This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Kategoria: Bez kategorii

Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym znajdowały się kobiety będące pewnym sensie prostytutkami… tyle że „rozmownymi”. Zanim mi się dostanie za połączenie tego przybytku z prostytucją – w grze, też jest on tak nazywany przez kilka postaci. Wracając, z kobietami w przybytku można było sobie pogadać, mogły się tobie wyżalić i wzajemnie. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi się z nimi gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” słów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać


I po studiach

Czasami w życiu człowieka przychodzi moment, gdy kończy się dla niego pewien znaczący etap. Bywa to niejako data graniczna, wiecie, że po niej powinny nastąpić pewne zmiany – trochę na zasadzie, że teraz już albo w tę albo we tę stronę. 28 czerwca taka data przyszła i na mnie albowiem odbierając dyplom ukończenia studiów I stopnia i osiągnięcia tytułu zawodowego licencjata (tak napisali) kończy się dla mnie okres studencki.. przynajmniej na razie.

Na studia poszedłem bezpośrednio po skończeniu technikum. Wybrałem zupełnie inny kierunek niż w szkole średniej, z resztą tam już swój „tytuł” zdobyłem i chciałem spróbować czegoś innego, poszerzyć nieco wachlarz swoich możliwości. Inna rzecz, że poszedłem trochę prostą drogą i wybrałem najbliższą placówkę w znanym mi mieście, tym samym gdzie chodziłem wcześniej. Nie mogę powiedzieć, żeby był to kierunek wymarzony, z resztą nigdy nie myślałem o studiach w tych kategoriach, co nie oznacza oczywiście, że był on zły. Jakkolwiek w tamtym konkretnie momencie był dla mnie i według mnie najlepszą opcją. Złożyłem odpowiednie dokumenty, przyjęli mnie bez problemu i jesienią rozpocząłem studia – w moim przypadku w systemie niestacjonarnym.

Studiowanie zaocznie sporo różni się od nauki dziennej i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim wiadomo, inaczej wygląda plan i rozkład zajęć – głównie były to weekendy co dwa tygodnie: sobota, niedziela, czasami też i piątek, zwykle od rana do wieczora. Jakoś trzeba było w to upchać wymagany materiał i opanować go w wystarczającym stopniu by zdać dane zaliczenie bądź egzamin. W sumie taki plan to kwestia przyzwyczajenia. Osobiście starałem się nie opuszczać wykładów, bo wychodziłem, myślę słusznie, z założenia, że zawsze coś tam z nich wyniosę, a i najzwyczajniej za coś się w końcu płaci. Oczywiście inaczej wyglądały również relacje z kolegami i koleżankami z roku – wiadomo jest różnica gdy spędza się ze sobą dzień w dzień ileś godzin jak chociażby w średniej, a inaczej w takiej sytuacji jak ta. Wiele osób bazowało raczej na znajomościach, które zostały zawarte już wcześniej czy ograniczała się do najbliższych „sąsiadów” na auli czy sali. W sumie ja praktycznie nikogo na roku na początku nie znałem, w sensie pierwsze zjazdy, bo i przekrój ludzi tam pod względem zarówno wieku jak i lokalizacji skąd pochodzili był naprawdę różny. Oczywiście zmieniało się to z czasem i zasięg kontaktów między ludźmi poszerzał się, szczególnie na ostatnim roku, gdzie ludzie byli bardziej podzieleni na konkretne specjalności i grupy.

Pewnie pojawi się pytanie czemu zaocznie i czemu tu, a nie gdzieś dalej. Szczerze, myślę że to trochę kwestia charakteru, na tamten moment nie myślałem o przenosinach się gdzieś dalej, najzwyczajniej nie widziałem takiej potrzeby. System niestacjonarny wybrałem też ze względu, że w planach miałem od razu znalezienie sobie w pobliżu stałej pracy. Z tym wyszło.. inaczej niż zakładałem wtedy, niemniej od strony zawodowej również przez ten czas spotkały mnie nowe doświadczenia różnej maści i różnego kalibru. Jakkolwiek w każdym z przypadków, jakiekolwiek by one nie były, czy to mniej czy bardziej pozytywne, człowiek może wynieść cenną lekcję.

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem czy warto studiować, bo to pytanie zadaje sobie wiele osób świeżo po szkole bądź później, to tak, oczywiście, że tak, jeżeli tylko ma się taką możliwość. Nie podchodziłbym jednak do nich (do studiów) i do dyplomu jako do karty przetargowej, która zapewni nam pracę. Oczywiście bywają bardzo pomocne, czasami niezbędne i też dużo zależy od konkretnego kierunku. Chodzi mi bardziej, że warto traktować to bardziej jako kwestię ambicjonalną, że chcemy ukończyć daną uczelnię przede wszystkim dla siebie, dla własnego rozwoju, dla hmm.. niewypadnięcia z obiegu i najzwyczajniej zdobywaniu kolejnych kroków edukacji. Studia to przede wszystkim poszerzanie naszej wiedzy z wybranej dziedziny, poznanie autorytetów branży czy ludzi współstudiujących, ich doświadczenia czy generalnie ich jako ludzi. Osobiście mam nadzieję, że niektóre znajomości tam zawarte przetrwają jeszcze długi czas po zakończeniu studiów. Liczę na to chociażby w najważniejszych dla mnie osobiście przypadkach

Czy będzie kolejny rozdział? W końcu żeby dociągnąć do magistra wystarczą jedynie dwa lata, a im później się zacznie tym będzie z tym znacznie gorzej. Tak jak kiedyś mówiłem w tej kwestii kategoryczne nie, tak teraz mówię zdecydowane.. być może. Tu jednak będzie już trzeba nieco zmienić lokalizację lub inaczej – udać się do placówki nieco dalej niż znany teren. Inną kwestią są tu wspomniane wcześniej kwestie zawodowe od których, nie ma co ukrywać, wiele zależy. Trzymajcie kciuki żeby się udało zarówno w kwestii edukacji, znalezienia dobrej pracy czy innych bardziej osobistych kwestiach wyjść jakoś na prostą.


„Jaka jest cena kłamstw”, czyli o nowym serialu HBO „Czarnobyl”

Jaka jest cena kłamstw? Dokładnie takimi słowami rozpoczyna się nowy serial od HBO, opowiadający historie, której skutki są widoczne do dziś – „Czarnobyl”.  Każdy z grubsza wie co wydarzyło się w tytułowym mieście, ale może warto dowiedzieć się czegoś więcej? Jeśli uważacie, że warto to zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat tego dzieła.

Zacznijmy od największego i chyba jedynego problemu, który początkowo może nas odrzucać. Otóż aktorzy mówią po angielsku, tak… po angielsku, nie po rosyjsku. Jest jednak na to bardzo proste wytłumaczenie/wymówka, którą ja kupuje – aktorzy wymuszający rosyjski akcent to zapewne byłaby tragedia. Więc jeśli był wybór między tragicznym rosyjskim, a angielskim, to wydaje mi się, że dobrze wybrano Ale jak już jesteśmy przy tematach z głosem i akcentem – tutaj każdy ma tak cudowny głos, głos, którym dodatkowo świetnie grają, że to jest miód dla uszu, a w połączeniu z mimiką to już w ogóle bajka Nie no, ale serio, aktorstwo tutaj jest idealnym przykładem jak powinno się grać. A właśnie, warto by było coś napisać o castingu, bo ten także jest w pełni udany. O tym, że aktorzy spisują się świetnie już wiecie, ale twórcy załatwili taką charakteryzacje, że trójka oskarżonych jest po prostu świetnie odwzorowana.

U góry serial, na dole prawdziwe zdjęcie 0 _ 0

Hmm, co my tu jeszcze mamy takiego świetnego? Ano tak! Zdjęcia! Zdjęcia są genialne, gra świateł – genialna. Wszelkie światła nienaturalne są przedstawione po prostu po mistrzowsku. Serio, praktycznie w każdej scenie znajdziemy kadr, który nadawałby się na tapetę Nie możemy pominąć także świetnej gry dźwięków. Ten serial po prostu stoi na dźwiękach. Cały czas coś tam słyszymy jakieś pukanie, jakieś szumy. W trakcie oglądania nie skupiamy się na tym tak bardzo, ale uwierzcie, że gdyby nie to serial mocno ucierpiałby na klimacie.

Odchodząc jednak od strony typowo audiowizualnej, warto by było zauważyć, że bardzo starano się nam przedstawić jak wadliwy był „system” ZSRR, jak to wszystko tam wyglądało i jak zatajano ważne fakty. Szczególnie dobrze się to wszystko ogląda, gdy nie zna się dokładnie historii Czarnobyla i nawet żadnego powiązanego nazwiska. A zbudowanie tego wszystkiego na 5 odcinkach wyszło genialnie, każdy odcinek prezentował dany moment, daną czynność, a po obejrzeniu całości, ma się chęć wrócić do pierwszego odcinka, by wyłapać to, czego nie rozumieliśmy na początku.

Na koniec taka ciekawostka – Rosja tworzy swoją odpowiedź Czekamy!

Psst. Cześć wam! Moja pierwsza notka tutaj


Avengers: Endgame – recenzja (raczej bezspoilerowa)

Marvel Cinematic Universe, czyli kinowe Uniwersum Marvela to jedno z największych o ile nie największe kinowe uniwesum nie tylko ostatnich lat, ale i generalnie współczesnego kina popkulturowego, porównywalne chyba już tylko i wyłącznie ze światem Gwiezdnych Wojen. Premiera filmu Avengers: Endgame, który wieńczy pewien cykl MCU to dla wielu fanów (i nie tylko!) jak to lubię określać „prawdziwe święto popkulturowe”, a że święta święcić trzeba to do kina udałem się także i ja pełen nadziei na piękne, filmowe widowisko.

Na wstępie warto zaznaczyć, że nie uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę i miłośnika MCU – nie mam zaliczonych wszystkich filmów, nie zarywałem nocy na forach fanowskich debatując nad kolejnymi teoriami spiskowymi, nie chodziłem w stroju Iron Mana jak byłem mały, ale wiem o co w nich chodzi, miałem również przygodę z zainteresowaniem samymi komiksami w przeszłości, a i najzwyczajniej, jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się kinem superbohaterskim to nie sposób niektórych rzeczy nie znać i nie wiedzieć, bo wiele z nich stało się już niemal klasykami. Do Endgame podszedłem więc może bez pewnego bagażu emocjonalnego, ale wydaje mi się, że jako świadomy widz, który wie skąd biorą się następstwa, które widzi na ekranie. I tu pojawia się też rzecz, która chciałbym by wybrzmiała już teraz – Koniec Gry, jak to nazwał polski dystrybutor, to jak to już ktoś określił przede wszystkim laurka dla fanów cyklu i ludzi obeznanych z tematem i to oni wyniosą najwięcej, ale i wbrew pozorom także dobry film dla tych, którzy przyszli jedynie na to podsumowanie. W ogóle krótka dygresja – spośród już całkiem sporej ilości filmów na jakich byłem w kinie, widownia na tym była zdecydowanie najbardziej żywiołowa i to na całym spektrum emocji – od gromkiego śmiechu przez pociąganie nosem w smutnych momentach.

Robiąc zarys historii, oczywiście nie zdradzając niczego, czego jakoś szczególnie nie wiemy – zastajemy naszych bohaterów po sromotnej porażce (Infinity War), gdzie to powiedzieć, że są po niej przybici to nic nie powiedzieć. Co nie jest jednak niczym zaskakującym, jeśli oglądaliście zwiastuny, w związku z pewną zmienną postanowią mimo wszystko jeszcze raz podjąć walkę, by idąc w tym momencie trochę w kolokwializm, cała sprawa zakończyła się raz na zawsze w tę lub w inną stronę, by przyszedł finalny Koniec Gry.

Przede wszystkim film ten pokazuje superbohaterów z wyjątkowo ludzkiej strony na znacznie większą skalę niż w poprzednich filmach – żałobę czy radość, generalnie złe i dobre emocje, których doświadczają. Ten ludzki element przewija się nie tylko na początku filmu, ale praktycznie do jego końca i jest widoczny również w momencie, gdy postaci są pokazane nam już jako obdarzone supermocą. Co ciekawe niektóre z głównych postaci z tym swoim elementem ludzkim (lub inaczej, pod wpływem pewnych czynników, następstw) nabierają zupełnie nowego wymiaru i przez to możemy na nich spojrzeć z zupełnie innej strony. Kwestią indywidualną odbiorcy jest to czy wychodzi to im na plus czy nie, ale na pewno jest to coś niespodziewanego. Generalnie największej „siły” możemy spodziewać się od postaci, od których normalnie byśmy się jej nie spodziewali.

Inną sprawą jest tu „drugie dno” historii, bo oczywiście możemy spojrzeć na ten film jedynie przez pryzmat jego epickości, pojedynków czy scen bitewnych (tu znów, w skali porównywalnych jedynie z tymi z Gwiezdnych Wojen czy filmów na bazie prozy Tolkiena), ale to przede wszystkim historia o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wpływu naszych działań na nie i następstw jakie za sobą niosą. Dochodzi tu teoria alternatywnych rzeczywistości, która przynajmniej mnie szczególnie uderzła, znana chociażby z Faceci w Czerni 3 czy… tu może żeby zbytnio nie spoilerować z innych filmów, które również są wspomniane w Endgame. Wcześniej wspomniałem o święcie popkulturowym – generalnie w Końcu Gry możemy wychwycić nie tylko niezwiązania do samych filmów Marvela ale również do klasyków kina generalnie. Wiąże się to także z humorem, którego w tym filmie jest multum i to nawet nie tylko takiego prostego, ale również sytuacyjnego, gdzie trzeba wychwycić pewien kontekst.

Żeby nie było tak różowo należy zwrócić uwagę na pewne mankamenty. Film momentami idzie bardzo prostą linią oporu pod względem fabuły i nie, nie chodzi tu o jakiś większy pretensjonalizm, ale swojego rodzaju kwestie, które jakkolwiek są wytłumaczone, tak z boku mogą wydawać się jednak zbytnim uproszczeniem, szczególnie że (tu już jest to błąd marketingowy i to w moim mniemaniu dość znaczny), przed Endgame został już zapowiedziany kolejny film Marvela, a więc dodając jedno do drugiego niektórych rzeczy mogliśmy się domyśleć trochę zbyt szybko. Analogicznie jest z niektórymi postaciami przy których był efekt „pompowania balonika”, a finalnie nic z tego specjalnie nie wyszło, ale tu chociaż możemy mówić o jakimś zaskoczeniu. Niektórym mogą też nie pasować generalnie niektóre rozwiązania wątków, ale ja osobiście je rozumiem, szczególnie, że jakoś trzeba było je domknąć, patrząc na fakt, że jest to film wieńczący pewną fazę uniwersum.

Pod względem technicznym nie ma się za to absolutnie do czego przyczepić. Wszystko gra pod względem kompozycji, z resztą i nawet film mimo trwania 3 godzin nie dłużył się w żadnym momencie. Graficznie sceny robią wrażenie, a i muzyka dodaje „tego czegoś” co powoduje ciarki na rękach.

Avengers: Endgame śmiało zmierza po status najbardziej kasowego filmu w historii kina. Już teraz osiągnął najlepsze otwarcie, jednak nadal nie zapewnia mu to 1 miejsca ogólnie – te nadal śmiało dzierży Avatar i szczerze, chyba czas już najwyższy by ustąpił ze swojej pozycji. Na pewno Koniec Gry jest dobrym kandydatem by zapełnić to miejsce i każdy dolar, euro czy złotówka wydana na seans nie będzie stracona.


O przygodzie z Fifą 18 słów kilka – podsumowanie trybu wieloosobowego

FIFA – jedna z najbardziej rozpoznawalnych serii gier, w którą co rok zagrywają się fani piłki nożnej na całym świecie. Nie ma co ukrywać, że takim fanem jestem również i ja, jednak dopiero doświadczenia 18 tj. wersji sprzed roku dały mi zupełnie nowy obraz na wszystko to co z tą grą związane. Chciałbym się tym tu podzielić z okazji pewnej równej liczby przegranych w niej godzin. Trochę się już tego nazbierało, a szczerze te około 2000 znaków niżej tworzą chyba jeden nielicznych materiałów od bardzo dawna z którego jestem praktycznie w pełni zadowolony. Zapraszam do lektury!

Początek

FIFA 18 trafiła w moje ręce tak naprawdę niespodziewanie – dostałem ją na święta w grudniu 2017. Sam bym jej sobie w sumie nie kupił, bo hej, drogie rzeczy, ja również nie przepadałem (i dalej nie przepadam, ale to swoją drogą) za platformami cyfrowymi, nie wiedziałem nawet czy pójdzie na moim lapku i najzwyczajniej nie uważałem, że mi to „siądzie”, że łyknę jak to działa i wgl. Niemniej dobra, skoro już jest to trzeba zagrać Zainstalowałem. Od tamtej pory w Fifie 18 spędziłem niespełna 600 godzin (czyli na oko przez rok i parę miesięcy). Tak naprawdę była to moja główna i jedyna gra w tym okresie poza starszymi odsłonami GTA multi w ramach LU-DM czy zwykłego „ot, coś z kimś”.

Rozpoczynając przygodę z FUT tj. z graniem z prawdziwymi ludźmi musiałem przestawić się kompletnie na inne granie. Wiadomo, w tych niższych ligach jest słaby poziom to dawałem radę, ale wiedziałem, że jak chcę chociaż trochę wyjść wyżej to muszę się nauczyć inaczej grać. I tak z w sumie wesołego futbolu na początku z dużą liczbą strzałów z dystansu i graniem skrzydłami wypracować musiałem w sobie pewne schematy, które najzwyczajniej tam działają. Ma to swoje dobre i złe strony, w sumie cięższy wydaje się teraz powrót na starsze wersje, gdzie właśnie wesoły futbol jest efektywniejszy, a ja niepotrzebnie szukam jakichś bardziej wyszukanych rozwiązań. Generalnie nie uważam się za gracza jakoś bardzo dobrego, niemniej myślę, że na swoim sprzęcie gram nawet całkiem znośnie.

Taki offtop mały jeszcze – 18 jest w sumie odsłoną w którą gram/grałem najdłużej. Myślę, że więcej godzin mogłem spędzić jedynie w 07, w którą grałem bardzo długo i w sumie nadal czasami wrócę tam, chociażby dla soundtracku, który uznaje za jeden z lepszych w całej serii dzięki chociażby kawałkom pokroju Chloroform czy Kaleidoscope.

Garść statystyk

Mój bilans w trybie FUT na dzień 21 marca 2019 wynosi 542 wygrane, 82 remisy 492 przegranych; strzeliłem tam 1298 bramek (średnio 1,69 na mecz), straciłem 1172 (średnio 1,53). Bilans jest dodatni i wynosi 126 bramek. W zwykłym trybie online, w sezonach, gdzie zwykle grałem Realem Madryt bilans wynosi 59 wygranych, 11 remisów i 29 porażek. Największym moim „sukcesem” był awans do 1 ligi w FUT. Wygrałem również turniej online w dodatku do MŚ. Jeśli chodzi o tryb FUT Champions nigdy nie rozegrałem w nim dużej ilości meczy z racji braku czasu i nerwów i pewnie zatrzymałem się na jakimś silverze tygodniowym i miesięcznym brązie.

Trafy w paczkach

Wbrew pozorom nie mogę mówić o jakimś szczególnym szczęściu do paczek, lecz jeśli już trafiałem to w sumie nie mogłem narzekać Przede wszystkim mówiąc o paczkach musi rozdzielić dwa rodzaje – graczy wymiennych i niewymiennych. W dużym skrócie tych pierwszych możemy sprzedać na rynku, a tych drugich nie.

Zaczynając od dobrych, lecz nie wybitnych trafów do bez wątpienia do nich można zaliczyć chociażby trafienie Hugo Llorisa w wersji 88 oraz Matsa Hummelsa w wersji 89. W momencie ich trafienia otrzymałem za nich odpowiednio około 50 i 75 tysięcy monet. Nieco mniej bądź podobną kwotę (35-40k) dostałem za Luisao w wersji Classic ROW Heroes. Możliwe, że były również inne trafy z tej półki, jednak z różnych względów akurat te utkwiły mi jakoś bardziej w pamięci, a mniejszych w sumie nie ma co przywoływać. Ponad te trafy wybija się za to karta oceniona na 86 Samiego Khediry w formie, która niedługo po trafieniu zeszła za cenę w okolicach 100k coinsów.

Tak naprawdę te trafy i tak nie robią jakiegoś ogromnego wrażenia. Robi je 1 miejsce, czyli mój najlepszy traf jakim był…

….Marcel Desailly w wersji 87, którego sprzedałem za niespełna 800k monet! Tym samym stałem się jednym z nielicznych szczęśliwców, którzy trafili ikonę ogólnie, a dwa trafili ją z wymiennej paczki. Paczka ta trafiła do mnie za wykonanie jednego z dostępnych zaawansowanych SBC. Trafiłem go na oko dwa miesiące po tym jak pierwszy raz odpaliłem FUTa – gdzieś pod koniec lutego, więc w całkiem niezłym okresie cenowym. Uwierzcie moje zdziwienie było w tamtym momencie naprawdę spore – może nie darłem się jak niektórzy na YT, niemniej no spory szok był zdecydowanie W sumie traf ten ustawił mnie do końca gry – dzięki pieniądzom z tej karty mogłem złożyć może nie niebotyczny, ale na pewno konkurencyjny skład, który mi sporo pomógł i który później mogłem starannie ulepszać.

Jeśli chodzi zaś o niewymienne trafy oddzielić trzeba te, które poszły na tak zwane przepalenie w SBC (miały wysoką ocenę, ale były średnio grywalne) i te, które realnie wzmocniły mój skład swoją obecnością. Do tych drugich kart z pewnością zaliczam Ter Stegena na początku gry, Inakiego Williamsa, Geoffrey’a Kondogbię czy idąc w późniejszy etap karty TOTS Jamiego Vardy’iego, Rodrigo Moreno, Iago Aspasa, Stefana de Vrijka oraz co uznaję za mój najlepszy niewymienny traf – Laurenta Blanca w wersji 85 trafionego w SBC o ikonę w wersji Baby. Swoją drogą paradoksalnie wspomniany wcześniej Desailly pozwolił mi zrobić to wyzwanie. Było to spore ryzyko, na szczęście bez cienia wątpliwości się opłaciło. Generalnie jak łatwo zauważyć miałem zdecydowanie większe szczęście w trafach niewymiennych niż wymiennych.

Moje składy

Pod koniec 2018 roku uznałem, że cały mój skład zbudowany będzie tylko i wyłącznie z kart niewymiennych. Sprzedałem co miałem do sprzedania i na moment pisania tego wpisu wygląda on następująco:

W skrócie pochodzenie poszczególnych zawodników (od ataku od lewej do prawej) :

Vardy TOTS – trafiony z paczki

Rodrigo TOTS – trafiony z paczki

Laudrup ICON PRIME – prezent od EA

Henderson SBC – zrobione SBC

Blanc ICON BABY – trafiony w SBC o Baby ikonę

Griezmann SBC – zrobione SBC

Desailly ICON PRIME – prezent od EA

Manolas FUTTIES – zrobione SBC bądź wyzwanie tygodniowe

De Vrijk TOTS – trafiony z paczki

Vrsaljko FUTTIES – zrobione SBC

Van Der Sar ICON PRIME – prezent od EA

Begovic FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Varane FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Schweinsteiger FUT Birthday – zrobione SBC

Pirlo EotE – zrobione SBC

Shevchenko ICON PRIME – prezent od EA

Aspas TOTS – trafiony w paczce

Ibrahimovic SBC – zrobione SBC

Carlitos TOTS – zrobione wyzwanie tygodniowe

Martial FUTTIES (w wersji jak zwykły) – prezent od EA

Kondogbia – trafiony w paczce

Williams – trafiony w paczce

Vidal – trafiony w paczce

Ponadto w klubie mam także inne karty niewymienne, raczej nieużywane.

Posiadam również skład w dodatku MŚ. Tam oczywiście wszystkie karty niewymienne również (bo się nie da inaczej) :

W obydwu przypadkach istnieje szansa, że składy jeszcze się zmienią, a przynajmniej przetasują z ławką, niemniej tak to wygląda na ten moment.

Legendy Klubu

Kartą na jakiej mam najwięcej rozegranych meczy (czyt. konkretnie na jednej karcie) jest Inaki Willliams. Rozegrałem nim 662 spotkania. Zaraz za nim jest Blanc z 658 meczami, więc lada moment będzie on numerem jeden, bo hiszpańskim skrzydłowym już nie gram, a Blancem będę grać do końca gry. Williams jest również numerem jeden jeśli chodzi o asysty – aż 155 jego podań znalazło partnera, który wpakował piłkę do siatki. Zaraz za nim jest za to TOTS Carlitos, który lada moment go wyprzedzi. Lopez ma również najwięcej goli – strzeliłem nim jak do tej pory 253 gole.

Powyższe statystyki dotyczą jednej karty, jednak jeśli miałbym wybrać jedną jedyną, największą legendę klubu to byłby nią… Antoine Griezmann! Przez długi czas Francuz był numerem jeden i ciągnął zespół do kolejnych wygranych. Później zdecydowałem się zrobić jego lepszą wersję, która nie odgrywa już aż tak znaczącej roli, niemniej sumując statystyki na obydwu kartach wychodzą naprawdę kosmiczne liczby: 683 mecze, 341 goli, 262 asysty. Poniżej jego statystyki w momencie, gdy go sprzedałem:

Materiały video

Jakiś czas temu przy okazji porządków na dysku postanowiłem skleić różne filmiki jakie miałem z Fify. Efekt tego wyszedł taki jaki widać niżej. Z góry przepraszam za jakoś pierwszego filmu, ale fragmenty robione były telefonem najczęściej żeby wysłać komuś na Messengerze, nie planowałem wcześniej tego jakoś archiwizować, a też nie gram z odpalonym frapsem w tle z resztą podobna sprawa ma się ze zdjęciami w całym wpisie. Frapsem nagrałem dopiero tę oddzielną bramkę, bo było warto


Historie

Podczas jakby nie patrzeć tylu godzin grania w ten tryb byłem świadkiem różnych dziwnych historii. Nie tak dawno byłem chociażby uczestnikiem najszybszego RQ jakie widziałem w Fifie gdziekolwiek. Rozpoczynałem mecz od środka, kilka podań, strzał, gol – znam ten ból, zawiało kick off glitchem, ale żeby zaraz:

Gość wyszedł zanim zdążyliśmy obaj dobrze usiąść i nawet nie dotknął piłki!

Nerwy to ogólnie nieodzowny element FUTa. Na porządku dziennym są praktyki, które mają wyprowadzić przeciwnika z równowagi. Są na to różne sposoby – od przyjętych za irytujące cieszynek, poprzez oglądanie każdej możliwej powtórki do oporu (ze spalonymi włącznie) co wydłuża kilkukrotnie czas meczu, aż po samą chamską grę czyt. granie na czas, podawanie do bramkarza i różne tego typu praktyki, a przecież nie zahaczyłem nawet o komunikację czy to głosową czy wiadomości – te rzeczy akurat mam offnięte. Niestety da się również spotkać różnych cheaterów, którzy różnymi kombinacjami potrafią wywalić swojego przeciwnika z często wygranego meczu. W najbardziej kuriozalnym momencie nie zaliczyło mi meczu mimo że zakończył się on już gwizdkiem arbitra. Niejednokrotnie miałem momenty, gdzie mówiłem, że nie, to już jest ten moment by się pożegnać, ale nie, also to wszystko jest w sumie wpisane w konwencję grania w Fifę jako taką – kiedyś temat ten podjął Vandi, nawet w postaci artykułu na tej stronie. Z resztą usuwanie nie miałoby praktycznego sensu – i tak bym wrócił, a nie chciałoby mi się od nowa ściągać tego wszystkiego i instalować

FUT to jednak także sporo spoko osób. Pamiętam jak na święto św. Patryka był event, gdzie można było zdobyć specjalne karty Irlandczyków, które były potrzebne m.in. do zrobienia Bastiana, którego mam w składzie. Wyzwanie polegało na strzeleniu nimi (czyt. tymi Irlandczykami) iluś bramek w meczach towarzyskich. Oczywiście z racji, że tam ciężko o jakichś dobrych napastników, dodatkowo w tym trybie to gracze postanowili się jakoś miedzy sobą dogadać i dać sobie strzelić te bramki. M.in. dogadałem się tak z gościem i ja, mimo że jak wcześniej wspomniałem, nie mieliśmy żadnego micro ani czatu – jak widać język Fify jest językiem międzynarodowym.

Innym razem spotkałem rozpoczynając mecz spojrzałem na połączenie moje z moim przeciwnikiem i było ono bardzo słabe. Miałem już wychodzić, lecz zauważyłem, że przeciwnik mi mryga – takie pole się świeci i gaśnie. Patrzę na nazwę jego składu, a tam nazwa „dwie kreski nie tnie” i faktycznie – nie cięło

Sporą rolę generalnie przy trybie FUT, jak w sumie przy każdej grze sieciowej odgrywa społeczność jaka jest wokół niej związana. Również i ja, głownie w ramach grupy Rzeźnicy Kartomanii miałem okazję wymieniać się doświadczeniami z innymi grającymi ludźmi – sugerować zmiany w składzie i różne inne podobne. Dzięki FUT zacząłem też bardziej śledzić scenę YT Fify. Przez to wszystko miałem i parę nowych tematów ze znajomymi, a jeden gość z którym dawno nie gadałem nawet napisał do mnie w stylu „hej, widzę, że też grasz” – fajna sprawa.

Co dalej?

FIFA 18 nadal jest na moim dysku i nadal w nią gram, mimo że pewnie trochę mniej niż wcześniej. Teraz już dominuje 19, lecz na nią raczej nie miałem chęci, z resztą najzwyczajniej 18 mi się jeszcze nie znudziła! Mam jedynie Demo 19 w razie z kimś miałbym kiedyś pograć tak na żywo, pad w pad, czy tam klawa w pad, bo ja w sumie wolę na klawiaturze grać Z resztą ciesze się, że spośród różnych odsłon Fify trafiłem akurat na 18 – w 19 mam wrażenie jest za dużo tego wszystkiego teraz, a z kolei taka 17 była dopiero co pierwszą odsłoną na nowym silniku i miała po prostu swoje błędy technologiczne.

Generalnie wpis ten zbiegł się z 10 urodzinami trybu FUT. Szczerze dla wszystkich interesujących się Fifą czy generalnie piłką nożną polecałbym spędzić chociaż rok tj. sezon grając w ten sposób. Szczerze ja już nie wyobrażam sobie grania na bota, jedynie online lub co w sumie jeszcze bardziej spoko z jakimś kolegą (lub koleżanką) u boku. Tak czy inaczej naprawdę fajna sprawa i czy to jeszcze przez jakiś czas w 18 czy kiedyś w innej odsłonie moja przygoda z Fifą na pewno się nie skończy. Brakowałoby mi tego.

Piłka nadal w grze!