Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Kategoria: Bez kategorii

#GameStruck4, czyli gry, które nas ukształtowały – jak wygląda nasz wybór?

Jakiś czas temu w serwisie gameplay.pl zobaczyłem ciekawy artykuł dotyczący akcji #GameStruck4, gdzie to różni ludzie wybierają 4 gry, które najbardziej zdefiniowały ich jako graczy. Gry, które w jakimś stopniu najbardziej utkwiły im w pamięci. Początkowo mogliśmy zobaczyć to jedynie na twitterze, ale z czasem temat podjęły również inne strony internetowe, chociażby Spider’s Web. Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić również to w swoim wydaniu, ale żeby nie było zbyt nudno, postanowiłem zaprosić parę innych zaprzyjaźnionych osób żeby również przedstawiły swoje typy. Napisałem m.in. do Kunia, NC oraz Genesisa. Z pewnością wiele osób stąd ich kojarzy. Jesteście ciekawi, które tytuły znalazły się na naszej liście? Oddaję głos naszym gościom.

Kunio:

Siadając sobie do rozmyślania nad tematem podesłanym od Piterusa, już na samym początku wypisałem sobie potężną garść tytułów, z którymi wiązałem dobre wspomnienia – głównie z czasów beztroski, kiedy to dopiero zaznajamiałem się z elektroniczną rozgrywką. Wiele z nich już w momencie ogrywania przeze mnie była już dawno archaiczna, ale posiadały swój specyficzny styl dla mojego niezbyt rozgarniętego wtedy mózgu. Oczywiście szaleństwem byłoby wymieniać je tutaj wszystkie, dlatego wybrałem tylko te, które z perspektywy czasu zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

Kto mnie zna to wie, że strasznie cenię sobie popularnego u nas „Pegaza”, który na początku XXI wieku był już niezłym przeżytkiem. To właśnie z nim wspominam najwcześniejsze moje lata grania, kiedy to z namiętnością rąbałem we wszelkie tego typu pewniaczki. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Contra od Konami i Goal 3 od Technos. Pierwsza była lepsza od Mario z powodu tego, że nie była tak dziecinna, bo w końcu po co skakać po grzybach, skoro można strzelać do ludzi z karabinu. Druga natomiast była przeniesieniem mojego ulubionego sportu na ekrany konsoli, z całą tą brutalnością, dobieraniem własnej postaci czy składu. Gry pegazusowe miały też przewagę świetnych ścieżek dźwiękowych, gdzie większość ogrywanych tytułów posiadała bardzo rozpoznawalne tjunsy, co tylko sprawiało, że chętnie się do nich wraca, nawet dziś.

Kolejną kultową konsolą z jaką miałem doświadczenie jest poczciwy „Szaraczek”, z którym najbardziej chyba kojarzy mi się Tekken 3. O rajuśku, nawet nie wiecie jak zmieniło się wtedy moje postrzeganie gier, gdy to stało się tym. Dodatkową zaletą gry przez którą zbierałem swoją szczękę z podłogi to duża liczba ciekawych postaci do ogrania, podczas gdy większość gier 8-bitowych miała ich maksymalnie 8 lub ich liczba była sztucznie zawyżana kopiowaniem wojowników zmieniając ich kolor. W klasyku takie coś nie występowało. Miałeś ponad 20 grywalnych zawodników, z których każdy był inny i miał swój własny styl walki, co nadawało grze niezwykłego realizmu.
Vice City to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie miałem nigdy styczności z żadną odsłoną tej franczyzy w 3D i zderzenie z grą w której mogłem robić to co żywnie mi się podoba było niezwykle satysfakcjonujące, chociaż na początku nie potrafiłem wyciągnąć dużo z rozgrywki z powodu braku znajomości angielskiego przez co nie wiedziałem, jak robić misje. Dopiero po czasie, polskich napisach można było łyknąć jedną z bardziej pomyślanych historii w całej tej serii z klimatem tych wszystkich znanych filmów z Człowiekiem z blizną na czele. I jakoś ostało mi się tak, że stawiam tą pozycję najwyżej w swoim rankingu serii i nic póki co nie może go zdetronizować, a w VC:MP zacząłem grać tylko dlatego, bo SA:MP działał na moim komputerze bardzo słabo i szukałem alternatyw. I jak widać zostałem tutaj na dłużej.

Ostatnia pozycja wiąże się z moją małą, dziecinną odskocznią od rzeczywistości. W pierwszej dekadzie tego wieku uwielbiałem Pokemony, łykałem każdy odcinek oryginalnej serii po kolei, ale z czasem pałeczkę przejęło Disney XD, a dla mnie był to za wysoki koszt i musiałem pożegnać się z nią na lata. Dlatego nie wiecie, co poczułem, gdy brat przyniósł kiedyś na płycie nagrany emulator Game Boya Advance z kilkoma ROMami, a jednym z nich był Pokemon Fire Red, który jest jedną z najlepszych według mnie gier ever. Świetna historia, ulepszona grafika względem oryginału i możliwość wyboru Charmandera na pierwszego Pokemona. Z czasem odkrywałem kolejne części cofając się i idąc dalej w generacjach stworków, aż do teraz, gdy zostało mi do ogrania X&Y i Sun&Moon, ale tutaj trzeba czekać na własnego 3DSa. Ale i tak mimo wszystko uważam Fire Red za najlepszą i najbardziej kultową część tego cyklu.

Genesis:

Football Manager 2006 – Pierwsza kupiona, długo ogrywana przeze mnie gra. Połączenie skarbnicy wiedzy o piłce nożnej z zarządzaniem to dla mnie coś idealnie dopasowanego. To niezwykłe, jak wielka potrafi być dysproporcja między dynamiką gry a emocjami czerpanymi z niej.

Grand Theft Auto 3 – To kolebka, początek mojego zamiłowania do całej serii GTA. Trójka ukształtowała mój gust, po dziś dzień (z nielicznymi wyjątkami) jedynymi grami, w które potrafię naprawdę się wciągnąć są te z otwartym światem.

Metin 2 – Za sprawą popularnego MMO nauczyłem się czerpać radość z grania online. Dzięki tej grze nie mam oporu przed grą multiplayerową, kooperacją z innymi. Gra, która uczy pokory i cierpliwego grindu, który dziś, w dobie „Pay to win” jest jedyną bezpłatną alternatywą.

Colin McRae Rally 04 – Mimo, że pierwsze kroki za wirtualną kierownicą stawiałem w poprzednich odsłonach, to jednak dopiero Colin z 2003 roku rozpalił moją pierwszą świadomą miłość do rajdówek. Absolutny fenomen, który ogrywałem razem ze starszym bratem i który trwa do dziś na mojej półce w postaci najnowszych odsłon DiRT.

NC:

Cztery gry, które zdefiniowały mnie jako gracza? Niby wiadomo o co chodzi, ale dobrać właściwe przykłady wcale nie jest tak łatwo. Modelowymi odpowiedziami byłyby zapewne pierwsze zagrane strzelanki czy gry strategiczne, które wyrobiły w nas refleks i spryt, z których korzystaliśmy w innych grach. Do swojego zestawienia wybrałem cztery tytuły, które może nie definiują mojej grającej części osobowości, aczkolwiek przywołują ciepłe wspomnienia i w pewien sposób ukształtowały mój charakter.

GTA 2

Jak część z was wie z mojego wpisu autobiograficznego, byłem (tfu, jestem!) szczęśliwym posiadaczem GTA 2 w wersji „ściągnięte z internetu na neostradzie 128”. Wspólnie z kolegą ze szkolnej ławy w pierwszych klasach szkoły podstawowej (!!!) namiętnie ciupaliśmy w dwuwymiarowe części Grand Theft Auto, a druga część była pierwszą, która była moją własnością i której z tego względu poświęciłem wiele godzin. Ostatni raz zagrałem w 2008 r., kiedy to ś.p. Polonez wspominał, że multi do tej gry żyje i można normalnie skryptować, w przeciwieństwie do VCMP (czasy skryptów mIRC, kto pamięta, ten stary ). Może warto znowu zagrać? Chyba jestem za stary na takie zręcznościowe tytuły .

Heroes 3

Nooooo! Sytuacja jak wyżej, wracało się ze szkoły i pyknęło się z godzinkę-dwie w Heroes 3, do czasu aż matka po mnie nie przyjechała . Mając kilkadziesiąt zapisanych stanów gry, których nigdy nie wznawialiśmy, wspólnie obmyślaliśmy taktyki, której przewodnią myślą było „nie atakujmy się”. Mimo upływu lat do Heroesów wracałem. Choć rozgrywka jest schematyczna, grywalność jest wysoka, a doinstalowanie modyfikacji jak Wake of Gods winduje poziom zabawy do sufitu. W kolekcji płyt mam jeszcze czwartą część, a obecnie ogrywam Heroes 6 z CDA. Za wcześnie by oceniać grę, ale potrafi przykuć na więcej niż godzinę do ekranu! Chyba, że komputer zacznie oszukiwać…

Dave Mirra Freestyle BMX

Jako dzieciak uwielbiałem komiksy. Rodzice wspominają, że już w wieku kilku lat kupowali mi „Kaczora Donalda” i zmuszałem ich do czytania historyjek czego oczywiście nie pamiętam, ale gdy już potrafiłem sam czytać, chłonąłem każde wydanie, które było co środę. Z czasem zaczęły pojawiać się zabawki, a na okres świąt bożenarodzeniowych (2002?) dodano płytę CD z demami 20 (!!! słownie: DWUDZIESTU) różnych gier. Wśród nich był Dave Mirra BMX, czyli taki Tony Hawk, tylko na rowerze . I dużo lepszy! Pamiętam jak przy świetnej ścieżce muzycznej (odsłuchując ją od razu mam ochotę zainstalować grę) naciskałem wszystkie możliwe klawisze by wykonywać super salta. Ostatni raz grałem może w 2016 r i gra wciąż dobrze wygląda, a zabawa jest przednia. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na kolejne „rowerowe” gry na PC, a sam Dave Mirra kilka lat temu popełnił największą głupotę życia.

Wolfenstein: Enemy Territory

A na koniec – nowy staroć, który odkryłem stosunkowo niedawno. Granie w ET nauczyło mnie, że można być niedzielnym graczem, bez jakiś super growych zdolności czy myszki za dwie stówki i doskonale się bawić. W innych strzelankach zawsze są takie momenty, że snajper gdzieś siedzi i cię nie przepuści, za rogiem ktoś tylko czeka aż przejdziesz, a wszyscy znają mapę na wylot i wiedzą, jak się ustawić. A w ET po prostu zacząłem grać, wspomnianych problemów nie było (chociaż mapę zawsze dobrze znać) i nawet jeśli gram „od święta” to zawsze jakieś głowy urwę .

Gier, które do mojego zestawienia jeszcze bym dorzucił, znalazłoby się kilka. Na pewno GTA VC, bo przecież dzięki niemu teraz mam przyjemność współtworzyć ten artykuł . Jednak byłoby to zbyt oczywiste do opisania. Inne gry, które do mojej listy się nie załapały to Worms Armageddon, Tropico 1, Larry 7 . Może będzie jeszcze okazja, by o tych czy innych tytułach jeszcze coś powiedzieć. Dziękuję Piterusowi za zaproszenie do współtworzenia tego wpisu i gratuluję pomysłu!

To ten, może na mnie kolej co Z racji, że odpadają mi tak świetne tytuły jak Contra, Vice City czy gejmbojowe Pokemony, które świetnie opisali już moi przedmówcy (w sumie to Kunio głownie :D) zdecydowałem się na może nieco mniej oczywiste gry, które z jakiegoś względu utkwiły mi w głowie.

Prince of Persia – Zacznijmy od początku. Moja przygoda z graniem zaczęła się od Pegasusa, znanego szerzej jako NES czy też Famicom. Jedną z gier, która mnie szczególnie ujęła był wspomniany wcześniej Książę Persji, nazywany przeze mnie wtedy… Aladynem. Lata mijały, zmieniały się platformy, a PoP wracał do mnie jak bumerang w różnych odsłonach czy to w wersji mobilnej czy na innych sprzętach. W pewnym momencie, po kolejnej sesji byłem już praktycznie gotów przejść ten tytuł tylko na jednym życiu. Dziś, mimo że sięgam po niego raczej już tylko gdy raz na jakiś czas ponownie podłączę starego pegaza, to i tak za każdym razem czuję się tam jak u siebie, a i jak ktoś wspomni o tym tytule zawsze robi mi się cieplej na serduszku i wiem, że ktoś naprawdę ogarnia temat

Szymek Czarodziej – Później przyszedł czas na PC. W momencie gdy wszyscy zagrywali się w Gothica i inne takie tytuły, ja grałem w… Szymka Czarodzieja. I niech nie zmyli was tytuł! Gra chociaż niepozorna jest odbiciem w krzywym zwierciadle różnych innych gier ocierających się o tematykę fantasy przy czym mamy również odniesienia do różnych współczesnej popkultury, a momentami nawet żarty typowo po bandzie, które w swoim czasie robiły na mnie spore wrażenie. Przy tym wszystkim mamy, jak zwykle z resztą w przypadku naszych rodzimych produkcji, świetny dubbing z chociażby Maciejem Stuhrem podkładającym głos pod główną postać. Grafika nie była genialna nawet jak na tamte czasy, ale przy odrobinie dobrej woli i przyjęciu pewnej konwencji pasuje idealnie i w całym tym szaleństwie, wśród wielu świetnych gier, które gościły na moim sprzęcie i później, to ona dała się zapamiętać jako jedna z ważniejszych.

FIFA (07?) – FIFA jaka jest wszyscy wiemy, ot 22 chłopa podzielonych na zespoły biega po boisku za piłką i próbuje strzelić bramkę przeciwnikowi. Banał, jeśli ktoś nie interesuje się piłką nożną. Z roku na rok dostajemy usprawnioną mechanikę, grafikę i oczywiście składy. Ale przy tym wszystkim najważniejszy dla mnie jest fakt, że FIFA to chyba najlepszy tytuł multi jaki znam. I nie mówię tu nawet o takiej grze przez sieć, ale o siedzeniu na kanapie z kumplami czy koleżanką (w sumie też się da :D) i pad w pad rozrywać mecz i przeżywać go na żywo. Przy czym jednocześnie nie ma chyba bardziej frustrującej gry niż właśnie FIFA – przekonałem się o tym szczególnie teraz, grając w 18 w trybie FUT. Fajnie napisał o tym Vandi swojego czasu. Nie ma co ukrywać – cokolwiek by się nie działo FIFA była, jest i pewnie będzie na moim sprzęcie tak długo jak długo będę w coś grał. 07 dla przykładu, bo najwięcej czasu tam spędziłem i w sumie najlepszy w nią się czuję

Valiant Hearts – zdecydowanie najbardziej ambitny tytuł pod względem problematyki jaki znalazł się na mojej liście. Ba, wydaje mi się, że to najbardziej ambitna historia jaką dane było mi przeżyć w czasie wirtualnej rozrywki. Nawet nie wiem czy rozrywka to odpowiednie słowo w tym miejscu. Valiant Hearts to tytuł, który ma nas uwrażliwić na tematykę wojenną i pokazać, że nikt nigdy nie chciałby przeżyć tego ponowie. Chociaż tytuł ograłem stosunkowo szybko to został po nim naprawdę mocny kac, który ciągnął się za mną jeszcze przez długi czas. W swoim czasie poświęciłem temu tytułowi nawet osobny artykuł i tam można znaleźć więcej na ten temat.

Niestety na mojej liście nie wystarczyło się miejsca dla takich gigantów jak NFS:U2, GTA IV czy nesowego Batmana oraz tytułów o których wspomniałem na początku, bo nie ukrywajmy, że zarówno taka Contra jak i Vice City to absolutny top również w moim przypadku. Z różnych względów nie sposób o wszystkich tych grach nie wspomnieć, bo jeśli miałbym się w jakimś stopniu zdefiniować jako gracz, no to właśnie dzięki takim tytułom.

Jeszcze raz chciałbym podziękować z tego miejsca za pomoc przy wpisie Kuniowi, NC i Genesisowi. Niewykluczone, że w przyszłości ponownie zdecyduję się na takie rozwiązanie o ile ktoś będzie wgl zainteresowany ;)  W końcu zawsze to pewna różnorodność i coś ciekawszego niż czytanie tylko i wyłącznie samego mnie Tak nawiasem zachęcam do pisania własnych tytułów w komentarzach. Być może niektóre pokryją się z naszymi, bo nie ma co ukrywać, że znalazło się tu naprawdę sporo bardzo udanych gier.


Stephen Hawking 1942-2018

Zmarł Stephen Hawking, najwybitniejszy i najbardziej znany uczony naszych czasów. Miał 76 lat.

O ile nie ma co ukrywać, że mało kto jest na bieżąco z badaniami Hawkinga i pewnie wielu miało by problem z wymienieniem chociażby części jego dokonań, o tyle chyba nikt nie kwestionuje jego wkładu we współczesną astrofizykę. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego. Jak mimo swojej niepełnosprawności, niezaprzeczalnej, utrudniającej mu normalne funkcjonowanie, znalazł się na samym szczycie światowej nauki i jak mógł udowodnić swoją wielką wartość jako jednostki. Zdumiewające jest też jak bardzo technologia była w stanie mu pomóc – mam na myśli chociażby komunikowanie ze światem zewnętrznym. Wiele osób w podobnym stanie uznawane jest za rośliny i ich dalsze plany zostają praktycznie przekreślone. Może doczekamy czasów, że taka technologia będzie znacznie bardziej dostępna szerszej społeczności. Oby.

Swoją drogą jakby ktoś chciał poznać historię Hawkinga w bardziej przystępnej formie to polecam film Teoria wszystkiego z 2014 z genialną rolą Eddie’iego Redmayne’a, za którą dostał Oskara. Oczywiście należy traktować go z pewnym dystansem, ale daje całkiem ciekawy pogląd na postać słynnego naukowca.

W ogóle, w gąszczu dzisiejszych porannych informacji na ten temat, w pamięci utkwiło mi szczególnie jedno zdanie – po odejściu Stephena Hawkinga świat stał się zdecydowanie głupszy.


Nikt nie wie co siedzi nam w głowie

Ostatnio w sieci pojawił się wywiad piłkarza FC Barcelony, Andre Gomesa dla magazynku Panenka na temat jego osobistych problemów:

Rozmawiam z przyjaciółmi i oni mówią mi, że problem jest w mojej głowie, że gram z zaciągniętym hamulcem ręcznym. To, co jest w tym najtrudniejsze to posiadanie świadomości na ten temat. Wkurza mnie to, że mówią mi, iż mogę zrobić wiele świetnych rzeczy, a ja siedzę i pytam siebie: „to dlaczego ich nie robię?”. Nie czuje się dobrze na boisku, nie ciesze się z tego, że gram. Pierwsze sześć miesięcy (w klubie) były całkiem niezłe, ale potem wszystko się zmieniło. Może te słowa nie są najbardziej poprawne, ale stało się to dla mnie trochę piekłem, ponieważ zacząłem odczuwać większą presję. Podczas treningów z kolegami czuję się dobrze, ale gdy przychodzi mecz to odczuwam, że jest ze mną źle. Chociaż koledzy z zespołu mnie wspierają to sprawy na boisku nie układają się po mojej myśli. Chciałbym opróżnić mój plecak z tym ciężarem, ale on staje się coraz cięższy. Zdarza się tak, że nie chce wychodzić z domu, bo wiem, że ludzie mnie obserwują i jest mi wstyd. Jestem zamknięty i nie mogę pozbyć się tej frustracji, którą od dłuższego czasu mam w sobie.

Pod artykułami o tym spotkać możemy komentarze typu „jakie on może mieć problemy, w końcu gra w jednym z najlepszych klubów świata, ma masę pieniędzy, znajomych – czego chcieć więcej?”. Tylko, że to wszystko nie jest wcale takie proste.

Chciałbym, żeby każdy człowiek miał szansę kiedyś stać się sławnym i bogatym oraz żeby kupił wszystko o czym marzył – bo tylko w ten sposób zrozumie, że nie taki jest cel życia. – Jim Carrey

Cóż, z pewnością o prawdziwości tego zdania każdy wolałby przekonać się na własnej skórze w myśl że lepiej płakać w Ferrari niż w Golfie, ale fakt faktem tak właśnie jest. Sława i pieniądze nie gwarantują niczego. Nie neguję to oczywiście wartości pieniądza. Chodzi mi bardziej, że problemy mogą dotknąć człowieka niezależnie od jego stanu majętnego.

W psychologii czy ogólnie w książkach na ten temat Istnieje określenie wewnętrznych demonów, które często blokują nas przed pozornie prostymi rzeczami, gdzie coś co może z boku wydawać się bardzo proste, dla danej osoby takim nie jest, Do podobnej rangi mogą urosnąć niektóre problemy – to co dla jednego nie jest warte nawet uwagi, dla drugiego może być naprawdę ciężkim doświadczeniem i mówimy to o ludziach w każdym wieku z każdymi problemami – dla jednego będą to problemy miłosne, na drugiego utrata pracy, a dla trzeciego dwójka z matematyki. Ciężko to hierarchizować, co jest większym problemem, a co mniejszym. Zależy to od różnych czynników. Jakkolwiek byśmy się starali nie zrozumiemy w pełni co siedzi komuś w głowie.

Kiedyś zastanawiałem się, patrząc nawet w kontekście gier, czy grając z samym sobą bylibyśmy dla siebie wybitnie łatwym czy bardzo trudnym przeciwnikiem. Z jednej strony znamy przecież swoje zalety jak i słabe strony, które moglibyśmy wykorzystać, z drugiej zaś, nasz hipotetyczny przeciwnik, którym jesteśmy my, ma taką samą przewagę. Taka walka rozgrywa się w naszej głowie każdego dnia i z każdym kolejnym rozpoczyna się od nowa. Analogicznie w potyczce tej jedną stroną jesteśmy my, a drugą przeciwnik w naszej głowie. Stawka jest naprawdę wysoka. Jest nią wewnętrzny spokój, który pozwala nam normalnie funkcjonować.

Do czego zmierzam – w sumie nie wiem. Chciałbym po prostu zwrócić uwagę na fakt, że jako ludzie powinniśmy być bardzo ostrożni w osądach takich osób jak Andre Gomes czy innych sław, które przyznają się do tego typu problemów. Może też warto w swoim otoczeniu być czasami wsparciem dla kogoś kto tego potrzebuje, bądź analogicznie, poszukać osób, które mogą dla nas takim wsparciem być, jeśli sami mamy taki problem. Najlepiej realnych, namacalnych, a nie internetowych.

Tyle.


Real dał radę Paryżowi!

Wczoraj był rewanżowy mecz Realu Madryt z Paris Saint Germain. Real wygrał 3-1. Podobnie w dwumeczu, który zakończył się rezultatem 5-2.

Nie ma co ukrywać, że obecny sezon jest dla Realu trudny. Pomijając tytuły, które wliczają się bardziej w ubiegły sezon, czyt. Klubowe Mistrzostwo Świata, Superpuchar Europy i Superpuchar Hiszpanii to klub zanotował koszmarny w start w lidze, gorzką porażkę w Pucharze Króla i tylko w Lidze Mistrzów jest obecnie tak naprawdę cała nadzieja na uratowanie sezonu.

Oglądając parę miesięcy temu mecz PSG – Bayern i ogólnie śledząc co klub z Paryża robi chociażby w Ligue 1 raczej nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby na nich trafić. Traf chciał, że Real na swojej drodze spotkało właśnie PSG i ruszyła medialna lawina, w sumie bardziej komentarze ludzi, jak to paryżanie nie rozniosą Realu, który daleki jest od optymalnej formy. Na szczęście Real w meczach o stawkę, a szczególnie w LM to zupełnie inna drużyna.

Gdy dowiedziałem się o tym dwumeczu byłem w sumie zadowolony. Jeśli mieliśmy przegrać to w sumie właśnie z nimi, a i mieliśmy sporo spraw do załatwienia. Powiem więcej – potencjalna wygrana z PSG stała się dla mnie osobiście jednym z minimum na ten sezon, bo nie oszukujmy się, ponownie obronić tytuł w Pucharze Europy będzie naprawdę ciężko.

No i co.

Przyszedł pierwszy mecz, w dodatku na Bernabeu i boisko zweryfikowało, że wielkie pieniądze PSG i ich niewątpliwa siła była jednak niewystarczająca. Wynik: 2-1 dla Realu.

Znów głosy: „Ej no, w Paryżu będzie kocioł, Neymar was rozniesie, kibice zgotują wam piekło”. Co do czego Brazylijczyk nawet w rewanżu nie zagrał, a kibice jedyne co zrobili to trochę rozróby przed meczem i dużo dymu na samym boisku.

Spodziewałem się, że PSG przyciśnie Real, tymczasem wyszli na boisko mam wrażenie niespecjalnie zmotywowani. A Real? Real zagrał swoje, bez fajerwerków, ale na wystarczającym poziomie. Bo Real nawet jak gra słabo to i tak jest jedną z najgroźniejszych drużyn w Europie, a według wielu słaby Ronaldo w tej edycji LM zdążył uzbierać już 12 goli, w tym 3, a jakże, w meczu z PSG.

Tu też pojawia się właśnie inna kwestia. Zarówno Real jak i Ronaldo w ostatnich latach przyzwyczaili wszystkich do osiągania niebotycznych wyników. I taka prawda, że nawet jak zarówno klub jak i sam lider grają nieco słabiej to nadal są to liczby wybitne i nieosiągalne dla większości w Europie. Innymi słowy, to co dla jednych jest sprintem, dla drugich jest zwykłym truchtem.

Wgl warto powiedzieć też parę słów na temat pieniędzy jakie leżą po stronie PSG. Do tej pory to o Realu mówiło się jako o potentacie na rynku transferowym, tymczasem ostatnio ta polityka coś się zmieniła. Ostatnim dużym transferem do klubu był hmm… James Rodriguez w sezonie 14/15 za 75mln funtów i rok wcześniej Bale za według wielu najwyższą kwotę jaką Real zapłacił do tej pory za piłkarza, czyli tam trochę ponad 100kk. W ostatnich latach takich dużych transferów nie było. Tymczasem PSG w tym roku rozbiło bank za sprawą Neymara (222 milionów) Mbappe (180?) i resztą innych piłkarzy, którzy dopiero co pojawili się w klubie w ostatnich latach. Jak widać to nie wystarczyło. Swoją drogą wgl rynek transferowy poszedł do przodu, w sensie ceny. Przecież nie tylko za sprawą PSG, ale i innych klubów ostro poszedł obrót gotówki, jednak to już historia na zupełnie inne rozważania…


Obejrzałem Blade Runnera 2049

Zaletą dużych Tesco czy innych Biedronek jest fakt, że często i gęsto można wyrwać tam świetne filmy w naprawdę dobrych cenach. Po niedawnym Baby Driver, któremu swoją drogą również poświeciłem parę słów, przyszła kolej na kolejną produkcję zakupioną właśnie w tego typu markecie – Blade Runnera 2049. Właśnie zakończyłem seans, także chciałbym podzielić się paroma słowami tak na gorąco.

Blade Runner 2049, podobnie jak Baby Driver czy Ostatni Jedi jest jednym z filmów nominowanych do tegorocznych oskarowych nagród, które dane było mi obejrzeć do tej pory. Film nawiązuje do Łowcy Androidów Ridley’a Scotta z ’82 – ciężko mówić tu o bezpośredniej kontynuacji, bo mimo że, jesteśmy nadal w tym samym uniwersum, ba, spotykamy tu ponownie niektóre postaci, to i tak Blade Runner 2049 śmiało można traktować także jako osobną produkcję i oglądać ją nie znając poprzednika. Jednak pierwszego Łowcę Androidów także warto znać – w końcu dla wielu jest to kultowy wyznacznik jak powinien wyglądać klasyczny film Sci-Fi, a i daje nam to pewne szersze spojrzenie na świat przedstawiony, niektóre problemy, czy po prostu łatwiej będzie wyczuć nam niektóre smaczki.

Może się mylę, ale w filmie czuć sporo inspiracji reżysera filmu Denisa Villeneuve’a innym wizjonerem, Stanley’em Kubrickiem – mam tu na myśli większość kadrów, które cytując Dawida z kanału Sfilmowani, można wyciąć, powiesić na ścianie i zachwycać się [nimi] do śmierci i trochę, przynajmniej w moim mniemaniu, podobnie jest właśnie w takiej Odysei Kosmicznej czy Lśnieniu w których były podobnie ułożone kadry. Tak dla porównania poniżej kadry odpowiednio ze wspomnianego Lśnienia i Blade Runnera 2049.

I tak naprawdę właśnie przez swoją warstwę wizualną ten film zrobił na mnie największe wrażenie, a warto zauważyć, że oglądałem go na zwykłym DVD. Nie tylko tego typu przeżółkłymi kadrami, ale także intensywnym fioletem, różem i niebieskim charakterystycznym dla filmów cyberpunkowych wczesnego okresu. Zarówno efekty komputerowe jak i te związane z fizyczną scenografią to absolutnie najwyższa półka filmowa.

Jednak poza faktem, że nowy Blade Runner 2049 wygląda niezwykle ładnie to porusza także bardzo wiele ważnych kwestii społecznych. Może nie bezpośrednio, ale mówi m.in. o kwestiach okoliczności w jakich rodzi się człowiek i wpływu tego na jego dalsze życie, relacji międzyludzkich czy wpływu technologii na moralne aspekty człowieczeństwa. Film jest w końcu jedną z wizji jak za ileś lat może wyglądać znany nam dziś świat.

I chociaż jak mam być szczery to film nie wbił mnie jakoś w fotel jak kilka innych w przeszłości, to absolutnie nie odmawiam mu kunsztu i niezwykle dojrzałego podejścia zarówno tego czysto artystycznego jak i merytorycznego. Naprawdę warto się z nim zapoznać i ja sam jeszcze nie raz do niego wrócę. Nadal jest to jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku, a dla fanów gatunków jest to wręcz pozycja obowiązkowa. Zdecydowanie polecam!


Już jestem znów

/jj

Piterus juz jest [ 10 dni ]

+++

Wiecie co

Strona mi się popsuła

Albo ktoś popsuł

Trochę słabo

Ale no

¯\_(ツ)_/¯

 

Dokładnie 10 dni temu wykrzaczyło mi stronę. Oficjalny powód to przekroczenie transferu, mniej oficjalny coś musiało to nagłe przeciążenie spowodować. Spodziewałem się strony jakoś w połowie lutego, a tu dziś jakoś fartem zauważyłem, że „o, patrz, działa”. W sumie nie wiem czy to na stałe, bo w panelu transfer nadal widnieje jako przekroczony, no ale skoro strona jest no to ok – nie będę wnikał. Jedyne co zrobiłem to jakąś kopię z poziomu cms, aktualizację samego wordpressa i zainstalowałem dodatkową wtyczkę zabezpieczającą. Czy coś to da? Nie wiem, zobaczymy. Tak czy inaczej przydałby się nowy host. O tyle dobrze, że jest chociaż ta domena, więc w sumie byście nawet nie zauważyli. Chyba.

Pogrywam trochę w Fifę 18. Fajna gra, polecam, jakby ktoś coś jakiś mecz to chętnie. Jakiś już skład tam powstał także spoko. Z drugiej strony, nie sądziłem, że gra ta może być momentami aż tak irytująca. Znaczy nie, nie mówię o samej grze jako grze, ale jako takiej rozgrywce online, która po skumulowaniu różnych czynników z ludzkim na czele daje efekty jakie daje. W sumie zawsze jest Squad Battles (taka bardziej sensowna gra na bota), więc w razie co można ratować się tym. No i karierę Huntera wypadałoby kiedyś przejść

Wgl Baby Driver mnie nadal trzyma. W sumie nie wiem co ja widzę w tym filmie aż tak, ale z pewnością na chwilę obecną byłby mocno wysoko w jakimś niepisanym top. Może kiedyś się o takie pokuszę? Kto wie. W sumie patrząc tylko przez pryzmat ścieżki dźwiękowej to ostatni raz miałem tak z Suicide Squad, tyle że tamten film prócz muzyki, nie ma chyba jednak do BD podejścia

Ostatnio sporo słuchałem radia. W pamięci utkwiły mi szczególnie dwie audycje – Trójkowy TOP Wszech Czasów oraz podobna w radiu Zet. Jak co roku mnie interesowała szczególnie ta pierwsza, bo jest tam kawał naprawdę genialnej muzyki na najwyższym poziomie no i chciałem dowiedzieć się jak wysoko tym razem zajdzie mój konik w tamtych zawodach, czyli Riders on the Storm the Doorsów, który z jakiejś tam puli moich ulubionych piosenek miał zdecydowanie największe szanse. Tym razem znalazło się na miejscu 4, zaraz za podium. Wygrało Brothers In Arms od Dire Straits – według niektórych zasłużenie, mi osobiście nie przypadł do gustu i wolałbym już chyba Bohemian Rhapsody od Queen, ubiegłorocznego zwycięzcę, który tym razem był drugi. Całą listę macie na podlinkowanym profilu na FB jakby coś – dużo wartej poznania muzyki, serio.

Wspominając o Zetce to w sumie miałbym wywalone na ten konkurs, bo i tak czułem, że wygra jakieś Despacito czy coś, więc o czym tu dyskutować, ale mówię posłucham, ocenię i nawet miło się zaskoczyłem. Wygrało Bille Jean Michaela Jacksona i w sumie tak chciałem żeby wygrał, bo patrząc, że radio Zet jest stacją z muzyką typowo popularną to król MJ pasował tam jak najbardziej, jeśli zwrot „wszech czasów” traktujemy jakoś w miarę serio. Cieszy mnie również 4 pozycja Sweet Dreams, bo nie sądziłem, że ten kawałek zajdzie jakoś szczególnie wysoko.

Także fajnie.

NESowy Ice Hockey miał wczoraj urodziny. Trzydzieste. Stara gierka, ale frajdy potrafi dać przez multi tyle, co niejeden współczesny tytuł.

Nie wiem co tam więcej u mnie. Leci powolutku. Mam parę pomysłów tu, które warto by zrealizować, ale co z tego wyjdzie to zweryfikują sprawy bieżące. W każdym razie postaram się być w kontakcie. Nawet discord podlinkowałem tam w panelu obok – zapraszam zainteresowanych.

Mam nadzieję, że strona nie padnie znów, teraz, za chwilę, ale w razie by padła to możecie od czasu do czasu i tak tu zajrzeć – a nóż widelec okaże się że stoi.

Aktualizacja 1.02.2018: dzień po napisaniu tej notki strona znów padła Niemniej, zobaczymy jak będzie w tym miesiącu. Trochę tam dodałem pewne usprawiedliwienia jeszcze także czas pokaże.


Oh Baby, czyli wrażenia po filmie Baby Driver

Byłem ostatnio na Gwiezdnych Wojnach (o tym już gdzieś indziej, chyba że i tu przyjdzie mi coś ciekawego w temacie do głowy), niemniej udało mi się obejrzeć także inny świetny film – co prawda nie w kinie, a w domowym zaciszu, po przypadkowej wizycie w Lidlu Film, który obok Ostatniego Jedi uznaję za jeden z lepszych filmów rozrywkowych jakie widziałem w tym roku i chyba najbardziej satysfakcjonujący jaki widziałem od dawna.

Fabuła filmu jest niezwykle prosta. Ot, jest sobie chłopak (w tej roli Ansel Elgort), który pracuje jako kierowca dla złych ludzi, chociaż jemu samemu daleko do bycia złym. Charakteryzuje go to, że poza wrodzonym talentem do kierownicy, cały czas ma w uszach słuchawki. Głównym tego powodem jest fakt, że gdy był mały miał wypadek, podczas którego uszkodził sobie słuch i teraz ma w głowie ciągłe szmery, które musi zagłuszać. W sumie słucha muzyki nie tylko dlatego – przez lata stała się ona integralną częścią jego życia i prawdziwym soundtrackiem, który bez ustanku leci w tle. Z czasem postanawia jednak zerwać z drogą występku, poznaje pewną dziewczynę (w tej roli niezwykle urocza Lily James <3), która również kocha muzykę, jednak jak można się domyśleć wiele spraw nie idzie po jego myśli.

Jednak fabuła nie jest nie jest tym, czym film ten głównie stoi. Ogromne wrażenie robi tu unikalny, robiony pod muzykę montaż, który w połączeniu ze świetną kaskaderką z autami w tle i paroma świetnymi twistami w historii robi nieprawdopodobną robotę. Niech za wzór z czym mamy do czynienia – w kwestii montażu – zaświadczy chociażby ten klip, który lata temu był swoistą pierwszą cegiełką dla reżysera by pociągnąć historię dalej. I nie, film nie przypomina niespełna 2-godzinnego teledysku – to coś znacznie więcej, coś co finalnie, przyjemniej w moim przypadku, powodowało sporego banana na twarzy praktycznie od początku seansu do jego końca. Tak jeszcze w kwestii obsady. Prócz wspomnianej dwójki bohaterów w składzie obecny jest także między innymi Kevin Spacey aka Kevin ‚pasek na oczach” S., Jamie Foxx, Jon Hamm czy Eiza Gonzalez i wszyscy grają na naprawdę świetnym poziomie.

Zasadniczo tyle miałem do napisania. Taka ciekawostka – film podziałał na mnie tak, że zaraz na drugi dzień kupiłem sobie jazzową składankę Dave’a Brubecka, bo m.in. jego kawałek tam był i koniecznie chciałem mieć ten i podobne w swojej wieży. I chociaż był to zakup trochę pod wpływem emocji to i tak nie żałuję – w końcu idą święta, więc prezent dla samego siebie jak znalazł


Zjazd do Pitstopu – rozdział kolejny

No cześć

W życiu czasem są chwile, że trzeba zboczyć z głównego toru… niczym kierowca prowadzący w wyścigu, który musi zjechać do pitstopu w celu uzupełnienia paliwa, by mieć zapasy na resztę zawodów. 

Czy coś.

.

Ta, no.

Czuj się.

Możesz sobie planować

.

.

.

Witam serdecznie te parę osób, które odwiedza w miarę regularnie moją stronę. Trochę mnie tu nie było c’nie? A no wiecie, miałem co robić, a i trochę sobie naplanowałem w związku z tą witryną, więc i przerwa była spowodowana pewnymi pracami. Głównym punktem zapalnym była zmiana domeny. Postanowiłem pójść nieco dalej i zrezygnować z nazwy ViceClub. Znaczy zrezygnować – odciąć się od niej nie odetnę, ale chciałbym swój „blog” reklamować jednak nieco inaczej. Plus trochę przypał jak wpisujesz tę nazwę w Google, a pierwsze co wyskakuje to klub nocny w Bazylei No nic.

Podanie o nową domenę złożyłem już kilka miesięcy temu, lecz jakoś jak mawia klasyk im bardziej jej wyglądalem tym bardziej jej nie było. W sumie po czasie odpuściłem już czekanie, aż chyba 11 listopada w święto nasze piękne narodowe dostałem maila z danymi. No niemożliwe. Sprawdzam. Fakt. Jest. Lol.

W tamtym momencie z miejsca wprowadziłem stronę w tryb roboczy co z perspektywy czasu uznaję za trochę pochopny krok. Mogła sobie być public – co jej szkodziło. No ale nie. W związku z nową domeną w głowie otworzyła mi się szufladka z pomysłami dotyczącymi strony. Mówię polecę grubo, zmodyfikuje to i owo, zacznę regularnie pisać, uderzę mocniej w reklamę, może rzucę się nawet na jakiś płatny host w końcu, ba, nawet fanpage sobie zrobię.

Czas pokazał, że to jeszcze nie ten moment.

Jesteśmy ponad miesiąc później. Z rzeczy które sobie założyłem udało się zrobić jedynie kilka i tak naprawdę bez pomocy Rww, Xenona czy paru innych konsultacji społecznych (no hej!) nic by się nie udało. Jest nowe logo, wpadło kilka poprawek w motywie, wgl miał być nowy, ale w sumie wielu osobom się podoba, a i mi się na nim fajnie pracuje to po co zmieniać? Nie ma co na siłę. Napisałem sobie jakieś pierwsze bio, które będzie rozwijane, może z czasem jakieś portfolio z innych stron. Słowo klucz – z czasem. Jak mam być szczery to jednak na ten moment nie chcę iść jeszcze aż tak daleko i sygnować się tu swoim nazwiskiem. I tak już w niektórych momentach zostawiłem furtkę otwartą zbyt szeroko. Kiedyś będzie tam więcej.

W szkicach mam kilka pomysłów, które miały ujrzeć światło dzienne trochę wcześniej, ale nie będę oszukiwał – nie mogłem się jakoś do nich zebrać. Bo może ogólnie co u mnie – pracuje, uczę się, dużo czasu spędzam przed komputerem i trochę czasami najzwyczajniej nie mam weny by wziąć się i za to. Z mniej oczywistych rzeczy to na Gwiezdne Wojny idę w czwartek to może po tym coś tu, a jak nie tu to gdzieś indziej. Zależy od potrzeby.

Chociaż pozornie nie rysuje się kolorowo to i tak jestem zadowolony. Nie wiem czy zmieni się teraz jakoś szczególnie dużo pod względem pisania – pewnie i nie. Niemniej fajnie, że dalej mam tu te miejsce, gdzie mogę pobawić się nieco bardziej po swojemu. Wydaje mi się, że są to niezłe podwaliny pod dalszą zabawę.

Kiedyś (nie wiem dokładnie kiedy, bo przy starszych wpisach posypały mi się swojego czasu daty i straciłem już rachubę czy tam jest poprawna czy nie) pisałem, że chciałbym uderzyć w nieco szersze grono odbiorców. W sumie na oko rok później coś robię w tym kierunku także chyba nie jest źle.

Trochę chaotyczny ten wpis, no ale trudno.

I tak gwoli ścisłości i oficjalnego ogłoszenia. Od teraz miejsce to PitStop i taki też będzie główny adres strony: pitstop.eu.org. Nadal dostępny jest także stary adres z viceclub w nazwie, ale z czasem może nie działać on jak powinien także zachęcam do korzystania z nowego.

I do pisania komentarzy, bo pewnie o czymś zapomniałem.

Ogólnie zapraszam do zerkania co jakiś czas na tę stronę – zapewniam, że jeszcze będzie po co.

Macie spoko album, bo mi siadł ostatnio, a w klimacie nowego loga i ogólnej myśli przewodniej teraz.


Ja chce do Nowego Yorku :(

Raczej wszyscy kojarzą Tonego Hawka, jak nie z samej kariery skateboardzisty to z cyklu serii gier oznaczonych jego nazwiskiem. Przeglądając Facebooka trafiłem na świetny film z jednej z akcji jaką wymyślił. Podczas jego pobytu w Nowym Jorku postanowił zrobić prezent jednemu z jego fanów – ma rogu ulic Houston & Forsyth zostawił deskę na której akurat jechał. Kto chciał mógł iść i sobie ją zabrać do czego zachęcał sam Tony. Znalazca już zdążył się pochwalić

Podobną akcję zrobiła kiedyś Emma Watson, znana głównie z roli Hermiony Granger w filmach o Harrym Potterze gdy to zostawiała książki na różnych stacjach londyńskiego metra.

Chętnie przytuliłbym zarówno taką deskę jak i książkę, no ale cóż, trochę zbyt daleko mam. Szkoda.


Najlepszy film o Batmanie od czasu Mrocznego Rycerza!

Nie od dziś wiadomo (przynajmniej wśród tych, którzy mnie tam jakoś przynajmniej trochę znają), że interesuję się uniwersum postaci Batmana wytwórni DC. I o ile widziałem już naprawdę sporo zarówno filmów aktorskich, animowanych czy seriali o tyle na swojego rodzaju film absolutny trafiłem stosunkowo niedawno, bo i niedawno taka produkcja powstała. Mowa o dość niepozornym filmie LEGO Batman Movie.

Niech nie zmyli was akurat taka konwencja filmu. Z całą pewnością nie jest to film, który śmiało można obejrzeć z najmłodszymi – znaczy w sumie i można, ale wiele podtekstów czy odniesień do obecnej popkultury będą dla nich najzwyczajniej niezrozumiałe. Największą zaletą filmu jest jego samoświadomość – dostaje się praktycznie wszystkiemu co jest związane z Batmanem, przy czym wszyscy tam cały czas doskonale wiedzą, że są klockami co prowokuje sporo śmiesznych gagów. Wszystko to składa się na naprawdę dobry, głównie rozrywkowy film z całkiem niezłym przesłaniem.

Ogólnie dodatkowo nabrałem szacunku do tego filmu gdy zobaczyłem materiały zza kulis. Twórcom udało się stworzyć coś na wzór animacji poklatkowej, która niestety już nieco wyszła z użytku. Szkoda. Dodatkowo postanowili wprowadzić także elementy z innych filmów co w pewnych kulminacyjnych scenach naprawdę powoduje opad szczęki na podłogę. Swój egzemplarz kupiłem w jednym ze sklepów sieciowych i wydanych pieniędzy naprawdę nie żałuję.