozgrywek, sprawdzając co tam słychać w każdym z dwudziestu klubów „Premki”.

Arsenal

Opisując kluby w kolejności alfabetycznej, zaczynami z naprawdę grubej rury, bo od „Kanonierów” gdzie już nic nigdy nie będzie takie samo. Z posady trenera po 21 latach zrezygnował Pan Arsene Wenger. I choć wielu kibiców The Gunners często domagało się, żeby Francuz odszedł wcześniej, to jednak i tak zostanie zapamiętany jako legenda klubu i jako postać, która swoim podejściem do „pięknej gry” zrewolucjonizowała całą ligę. No i pod jego wodzą Arsenal sięgnął po złote trofeum Premier League za sezon bez porażki. W czerwonej części północnego Londynu idzie nowe, i kibice Arsenalu dość szybko docenili Wengera gdy jako nowy menedżer zespołu przedstawiony został Unai Emery. Hiszpan jednak pokazał, że chce aby Arsenal wrócił na sam szczyt, od razu wzmacniając słabe punkty drużyny. Kanonierzy nie zrobili wyprzedaży najlepszych graczy, a sprowadzili Lichtsteinera, Leno, Sokratisa, no i przede wszystkim – pożądanego przez wielkie europejskie kluby Lucasa Torreirę. Skład Arsenalu wygląda na naprawdę mocny, kwestią jest tylko czy piłkarze dostosują się do życia pod nowym szkoleniowcem. Arsenal dysponuje niesamowitym atakiem, a pozostałe pozycje zostały wzmocnione, a do tego wciąż zostało miejsce dla młodych graczy. Choć dziwnie będzie wyglądać Arsenal bez postaci Wengera przy linii, którego futbol był momentami przepiękny (choć w ostatnich latach jego pracy na The Emirates bardzo nieskuteczny), to moim zdaniem, kibice Arsenalu z optymizmem mogą patrzeć w przyszłość. Mój typ? O Ligę Mistrzów wciąż będzie ciężko, jednak Kanonierzy w Top Six nie będą tylko tłem dla rywali, a nałożą trochę większą presję na zespoły z „czuba”,

Bournemouth

Po odejściu Wengera, ten jegomość na zdjęciu jest najdłużej urzędującym trenerem w Premier League (i jednocześnie najmłodszym). Todd z Breaking Bad Eddie Howe jest żywą legendą Wisienek. Był zawodnikiem Bournemouth przez 13 lat, a klub trenuje już przez 11 sezonów (z drobną przerwą), mając na karku zaledwie 40 lat! Już mówi się o nim jako najlepszym angielskim trenerze, a koleś urządza sobie Football Managera w prawdziwym życiu, bo jako menedżer wciągnął klub od czwartej ligi, do Premier League, gdzie przez trzy sezony, z klubu typowanego na pożarcie stworzył ekipę, która nawet nie powąchała spadku z ligi, oraz zapewniła sobie status solidnego ligowego średniaka. Z praktycznie niezmieniającym się składem, Bournemouth jak zwykle nie robi wiele transferów, oraz nie pozwala odejść czołowym graczom, choć jeden transfer w tym okienku (kupno Diego Rico), może się okazać niewystarczający, bo kadra The Cherries na kolana nie rzuca. Warto jednak podkreślić, że pozostali oni jednym z niewielu klubów w Anglii, gdzie Anglicy stanowią większość kadry. Myślę jednak, że utrzymanie nie powinno stanowić Bournemouth większego kłopotu, choć nie zajmą już tak wysokich miejsc jak w ostatnich sezonach. Ale to tylko moje typy, mogą równie dobrze wygrać ligę. Na pewno nie można powiedzieć, że nie są przygotowani na grę na najwyższym poziomie na Wyspach.

Brighton & Hove Albion
Mewy przetrwały pierwszy sezon w Premier League jako debiutant w rozgrywkach, z dość imponującym skutkiem, zajmując 15. miejsce w lidze i do w dodatku z Glenn Murrayem w ataku. Chris Hughton doskonale wie, że utrzymanie formy z pierwszego sezonu po awansie w drugim sezonie jest tak trudne jak odczytanie nazwiska Pana ze zdjęcia (Alireza Jahanbakhsh), więc sięgnął dość głęboko do portfela działaczy klubu sprowadzając Leona Baloguna, Florina Andone, Yvesa Bissoumę, czy wspomnianego króla strzelców Eredivisie. Brighton chce na dłużej zawitać w angielskiej ekstraklasie, a klub ma ku temu predyspozycje, co widać po dokonywanych przez nich transferach. Dolne rejony tabeli wciąż będą ich drugim domem, jednak ich atutem będzie szersza ławka niż w poprzednim sezonie, gdyż cały ubiegły sezon Mewy przegrały praktycznie jednym składem!

Burnley
Jakkolwiek nieprawdopodbnie by to nie brzmiało – tak, to prawda; Burnley zagra w europejskich pucharach. Właściwie to już nawet zaczęli kwalifikacje do Ligi Europy od wyeliminowania szkockiego Aberdeen (tak cieszyli się, że zwiedzą Europę, a nawet jeszcze za granicę nie pojechali). W III rundzie zmierzą się ze znacznie mocniejszym Basaksehirem, i choć kibice Bordowych znajdują się w stanie orgazmicznymi, może lepiej dla klubu byłoby nie awansować do fazy grupowej Ligi Europy? Choć podopieczni Seana Dyche’a (który w mieście ma chyba status świętego) w poprzednich okienkach konsekwentnie wzmacniali swoją kadrę, to jednak granie w środku tygodnia może się okazać klątwą Burnley. Tym bardziej, że na transfery wydali 0 funtów. Czasu jest niewiele, okienko kończy się wraz ze startem Premier League. Życzę im powodzenia, niestety jednak wróże im walkę o utrzymanie, chyba że szybko odpadną z LE, co w wypadku angielskich klubów nie byłoby niczym zaskakującym. Kadra The Clarets, choć szeroka, to brak w niej jakości i jest ona dość stara. Ale za ubiegły sezon należą im się serduszka i gratulacje, niech się cieszą tym gdzie są i niech znowu zaskoczą parę topowych ekip po drodze.

Cardiff City

Spadek Swansea City oznacza, że ominą nas Derby Walii w Premier League. A co zmieniło się w Cardiff od ich ostatniego, krótkiego pobytu w Premier League w sezonie 2013/14? Na przykład… barwy klubowe! W 2012 władze kluby podjęły decyzję, że w sumie beka będzie jak zamiast na niebiesko od teraz będziemy grać na czerwono. Pomysł został porzucony, a teraz przydomek The Bluebirds ma chociaż sens. Po spadku z ligi w 2014 roku sytuacja w klubie była bardzo nieciekawa, stadion świecił pustkami, klub borykał się z problemami finansowymi, aż w końcu, ekscentryczny właściciel klubu – Vincent Tan (na zdjęciu), sięgnął do kieszeni. Efekt? Awans do Premier League. Chciałbym dostrzegać jakieś pozytywy w sytuacji Drozdów, jednak nie potrafię. Trenerem jest doświadczony Neil Warnock, który doświadczenie w Premier League mimo sędziwego wieku ma nikłe, a kadra, ani dokonane transfery kilku graczy z Championship na kolana nie powalają. Skład dominują Anglicy, jednak tylko pięciu graczy zaznało gry w Premier League. Są to Pilkington, Hoilett, Richards, Tomlin i Bennett. Brak zawodników na poziomie Premier League, wyraźnych liderów, dobrego menedżera, szerokiej kadry, naprawdę -w przypadku Cardiff nie ma o czym pisać. Kampania 2018/19 dla klubu ze stolicy Walii może okazać się bardzo bolesna, i jak to beniaminek, będą głównym kandydatem do spadku.

Na tę część wpisu to tyle, spodziewajcie się kolejnych, a przy kolejnej herbatce z mlekiem odwiedzimy Chelsea, Crystal Palace, Everton, Fulham i Huddersfield.

Tymczasem, see you!


Czerwony Liverpool – czyli o zaakceptowaniu przyzwoitości – podsumowanie sezonu 2016/17.

Nawiązując do wpisu Piterusa, który podsumował sezon swojej ulubionej drużyny – Realu Madryt (oczywiście zachęcam do przeczytania). Pisał on w nim jaki ten sezon nie był dla Królewskich udany, no bo w końcu był. No to teraz czas, aby drugi redaktor coś skleił na temat swojego ulubionego klubu, ale jednak będzie to notka o nieco odmiennym nastroju. Jak wyglądał sezon 2016/17 Liverpoolu z perspektywy ich kibica?

Koniec sezonu 2015/16, Bazylea
Finał Ligi Europy, ostatnia nadzieja Liverpoolu na europejskie puchary w nowym sezonie, The Reds prowadzą po golu Daniela Sturridge’a. Koniec pierwszej połowy. Wszystko idzie zgodnie z planem, wynik mógłby być wyższe gdyby nie kilka kontrowersyjnych decyzji. Jednakże po wznowieniu gry Sevilla błyskawicznie wyrównuje Kevinowi Gameiro, a później na prowadzenie wyprowadza ich Coke. Ten sam zawodnik, kapitan Sevilli, przelewa czarę goryczy, jest 3:1 i piękna przygoda z europejskimi pucharami kończy się na finale, jednak bez happy endu.

Ale i w porażce i braku europejskich pucharu są pozytywy.
W końcu można w okienku poszerzyć skład, aby był gotowy do walki tylko na jednym froncie – w Premier League! W końcu Jurgen Klopp dawał szanse juniorom, aby jego pierwszy skład był gotowy na mecze w Lidze Europy.

Nadchodzi czas okienka transferowego
Nie było wątpliwości, że trzeba poszerzyć skład, aby regularnie bić się o najwyższe cele. Największe luki były w obronie. Choć do ekipy dołączył Joel Matip, to odszedł Kolo Toure, a z trenerem pokłócił się Mamadou Sakho. Klopp widział zastępcę w 29-letnim kapitanie reprezentacji Estonii, Ragnarze Klavanie, który o dziwo wypalił. Zamiast kupować upragnionego lewego obrońcę, Klopp postanowił ustawiać tam Jamesa Milnera, który radził sobie na tej pozycji poprawnie. To jednak zmniejszało konkurencję w środku polu, gdzie na pomoc przyszedł Georginio Wijnaldum z Newcastle United. Do klubu trafił także (z Southamptonu, a jakże) Sadio Mane, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jednak z drugiej strony z klubu odeszli Christian Benteke i Joe Allen. Warto wspomnieć też o Lorisie Kariusie, młodym, utalentowanym niemieckim bramkarzu z Mainz, który zasilił szeregi The Reds, no i o kończącym karierze Alexandrze Manningerze, który przychodząc do klubu, był świadom swojej roli trzeciego bramkarza.

Czy to nowa potęga, czy wciąż została chimeryczność?
Nastroje kibiców były wesołe po wygranej inauguracji sezonu na wyjeździe z Arsenalem, jednak ci szybko zostali sprowadzeni na ziemię, wyjazdową porażką 0:2 z Burnley. Pojawiały się duchy przeszłości i zwątpienie, którego nie wymazały pucharowe zwycięstwo z Burton Albion, remis z Tottenhamem na wyjeździe, pokonanie Mistrzów Anglii i wyjazdowa wygrana z Chelsea. Wciąż każdy obawiał się jednak jak to będzie w starciach ze słabszymi, gdyż nadchodziły mecze w Pucharze Ligi z Derby County, oraz ligowe potyczki z Hull City i Swansea City. Jednak wszelkie obawy zostały rozwiane. „Barany” The Reds drugim garniturem ograli 3:0, z „Tygrysami” gładko wygrali 5:1, a z „Łabędziami” musieli odrabiać straty, ale wygrali 2:1. O formę zespołu można spać spokojnie, nieważne jakiej klasy to rywal, ważne że niemal zawsze to The Reds kończyli mecz na tarczy. Teraz tylko utrzymać formę do końca sezonu i gonić czołówkę.

Nadchodzi przecież mecz z Manchesterem United – odwiecznym rywalem
Wielkie oczekiwania na wspaniałe widowisko między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w Anglii nie zostały jednak spełnione. Mieliśmy w całym meczu jeden strzał celny, Manchester United cofnął się, bał się zaatakować, a Liverpool nie mógł się przebić przez defensywę Czerwonych Diabłów.

Piękny sen jednak trwał
The Reds jednak wrócili do wygrywania spotkania za spotkaniem, a tercet ofensywny Coutinho, Firmino, Mane stał się czymś czym MSN jest dla Barcelony. Świadczyły o tym wygrane z West Bromwich 2:1, Tottenhamem 2:1 w Pucharze Ligi, 4:2 z Crystal Palace, no i w końcu. Mecz, w którym Liverpool dosłownie zniszczył rywala na każdym froncie, wygrana z Watfordem 6:1, która wyniosła The Reds na szczyt tabeli. Czemuż ta przerwa reprezntacyjna musiała nastąpić akurat w tym momencie, gdy forma podopiecznych Jurgena Kloppa była niemalże perfekcyjna, a lekkie zastrzeżenia mogła budzić duża liczba bramek straconych, ale nie można było narzekać. Szykowała się pasjonująca walka o tytuł przeciwko Chelsea.

Drobne momenty
Pierwszy mecz po przerwie reprezentacyjnej, okazał się jednak być rozczarowujący, gdyż Liverpool zremisował bezbramkowo na wyjeździe z Southamptonem tracąc pozycję lidera. Jednak The Reds nie zapomnieli jak się wygrywa i odnieśli wygrane 2:0 z Sunderlandem w lidze, oraz z Leeds United w ćwierćfinale Pucharu Ligi. Tutaj wydawało się, że seria meczów bez porażki musi trwać. Jednak nadeszło inne zmartwienie – kontuzja Philippe Coutinho. Jak wpłynęło to na wyniki Liverpoolu?. Nadeszło w końcu jesienne, niedzielne słoneczne popołudnie w malutkim Bournemouth. Mecz przebiegał zgodnie z planem, Liverpool gładko prowadził do przerwy 2:0. Po przerwie Bournemouth odpowiedział bramką z rzutu karnego, ale niedługo potem było już 3:1 i wydawało się, że ten mecz jest już wygrany. Do czasu, gdy defensywa zaczęła się gubić, popełniać szkolne błędy, a Wisienki rzuciły się do ataku. Stało się najgorsze. Najpierw bramkę kontaktową zdobył Ryan Fraser, potem ładnym strzałem wyrównał Steve Cook, a w doliczonym czasie, po błędzie Kariusa, piłke do siatki wpakował Nathan Ake. O meczu trzeba była jak najszybciej zapomnieć, a Klopp musiał użyć paru ostrych niemieckich wyrazów, aby takie coś, więcej się nie przytrafiało. Przyszedł mecz z West Hamem United na Anfield. W bramce walczący wciąż o uznanie Loris Karius. W piątej minucie Liverpool na prowadzenie wyprowadził Lallana, ale potem Payet wyrównał z wolnego po katastrofalnym ustawieniu Kariusa w bramce, oraz nie zachował się najlepiej przy bramce na 1:2 Michaila Antonio. Na szczęście bramkarz Młotów, sam popełnił koszmarny błąd, który pozwolił Origiemu wyrównać na 2:2. Czy to chwilowa zadyszka? A może już początek czegoś dłuższego? Czy to efekt braku Coutinho?

Czas weryfikacji
Ważnym meczem aby powrócić do wygrywania, było spotkanie wyjazdowe z Middlesbrough. Tutaj w końcu The Reds zaprezentowali dobry futbol i pewnie wygrali 3:0. Więc jak się okazało, bez Coutinho świat się nie kończy. Ostatnia kolejka przed świętami, w poniedziałkowy wieczór obfitowała w spotkanie, na które sympatyków obu drużyn nie trzeba zapraszać. Derby Merseyside na Goodison Park! Miał być to mecz niesamowity, porywający, ciekawy. Otrzymaliśmy nudny spektakl, jedyne co się działo to brutalne faule. Niczym mecz z League Two. Liverpool atakował co raz śmielej, ale nie mógł się przebić przez defensywę The Toffees. Aż do 94 minuty, gdy po strzale Daniela Sturridge’a, który trafił w słupek, piłkę do bramki dobił Sadio Mane. Przy świątecznych stołach dobre humory zapanowały tylko w czerwonej części miasta. Ale w Drugi Dzień Świąt też przecież gra się w Anglii w piłkę. Ale piłkarze Liverpoolu nie zjedli za dużo, bo pokonali na Anfield Stoke City 4:1, a w końcu, w lidze odpalił Sturridge. W Sylwestra, The Reds godnie pożegnali rok 2016, pokonując 1:0 po kapitalnie rozegranym meczu Manchester City i można było z optymizmem patrzeć, co przyniesie druga połowa sezonu, rok 2017.

Styczeń 2017
Już dwa dni po wspaniałej wygranej z The Citizens, czekała podróż na Stadium of Light, na mecz z Sunderlandem, gdy wydawało się, że The Reds wyszarpią wygraną 2:1, z rzutu karnego, wywalczonego dość w szczęśliwy sposób wyrównał Jermain Defoe. Był to ostatni mecz Sadio Mane przed wyjazdem na Puchar Narodów Afryki z kadrą Senegalu. Ten mecz rozpoczął miesiąc najbardziej zagęszczony meczami, jak się okazało, był to miesiąc do zapomnienia. The Reds w bardzo odmłodzonym składzie rozpoczęli rywalizację w FA Cup, domowym starciem z czwartoligowym Plymouth Argyle. Wydawało się, że ta przeprawa powinna być łatwa, lecz rozpaczliwa defensywa „Pielgrzymów” opłaciła się, bo remis 0:0, doprowadził do powtórki meczu na Home Park. Ale OK, zdarza się. Potem wyjazd na Old Trafford na Derby Anglii z Manchesterem United, bo dobrym meczu pada remis 1:1 i nic nie zapowiadało tego co miało się dziać potem. W środku tygodnia Liverpool wyjeżdża do Southamptonu na pierwszy mecz półfinału Pucharu Ligi, w słabym stylu przegrywając 0:1. Potem jednak przyszło wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z Plymouth Argyle, po pierwszym od 8 lat golu Lucasa. Następnie The Reds rozgrywali cztery mecze u siebie, idealna okazja by wrócić do formy. Mecz ze Swansea City miał przypieczętować rok bez porażki na Anfield. Jednak bo wyrównanym meczu, to Swansea zgarnęło 3 punkty, wygrywając 3:2. Rewanżowe starcie półfinałowe z Southamptonem, po rozpaczliwych i nieudanych atakach, przyniosło kolejną porażkę, tym razem 0:1 po kontrze w doliczonym czasie gry. Mecz Pucharu Anglii z Wolverhampton Wanderers to już obraz nędzy i rozpaczy, porażka 1:2 z „Wilkami” w koszmarnym stylu, przedwcześnie zakończyła zmagania The Reds w Pucharze Anglii. Została tylko Chelsea. Ta Chelsea, która niszczyła wszystko na swojej drodze w lidze. Mecz zakończył się jednak remisem 1:1, po tym jak karnego Costy obronił Mignolet. W takiej sytuacji, nawet jeden punkt mógł niestety ucieszyć niektórych kibiców.

Trzeba było się otrząsnąć
Styczeń trzeba było zostawić za sobą i skupić się na walce o wysokie cele w lidze, na jedynym froncie, na którym Liverpool jeszcze pozostał. Ale sprawy pogorszyła kolejna porażka, na wyjeździe z Hull City 0:2. Z walki o mistrzostwo, The Reds przeszli do rozpaczliwego boju o miejsce w Top 4, premiowane upragnioną Ligą Mistrzów. Można było być pełnym obaw, bo w końcu na Anfield przyjeżdżał Tottenham, który zachwycał wysoką formą. Jednakże Liverpool pokonał „Koguty” 2:0 bo dwóch golach powracającego Sadio Mane. Czy tak katastrofalna forma w styczniu to efekt braku Mane? Miało się to okazać, dwa tygodnie później na wyjeździe przeciwko walczącemu o utrzymanie i świeżo po zwolnieniu Claudio Ranieriego Leicester City. Obóz treningowy w hiszpańskiej La Mandze mógł tylko i wyłącznie pomóc The Reds, ale… „Lisy” Craiga Shakespeare’a zdominowały Liverpool wygrywając 3:1, i znów powróciła frustracja. Frustracja spowodowana himerycznością Liverpoolu, mentalnością przeciętnej drużyny. Nikt nie był nawet zaskoczonym pokonaniem Arsenalu 3:1, bo już każdy wiedział, że następny mecz jest przeciwko Burnley. Gdy „Bordowi” objęli w dziesiątej minucie objęli prowadzenie, na myśl przychodziła jedna rzecz. „K***a znowu”. Jednakże Liverpool pokazał charakter, odrobił straty i wygrał 2:1. W końcu udało się pokonać ekipę z niższej półki. A zwycięstwa i punkty był przecież bardzo potrzebne. Później nastał mecz wyjazdowy z Manchesterem City, po dobrym spektaklu, zakończony remisem 1:1. Nastała przerwa reprezentacyjna, The Reds przygotowywali się do wznowienia rozgrywek na hiszpańskiej Teneryfie. Gdzieś już to widziałem…

Powrót do codzienności
Umiejętność pokonywania rywali z niższej półki była teraz najważniejsza, bo w ligowym kalendarzu nie było już meczów z ekipami z „Top 6”. Ale zaczęło się od Derbów Merseyside. Liverpool gładko pokonał 3:1 Everton, lecz przez kontuzję stracił do końca sezonu Sadio Mane. Potem jednak, po kilku błędach w defensywie, przyszedł remis 2:2 z Bournemouth na Anfield. Sytuacja wygląda rozpaczliwie, gdy do przerwy w nowej formacji, The Reds przegrywali 1:0 do przerwy ze Stoke City. Na szczęście, Coutinho i Firmino wprowadzeni w drugiej połowie, odwrócili losy spotkania, a trzy punkty trafiły na konto The Reds. W Wielkanoc przyszła spokojna wygrana 1:0 z West Bromem. Wszystko wyglądało dobrze, ale jednak przyszedł mecz u siebie z Crystal Palace, który The Reds przegrali po ogromnym pokazie nieskuteczności, wynikiem 1:2. Zwycięstwa, nawet wyszarpywane, były potrzebne w każdym z pozostałych czterech spotkań. To też na wyjeździe z Watfordem, Liverpool wyszarpał wygraną 1:0 po pięknym golu Emre Cana. Ta sztuka nie udała się z Southamptonem, gdyż mecz zakończył się wynikiem 0:0, a karnego nie wykorzystał perfekcyjny dotychczas James Milner. Klopp w końcu zmienił ustawienie z oklepanego 4-3-3, zaczął grać systemem 4-1-2-1-2, co przyniosło efekty, bo jego podopieczni gładko roznieśli West Ham 4:0. Został ostatni akord walki o Ligę Mistrzów. Wygrana w meczu z Middlesbrough gwarantowała co najmniej 4 miejsce, była szansa nawet na trzecie, zakładając że Man City nie pokona Watfordu, co oznaczałoby bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Zwycięstwo było jednak potrzebne, bo za plecami czaił się Arsenal.

Ostatni akord
O miejscu trzecim można było zapomnieć, bo kiedy na Anfield było jeszcze 0:0, Manchester City prowadził z Watfordem już 4:0. Co gorsza, Arsenal prowadził 2:0 z Evertonem. Jednak upragnione prowadzenie, pod koniec pierwszej połowy, dał Georginio Wijnaldum, a po przerwie wynik na 3:0 podwyższyli Philippe Coutinho z wolnego i Adam Lallana. Wynik ten oznacza jedno – widzimy się w Champions League!

Parę słów na koniec
Po sparingu w Australii, zaczęły się wakacje i czas transferów. Na pierwszy rzut oka nie powalają, bo są to tylko Dominic Solanke, Mohamed Salah i Andrew Robertson. Z drugiej strony nie odeszły najważniejsze ogniwa, inne transfery mogą jeszcze mieć miejsce, a każdy z tych zawodników w presezonie prezentował sięna bardzo wysokim poziomie. W każdym razie, trzeba czekać co przyniesie nowy sezon w Premier League, oraz czy uda się wywalczyć Ligę Mistrzów w starciu z Hoffenheim. Na dziś to tyle, mam nadzieję że nie zanudziłem, peace out!