This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Autor: <span class="vcard">Piterus</span>

Pozbierajmy to jakoś

Wiecie, jest różnie ogólnie co nie.

Przez ostatni okres (w sumie już od dłuższego czasu) nie mogłem się coś zebrać do napisania tu czegoś sensownego. Nie wiem, może zbyt duże wymagania sobie stawiam, raczej chciałbym żeby były tu rzeczy w miarę merytoryczne, którymi mógłbym się jakoś pochwalić, a z drugiej z różnych przyczyn życiowych nie mam zbytnio głowy do jakichś większych analiz czy generalnie tworzenia czegoś z czego byłbym zadowolony. Skutkuje to tym, że nie ma tu ani rzeczy w miarę prostych, ani tych bardziej rozbudowanych (mówię stricte o sobie, bo pozostali tu robią fajne rzeczy) i szczerze na tę chwilę trochę nie widzę na to recepty. O tym może nieco później, tymczasem robiąc małe porządki w szkicach zróbmy z tego wszystkiego chociaż zarys co ciekawego chodziło mi po głowie.

Z bardziej świeższych rzeczy byłem niedawno na Jokerze Todda Phillipsa, jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Pamiętam jak pisałem jeszcze zapowiedzi rok temu i w sumie już wtedy wśród zainteresowanych były duże nadzieje wobec Joaquina Phoenixa, odtwórcy głównej roli, jako idealnego kandydata na kolejne wcielenie jednego z najbardziej znanych kinowych czy też komiksowych geniuszów zbrodni, tym bardziej po filmie Nigdy cię tu nie było sprzed dwóch lat na pewnych płaszczyznach podobnym zamysłem do Jokera. Inną sprawą jest tu jednak to, że każdy kolejny Joker będzie porównywany z kultową już rolą Heatha Ledgera w Mrocznym Rycerzu, która dla wielu była swoistym opus magnum i nic już tego nie przeskoczy – tyle że czasem nikogo przeskakiwać czy przerastać nie trzeba. Można za to pokazać zupełnie inną stronę postaci i chociaż to bardzo trudne, bo wydawać by się mogło, że o Jokerze wiemy już wszystko, to kinowy seans pokazał, że w odpowiednich rękach możemy za jego sprawą dowiedzieć się jeszcze wiele – może nie tyle (lub nie tylko) o postaci, ale też o tle bądź generalnie o tym co za nim stoi, o społeczeństwie w jakim żyjemy i przede wszystkim można dowiedzieć się też wiele o nas samych, przynajmniej jeśli spojrzymy na ten film.

Oczywiście, możemy spojrzeć na nowego Jokera jako na świetnie nakręcony film, z pięknymi zdjęciami, ze świetną pracą kamery momentami rodem z Birdmana czy zachwycać się rolą wspomnianego już Phoenixa, za którą aktor powinien dostać statuetkę Akademii, ale wydaje mi się, że nie to tu jest akurat w tym filmie najważniejsze, a kwestie pewnej rozchwianej moralności, tego że namacalnie widać, że przedstawiony tam świat nie jest tyle artystycznym, autorskim spojrzeniem twórców, nie wizją przyszłości jak będzie wyglądać społeczeństwo jak niegdyś w książkach George’a Orwella, a pewną realną perspektywą sporej części społeczeństwa i przestawieniem nastrojów, które cały czas są w nim obecne i które co jakiś czas jak iskra rozpalają mniejszy czy większy pożar. Z resztą tych odniesień jest dużo, także do innych dzieł filmowych w przeszłości, wielu zarzuca, że to drugi Taksówkarz, jeśli ktoś kojarzy. Tak czy inaczej Joker pokazuje genezę „zła”, podaje jego przyczyny, ale nie usprawiedliwia go. Zostawia nas z nim i nie daje odpowiedzi na żadne z pytań które zostają nam postawione w trakcie czy też kwestii jak je rozwiązać, bo i zdaje się, że tych odpowiedzi po prostu nie ma.

Dobry film ogólnie.

Na Toy Story 4 byłem też wcześniej, podobało mi mi się na pewno bardziej niż trójka, która nie trafiła w mój gust, ale nadal to nie półka jedynki czy dwójki. na Królu Lwie byłem też, tym odświeżonym co nie, fajna sprawa, szczególnie, że w pewnym sensie (podobnie jak i Toy Story) są to filmy na których wyrosłem i jest w tym coś uroczego, taki swojego rodzaju powrót do tych historii, chociaż też, tak wracając do Króla Lwa jeszcze, bliżej mi oczywiście do oryginału, chociaż rozumiem ten nowy koncept. Na Gwiezdne Wojny planuję jeszcze iść w grudniu jak wypali, zwiastun ostatni mocno emocjonalny w ogóle, ciekawe jak to rozwiążą. Dużo ludzi się zraziło do tej marki, ale nie wiem, u mnie nadal ma spory kredyt zaufania, z resztą nie mam problemu z tymi nowymi częściami generalnie. Jeden się wzrusza, drugi wzrusza ramionami czy coś. Łowcę Androidów pierwszego nadrabiałem też, w domu już, bardziej mi siadła kontynuacja, ale dobry, warty obejrzenia film.

Z innych rzeczy co tam, kupiłem tysięczny numer Kaczora Donalda, fajnie mieć na pamiątkę. Taka akcja była w Internecie żeby kupić, żeby pokazać, że sporo to czasopismo dla sporej części osób w podobnym wieku do mojego znaczyło i w ogóle, a obecnie nie jest w najlepszej formie. Pierwszy numer ukazał się 28 kwietnia 1994 roku i był kontynuacją czasopisma Mickey Mouse, które ukazywało się od 1990 roku. Generalnie wydawnictwo chciało olać ten jubileusz raczej, ale się ugięli trochę i pozmieniali nieco, mam wrażenie trochę na ostatnią chwilę. W ogóle ciekawostka, w prime formie tj. 1999 rok nakład wynosił 300k tygodniowo (bo to tygodnik był wtedy). Dla porównania teraz Fakt (dziennik) ma chyba teraz nieco ponad 300k, a najchętniej czytane tygodniki nawet nie zbliżają się do tej liczby. Czytelnictwo gazet w Polsce się zmieniło wiadomo, no ale to nic nowego akurat. W ogóle bo mam w koszulkach tam różne stare czasopisma to najstarszy numer KD jaki jeszcze posiadam jest z 1999 roku, najnowszy z 2006, jeszcze parę zaginęło w akcji. CD-Action miał niedawno 300 numerów też, ale nie kupowałem.

Na Kolekcjonerskiej Giełdzie Różności byłem ostatnio. Fajna sprawa, różne rzeczy ludzie kolekcjonują – od obrazów, przez monety, znaczki, aż do małych żabek. W sumie jakbym sam tam coś wystawił to tak samo nie miałbym się czego powstydzić kiedyś inwentaryzacje trzeba zrobić albo chociaż co ciekawszych rzeczy, porobić foto z opisami.

Facebook do mnie ostatnio, że 8 lat temu konto założyłem.. w sumie to krzyczał to do mnie w lutym o tym, ale dobra. W każdym razie długo już dość, wcześniej jeszcze Nasza Klasa była chwilę to daje łącznie pewnie już z 10 lat z portalami społecznościowymi. Nie chcę pisać truizmów, że Fb zmonopolizowało rynek, tak wyszło. Pamiętam jeszcze kiedyś to miałem tam ileś stron na które wchodziłem, dziś w sumie do wiadomości to odpalam apkę Google, tam fora różne etc. zastąpił wspomniany Facebook i grupki na nim, oglądanie film(ik)ów zmonopolizował YT (takiego Quaza to jeszcze na Gaminatorze oglądałem), a komunikatory to głównie Discord i Messenger. Czy to jakoś bardzo źle? Imo nie, po prostu ewolucja tak sprawiła. W sumie na pytanie czy mógłbym żyć bez Facebooka odpowiedziałbym i tak raczej twierdząco, z Msg już byłoby mi dużo ciężej zrezygnować. Albo o, odpowiedziałbym, że „mógłbym, ale po co”

To jest głupie, aż mi się w sumie rozpisywać o tym nie chce. W kontrze przypomina się taka reklama, nie znajdę chyba teraz, że dużo osób spinało do dziewczyny, że za dużo korzysta z telefonu, a ona po prostu chciała być w kontakcie z kimś bliskim, kto jest daleko. To nie kwestia używania tego czy innego sprzętu, a raczej kwestia kontaktu z drugim człowiekiem czy generalnie potrzeba uwagi, relacji, a to już inny temat.

Warto w ogóle dbać o relacje z bliskimi w jakikolwiek sposób. Wiadomo, podstawą powinien być namacalny kontakt, realniejszy taki, ale i tak, skoro mamy już takie narzędzia to fajnie jakoś się trzymać z ludźmi z którymi się chcemy trzymać w miarę możliwości. Generalnie istnieje Internetu imo ogranicza mocno ilość wymówek o braku czasu, napisać czy coś to tam chwila roboty. Mam taką niepisaną zasadę, że z ludźmi z którymi tam jakoś mam kontakt to trzymam rozmowy z nimi na Messengerze, a jak tam jakieś losowe wiadomości pojedyncze czy stare z kimś z kim wiem, że już nie będę pisać to usuwam. W sumie to bardziej tę listę uznaję jako taką realniejszą „liczbę znajomych” niż faktyczny system znajomości jaki tam jest, bo ten wymaga moim zdaniem odświeżenia, mam na myśli „znajomi” na Fb, gdzie mamy ludzi z poprzedniej szkoły czy pracy z którymi już nas nic nie łączy i raczej łączyć nie będzie i tego przez te X lat uzbierało się tam ileś i w sumie głupio to jakoś drastyczniej ogarnąć. Instagram moim zdaniem ma lepszy pomysł na to z tą listą obserwowanych, mniej zobowiązująca jakby jest.

W ogóle z innych ciekawszych rzeczy miałem w szkicach na przykład tytuł wpisu, który brzmiał, uwaga będzie mocne: „A o której to się ze szkoły do domu wraca?”, czyli czy serio zmiany w systemie edukacji wpłynęły na grafik uczniów. Fajny tytuł xD To było jakoś na fali tematu o podwójnych rocznikach w szkołach średnich czy tam generalnie w placówkach szkolnych. Nie wiem, ja przez pierwsze dwa lata średniej tak samo miałem lekcje na popołudnie przykładowo w skrajnych od 13.20 do 20.00 gdzie jeszcze autobusy doliczyć godzinę w tę i we tę i jakoś się dawało radę, z resztą tak było i wcześniej i nie tylko w mojej szkole ale generalnie w moim mieście od lat, a nagle boom, jakby to coś nowego było. No nie.

Był też w planach kolejny wpis piłkarski. W swoim czasie Vandi planował odpowiedź na swoje przewidywania dotyczące piłkarskiego sezonu w Premier League. Trochę się to przeciągnęło i później już nie było sensu, niemniej przynajmniej ja nie chce tego jakoś wywalać, bo fajnie napisał, więc zachował się chociaż zalążek z tego.

Spoiler:

Upłynął miesiąc odkąd zakończyły się zmagania w Premier League. Niespełna rok temu wygłosiłem na świat swoje przemyślenia na temat każdej z rywalizujących na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Anglii ekip. Dziś sprawdzimy jak przebiegał sezon każdej z drużyn, zaczynając od dołu tabeli.

20. Huddersfield Town

Miniony sezon był dla Terierów bardzo bolesny. Spadek z hukiem do Championship z ostatniego miejsca z ledwie 16 punktami na koncie. Drużyna nie potrafiła za nic w świecie strzelić gola z gry, a pod koniec stycznia napastnicy Huddersfield mieli łącznie na koncie… 0 goli. Dopiero przyjście Karlana Granta z Charltonu dodało trochę jakości z przodu, ale wtedy było już zdecydowanie za późno. W połowie stycznie po bezbramkowym remisie z Cardiff do dymisji podał się cudotwórca David Wagner, a zastąpił go niedoświadczony Niemiec, Jan Siewert. W zimowym okienku klub nie kupował rozpaczliwie graczy na potęgę, lecz wypożyczenie absolutnie nijakiego Jasona Puncheona z Palace i kupno Karlana Granta to za mało, aby nawet myśleć o utrzymaniu. 22 gole (kolejna pod tym względem drużyna ma 34), 76 straconych i ledwie 3 zwycięstwa, z czego dwa z Wolves – absolutną rewelacją sezonu. Ta liga jest dziwna. Fajna była to przygoda Huddersfield w Premier League dobiega końca. Będziemy tęsknić za klubem, choć nie za topornym stylem gry

19. Fulham

Ten obrazek załamanego po meczu z Watfordem (1:4) Maxime’a Le Marchanda oddaje cały sezon londyńskiego beniaminka. Schurrle, Seri, Anguissa, Vietto, Chambers, Sergio Rico, Le Marchand, Mitrović na stałe, Fosu-Mensah, Joe Bryan i zapewne wielu innych. To wszystko piłkarze sprowadzeni do klubu przez Shahida Khana. Były nadzieje na coś więcej niż walka o utrzymanie w pierwszym sezonie po powrocie po 5 latach do angielskiej ekstraklasy. Dodajmy do tego młodziutkiego Ryana Sessegnona… Rzeczywistość bywa bardzo rozczarowująca. Spadek na 5 kolejek przed końcem (po wspomnianym wcześniej meczu z Watfordem) i strata 10 punktów do miejsc bezpiecznych. Najgorsza defensywa w lidze, Fulham straciło aż 81 bramek, a ich letnie nabytki okazywały się być totalnymi klapami. Dodatkowo 3 z 7 zwycięstw piłkarze w białych strojach odnieśli po spadku z ligi. Trenerzy nie mogli znaleźć optymalnego ustawienia w defensywie niemal ciągle zmieniając skład personalny. Dorzućmy jeszcze niecierpliwość zarządu. Już w październiku z posadą pożegnał się ten, który wprowadził Fulham do elity czyli Slavisa Jokanović. Później Khan podziękował Claudio Ranieriemu, aż do końca sezonu od marca ekipę prowadził były piłkarz Fulham, Scott Parker (który poprowadzi drużynę na stałe). Paniczne zakupy zimą pokroju Lazara Markovicia, czy Havarda Nordtveita, które jak można się domyślać – nie wypaliły, jedynie Ryan Babel wniósł coś w ofensywie. Po jednym sezonie, Fulham wraca skąd przyszło i przy takim zarządzaniu, nie zanosi się na kolejny, a przynajmniej długotrwaly powrót.

18. Cardiff City

Inną drużyną, która po jednym sezonie spadła spowrotem do Championship jest walijskie Cardiff City. Spisywałem ich na bolesną porażkę przed sezonem, ale jednak Drozdy mogą być dumne ze swoich osiągnięć, mimo rozczarowania spowodowanego tym, że to już drugi sezon Cardiff w Premier League i drugi zakończony degradacją. Klub spisywał się powyżej oczekiwań, mimo iż zaczęli koszmarnie, zaczęli w końcu zdobywać w miarę regularnie punkty i przez dość długi czas oscylowali wokół bezpiecznych miejsc w tabeli. Czego najbardziej brakowało podopiecznym Neila Warnocka to klasowego napastnika, bo ekipa ze stolicy Walii potrafiły naprawdę dobrze ustawić szyki obronne w ważnych spotkaniach (choć 69 straconych goli to nienajlepszy wynik). Najlepszymi strzelcami okazali się cofnięty napastnik Bobby Reid i rozgrywający Victor Camarasa, jednak podobne liczby wykręcali stoperzy. Dość powiedzieć, że Cardiff nie urwało ani razu punktów ekipom z Top Six przed potwierdzeniem ich spadku. Problemy z napastnikami zmusiły Cardiff do kupna 29-letniego argentyńskiego napastnika francuskiego FC Nantes – Emiliano Sali (na zdjęciu). Wtedy klub dotknęła przeogromna tragedia. Szczęśliwy Sala wrócił do Francji aby zabrać swoje rzeczy i wrócić prywatnym samolotem do Walii. Z powodów technicznych, maszyna rozbiła się nad kanałem La Manche, a ciało zawodnika odnaleziono dwa tygodnie później. Niech spoczywa w pokoju. Klubem dotknęła żałoba i panika, do klubu trafił wypożyczony z Evertonu Oumar Niasse, który bramki nie zdobył, a w klubie z Liverpoolu rozegrał 0 minut. Jednak zawodnicy pokazywali niezwykłą siłę charakteru, do końca bijąc się o utrzymanie które wydawało się być w zasięgu po wygranej z bezpośrednim rywalem – Brightonem w końcowej fazie sezonu. Jednak porażki z Liverpoolem, zdegradowanym Fulham i Crystal Palace potwierdziły spadek do Championship, do której zejdą z podniesionymi głowami po wygranej w ostatniej kolejce 2:0 na Old Trafford. Spadek Cardiff nie jest zaskoczeniem, ale na pewno zaskoczyli wielu i pokazali że mają potencjał na przyszłość.

17. Brighton & Hove Albion

To Mathew Ryan (zdecydowanie najlepszy piłkarz Mew w tym sezonie) wpuszczający bramkę na własnym stadionie. Przeciwko Bournemouth. Na 5:0. Niewiele zabrakło a podopiecznych Chrisa Hughtona spotkałby syndrom drugiego sezonu i pożegnaliby się oni z angielską elitą. Sezon Brightonu można rozbić na dwie połowy – pierwsza połowa, po której Brighton radził sobie bardzo solidnie zajmując po 19 kolejkach 13 miejsce z przewagą 9 punktów nad strefą spadkową i urywając punkty choćby Manchesterowi United (wygrywając u siebie 3:2), czy Arsenalowi (remisując 1:1). Ekipa z The Amex wyglądała jak pewny kandydat do miejsca w środku tabeli, Lewis Dunk i Shane Duffy tworzy znowu świetną parę w defensywie, a 34-letni Glenn Murray strzelał jak szalony, mając w 2018 roku więcej goli w lidze niż Harry Kane. Aż nadeszły święta (czyli środkowy punkt sezonu) i jakoś nagle coś runęło. Po świętach Brighton był drugą najgorszą drużyną w lidze, nie robiąc w styczniu żadnego transferu i zdołali wygrac jedynie 3 mecze z 19 przegrywając aż 11. i w dodatku przegrywając w starciach z bezpośrednimi rywalami jak przytoczony wcześniej mecz na The Amex z Cardiff (przegrany przez Mewy 0:2). Dunk i Duffy nie byli już tacy szczelni, dowodem choćby porażka 0:5 u siebie z Bournemouth, a ekipa totalnie się zacięła w ostatnich dwóch miesiąc, niemal w ogóle nie strzelając goli. Letnie transfery takie jak Jahanbakhsh, Balogun, Montoya (on raczej głównie przez kontuzje), Button (rezerwowy bramkarz, dostał szans gdy Ryan grał w Pucharze Azji) czy Bissouma totalnie nie wypaliły a trzon stanowili zawodnicy będący w klubie w poprzednim sezonie. Klub z południa Anglii poważnie musi przemyśleć swoją politykę transferową jeżeli chce pozostać w Premier League w kolejnym sezonie, w którym poprowadzi ich już Graham Potter, w zeszłym sezonie trener Swansea City, wcześniej 8 lat trenował szwedzkie Ostersunds, z którym awansował do Ligi Europy i pokonał Arsenal.

16. Southampton

Popularni Święci zakończyli ligową kampanię na szesnastym miejscu, czyli o jedno wyższym niż w poprzednim sezonie. Na pewno jest to swoisty krok w tył wykonany obiema stopami, a zarząd klubu z St. Mary’s Stadium będzie starał się aby walka o utrzymanie taka jak w pierwszej części sezonu nie będzie na południowym wybrzeżu codziennością. Sezon rozpoczął się jeszcze pod opieką Marka Hughesa, który wyciągnął ich ze strefy spadkowej w poprzednim sezonie bo koszmarnym okresie Mauricio Pellegrino. Teraz jednak były szkoleniowiec Manchesteru City czy Stoke City rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu, drużyna zajmowała 18. miejsce z tylko jednym zwycięstwem na koncie i z jednym gorszych wyników w obronie, na co przyczyniły się wysokie porażki, takie jak 1:6 na Etihad Stadium, czy 0:1 z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie – Cardiff. W miejsce Walijczyka przyszedł Ralph Hasenhuttl, który ostatnio pracował jako trener niemieckiego potentata – RB Lipsk. Austriak dokonał swoistej transformacji, w pierwszej ekipie zaczęli grać juniorzy, a nieudane nabytki pokroju Mohameda Elyounoussiego posadził na ławce. Pierwszy garnitur stanowiła teraz młodzież, jak Yann Valery, Angus Gunn czy Jan Bednarek. Odżył także wciąż młody James Ward-Prowse będąc prawdziwym motorem napędowym Świętych. Podopieczni Hasenhuttla rozkręcali się powoli, jednak udało im się zdobyć klika cennych zwycięstw w starciach z Arsenalem czy Tottenhamem. 8 zwycięstw, 6 remisów i 10 porażek było wynikiem godnym klubu, który chce być co najmniej w środku tabeli. Widać było pewne braki, na przykład regularnego napastnika – Danny Ings świetnie rozpoczął sezon, ale niestety, znów zaczęły trapić go kontuzje. Shane Long nie jest na poziom Premier League (choć w meczu z Watfordem ustrzelił najszybszą bramkę w historii ligi), a Charlie Austin jest cieniem samego siebie. Problem była również defensywa, Wesley Hoedt grał tragicznie (w wyniku czego klub bez zastanowienia oddał go do Celty Vigo), a Vestergaard i Stephens popełniali co jakiś czas błędy. Jedynym naprawdę dobrym transferem poza Dannym Ingsem był kupiony z Celtiku Stuart Armstrong, który był ciekawą opcją w ofensywie. Pierwsze skrzypce grała jednak „stara gwardia” – Ryan Bertrand, Nathan Redmond, James Ward-Prowse, Oriol Romeu. Na pewno Święci będą musieli być ostrożniejsi z transferami w letnim okienku, w którym do klubu trafili już Moussa Djenepo i Che Adams. Wygląda na to, że Ralph Hasenhuttl jest zadowolony ze swojej kadry, a chce wzmocnić ławkę, lub być może widzi w Djenepo nowego skrzydłowego, którego brakowało w Southampton? Miejmy nadzieję, że nie odbije się to czkawką na klubie z St. Mary’s.

Na samym dole zaś, głęboko na dole, był też wpis zatytułowany Profesjonalizacja a fun z grudnia ubiegłego roku, który jest w sumie clou tego wszystkiego że tak to tu wygląda i w sumie jest to też jeden z tych wpisów, których najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrealizować, ale szczerze nadal nie wiedziałbym co chce napisać. Tak naprawdę jest tu kilka płaszczyzn. Pierwotnie wpis dotyczył kwestii, że w sumie nie da się połączyć tego co się lubi z pracą w pełni, a nawet jeśli to po czasie to „hobby” przestanie nim w pewnym sensie być. Z innej strony, pisałem to już kiedyś, ale generalnie zawsze chciałem zrobić z tej strony swojego rodzaju portfolio, wizytówkę, coś więcej niż tylko niszową stronę w podziemiu, szczególnie po okresie gdzie w innym miejscu moje teksty trafiły tu i tam i miałem z tego jakiś profit, a w momencie gdy to się urwało plus później miałem przegrzanie pisaniem pracy licencjackiej czy innych równoległych, dokładając jeszcze do tego presję, że trzeba znaleźć „lepszą” pracę nawet jeśli się jej nie lubi.. jakoś te moje „pisanie” i plany gdzieś uciekły. Uwiera to, tak samo jak fakt, że mówię tam wcześniej o prawdziwym portfolio, a z drugiej mam też obawy w stosunku do reakcji jednego i drugiego otoczenia, pewnego mieszania uniwersum Pitstopu i mnie jako mnie. Błędne koło, wiem, ale po prostu trochę nie wiem w jaką stronę to pójdzie jeszcze. Na ten moment zeszło po prostu na bok, na zasadzie „są rzeczy ważne i ważniejsze na których musisz się skupić”, a to kosztuje mnie sporo.. sam nie wiem czego.

Nie oznacza to oczywiście końca Pitstopu, nie mam zamiaru znów zawieszać strony, postaram się tu w przypływie nadal coś rzucić, liczę też, że zrobią to pozostali redaktorzy. Może kiedyś uda się znaleźć jakiś fajny balans między tym czym chcę by ta strona była, a tym co jestem w stanie jej (sobie?) tu dać, ale do tego potrzeba uporządkowania wielu zmiennych z kompletnie innych dziedzin życia i za to trzymajcie kciuki. Może jeszcze będzie fajnie. Oby.


11 września: dla wielu dzień jak każdy inny, dla innych dzień, który zmienił wszystko

Wiecie, jak wchodzi się do mojego pokoju to jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest panorama Nowego Jorku na ścianie – taka klasyczna raczej, zachód słońca, Most Brookliński, jeżdżą po nim samochody, za nim wieżowce z dwoma głównymi, które w swoim czasie uchodziły za stolicę światowego handlu. W nich zapalone światła, ludzie załatwiają swoje sprawy, pewnie dzwonią gdzieś, chodzą, rozmawiają, w końcu hej, to Nowy Jork, to miasto nie śpi.

Dziś tych wież już tam nie ma, a świat od tamtego zdjęcia bardzo się zmienił – zarówno świat jako świat, jak i „świat” poszczególnych osób.


11 września 2001 roku miał miejsce jeden z największych zamachów terrorystycznych jaki dosięgnął tzw. współczesny świat. Zginęło w nim blisko 3 tysiące osób, pomijając już nawet ogromne straty materialne. Dziś od tamtej tragedii mija 18 lat, w umysłach wielu ludzi pewien obraz tego co się wtedy działo zdążył wyblaknąć i w sumie dziś nie mówi się o tym jakoś szczególnie dużo i to nawet nie że u nas w Polsce, ale generalnie, pisząc ten wpis odpaliłem CNN i leci jakiś randomowy program o tym, że nowe ajfony nie będą takie drogie. Może taki traf. W końcu też może nie będą o tym nadawać cały dzień, tylko bliżej samej uroczystości.

Pewnie każdy z nas z tamtego dnia ma inne wspomnienia. Sam dziś już w sumie niewiele pamiętam, miałem wtedy nieco ponad 5 lat. Może to zakrzywiony już obraz, ale pamiętam jedynie, że tego dnia rodzice zabrali mnie ze sobą do sąsiadów, posadzili przed telewizorem, a tam czy to na żywo, czy to powtórka, zawaliła się akurat druga z dwóch wież. Pamiętam też, że ludzie generalnie bali się, może nie tyle wojny, co zostało w jakimś stopniu zaburzone ich poczucie takiego globalnego bezpieczeństwa. Później Osama, Bush, Irak, dalszy ciąg wszyscy znamy i jego pokłosie chociażby w kolejnych zamachach, które na tym światowym poziomie nigdy nie osiągnęły już tej skali, bo na tym jednostkowym nie nam to oceniać, to nadal kolejne ludzkie dramaty, niezależnie od rozmiaru.

Budynki World Trade Center w pewnym sensie były jednymi z symboli współczesnej cywilizacji, a po zamachu stały się nimi tak dwa razy na zasadzie, że bardziej zaczęło się zwracać na nie uwagę. Przykładów jest sporo, chociażby z kina: film Kevin sam w Nowym Jorku, gdzie z oczywistych względów były one pokazane (swoją drogą pomyślałby ktoś, że występujący tam wtedy Donald Trump będzie prezydentem USA?), Szklana Pułapka 3 czy w filmie Oliver i spółka, gdzie tym razem widzieliśmy wieże w animowanym wydaniu.

Nie jest moim celem tu odkopywanie na nowo tej tragedii czy generalnie tego tematu, bo też każdy wie o co chodzi, kompletnie nie w tym rzecz, ale chciałbym zostawić tu jedynie pewną refleksję – w pewnym sensie cały czas jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego stanu rzeczy i na co dzień zapominamy, że świat w którym obudzimy się jutro może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. I ponownie nie chciałbym popadać tu w jakiś patos, ale pokazało to też jak bardzo się ludzie zdziwili chociażby przy niedawnym pożarze Notre Dame. Nic nie jest dane nam na zawsze lub inaczej – nic nie jest wieczne czy niezniszczalne i czasami warto spojrzeć na niektóre sprawy pod tym kątem i może jakoś bardziej pewne rzeczy docenić. Wiadomo, że nie da się tak codziennie działać z taką świadomością, ale warto czasami sobie to uzmysłowić, chociażby przy takiej rocznicy jak ta.


Nowy redaktor! Zmiany na stronie, fuzja etc.

Hej.

Jak wiecie od jakiegoś czasu oprócz mnie na Pitstopie można było znaleźć także artykuły Vandiego czy Seeda. Po pewnych negocjacjach do szeregów redakcji dołącza również Kunio! Wcześniej mogliście kojarzyć go m.in. z zaprzyjaźnionej strony Wrzosowisko, bądź też z wpisów na LU-DM. Wraz z Wrzosiem na Pitstopie pojawiają się również wszystkie jego wpisy, które dostępne były na jego stronie – żeby nie zasypywać nagle falą tekstów, a też najzwyczajniej sporo czytelników już jego wpisy wcześniej przeczytało, zostały one dodane chronologicznie, według daty zamieszczenia tam. Jego strona zaś zostanie zamknięta, zawieszona. Taki transfer to spory krok merytoryczny dla strony, a i fajnie, że do serwisu mają dostęp ludzie „z przeszłością”, bo przecież Seed kiedyś również miał swoją stronę, a i warsztat Vandiego jest znany nie od dziś. Zawsze to też nieco większa szansa na nowy wpis, bo wszyscy wiemy, że z tym jest tu różnie.

W związku, że liczba redaktorów zaczyna już całkiem nieźle wyglądać, postanowiłem (przy pomocy Kunia) stworzyć każdemu, prócz normalnej strony głównej, osobny kącik w razie ktoś byłby zainteresowany tekstami tylko danego autora. Odnośnik do tego znajduje się w menu na górze, który można sobie łatwo rozwinąć. Będzie tam (lub kiedy to czytasz już jest) info o każdym z autorów, jak również o samej stronie.

Tymczasem to tyle, zapraszam do zapoznania się z nową zawartością oraz do trzymania kciuków za każdego z redaktorów by tych tekstów było jak najwięcej – za mnie na czele, bo tego, że niektórych tekstów, które sobie założyłem jeszcze nie ma to szczerze trochę aż wstyd.


I po studiach

Czasami w życiu człowieka przychodzi moment, gdy kończy się dla niego pewien znaczący etap. Bywa to niejako data graniczna, wiecie, że po niej powinny nastąpić pewne zmiany – trochę na zasadzie, że teraz już albo w tę albo we tę stronę. 28 czerwca taka data przyszła i na mnie albowiem odbierając dyplom ukończenia studiów I stopnia i osiągnięcia tytułu zawodowego licencjata (tak napisali) kończy się dla mnie okres studencki.. przynajmniej na razie.

Na studia poszedłem bezpośrednio po skończeniu technikum. Wybrałem zupełnie inny kierunek niż w szkole średniej, z resztą tam już swój „tytuł” zdobyłem i chciałem spróbować czegoś innego, poszerzyć nieco wachlarz swoich możliwości. Inna rzecz, że poszedłem trochę prostą drogą i wybrałem najbliższą placówkę w znanym mi mieście, tym samym gdzie chodziłem wcześniej. Nie mogę powiedzieć, żeby był to kierunek wymarzony, z resztą nigdy nie myślałem o studiach w tych kategoriach, co nie oznacza oczywiście, że był on zły. Jakkolwiek w tamtym konkretnie momencie był dla mnie i według mnie najlepszą opcją. Złożyłem odpowiednie dokumenty, przyjęli mnie bez problemu i jesienią rozpocząłem studia – w moim przypadku w systemie niestacjonarnym.

Studiowanie zaocznie sporo różni się od nauki dziennej i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim wiadomo, inaczej wygląda plan i rozkład zajęć – głównie były to weekendy co dwa tygodnie: sobota, niedziela, czasami też i piątek, zwykle od rana do wieczora. Jakoś trzeba było w to upchać wymagany materiał i opanować go w wystarczającym stopniu by zdać dane zaliczenie bądź egzamin. W sumie taki plan to kwestia przyzwyczajenia. Osobiście starałem się nie opuszczać wykładów, bo wychodziłem, myślę słusznie, z założenia, że zawsze coś tam z nich wyniosę, a i najzwyczajniej za coś się w końcu płaci. Oczywiście inaczej wyglądały również relacje z kolegami i koleżankami z roku – wiadomo jest różnica gdy spędza się ze sobą dzień w dzień ileś godzin jak chociażby w średniej, a inaczej w takiej sytuacji jak ta. Wiele osób bazowało raczej na znajomościach, które zostały zawarte już wcześniej czy ograniczała się do najbliższych „sąsiadów” na auli czy sali. W sumie ja praktycznie nikogo na roku na początku nie znałem, w sensie pierwsze zjazdy, bo i przekrój ludzi tam pod względem zarówno wieku jak i lokalizacji skąd pochodzili był naprawdę różny. Oczywiście zmieniało się to z czasem i zasięg kontaktów między ludźmi poszerzał się, szczególnie na ostatnim roku, gdzie ludzie byli bardziej podzieleni na konkretne specjalności i grupy.

Pewnie pojawi się pytanie czemu zaocznie i czemu tu, a nie gdzieś dalej. Szczerze, myślę że to trochę kwestia charakteru, na tamten moment nie myślałem o przenosinach się gdzieś dalej, najzwyczajniej nie widziałem takiej potrzeby. System niestacjonarny wybrałem też ze względu, że w planach miałem od razu znalezienie sobie w pobliżu stałej pracy. Z tym wyszło.. inaczej niż zakładałem wtedy, niemniej od strony zawodowej również przez ten czas spotkały mnie nowe doświadczenia różnej maści i różnego kalibru. Jakkolwiek w każdym z przypadków, jakiekolwiek by one nie były, czy to mniej czy bardziej pozytywne, człowiek może wynieść cenną lekcję.

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem czy warto studiować, bo to pytanie zadaje sobie wiele osób świeżo po szkole bądź później, to tak, oczywiście, że tak, jeżeli tylko ma się taką możliwość. Nie podchodziłbym jednak do nich (do studiów) i do dyplomu jako do karty przetargowej, która zapewni nam pracę. Oczywiście bywają bardzo pomocne, czasami niezbędne i też dużo zależy od konkretnego kierunku. Chodzi mi bardziej, że warto traktować to bardziej jako kwestię ambicjonalną, że chcemy ukończyć daną uczelnię przede wszystkim dla siebie, dla własnego rozwoju, dla hmm.. niewypadnięcia z obiegu i najzwyczajniej zdobywaniu kolejnych kroków edukacji. Studia to przede wszystkim poszerzanie naszej wiedzy z wybranej dziedziny, poznanie autorytetów branży czy ludzi współstudiujących, ich doświadczenia czy generalnie ich jako ludzi. Osobiście mam nadzieję, że niektóre znajomości tam zawarte przetrwają jeszcze długi czas po zakończeniu studiów. Liczę na to chociażby w najważniejszych dla mnie osobiście przypadkach

Czy będzie kolejny rozdział? W końcu żeby dociągnąć do magistra wystarczą jedynie dwa lata, a im później się zacznie tym będzie z tym znacznie gorzej. Tak jak kiedyś mówiłem w tej kwestii kategoryczne nie, tak teraz mówię zdecydowane.. być może. Tu jednak będzie już trzeba nieco zmienić lokalizację lub inaczej – udać się do placówki nieco dalej niż znany teren. Inną kwestią są tu wspomniane wcześniej kwestie zawodowe od których, nie ma co ukrywać, wiele zależy. Trzymajcie kciuki żeby się udało zarówno w kwestii edukacji, znalezienia dobrej pracy czy innych bardziej osobistych kwestiach wyjść jakoś na prostą.


Avengers: Endgame – recenzja (raczej bezspoilerowa)

Marvel Cinematic Universe, czyli kinowe Uniwersum Marvela to jedno z największych o ile nie największe kinowe uniwesum nie tylko ostatnich lat, ale i generalnie współczesnego kina popkulturowego, porównywalne chyba już tylko i wyłącznie ze światem Gwiezdnych Wojen. Premiera filmu Avengers: Endgame, który wieńczy pewien cykl MCU to dla wielu fanów (i nie tylko!) jak to lubię określać „prawdziwe święto popkulturowe”, a że święta święcić trzeba to do kina udałem się także i ja pełen nadziei na piękne, filmowe widowisko.

Na wstępie warto zaznaczyć, że nie uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę i miłośnika MCU – nie mam zaliczonych wszystkich filmów, nie zarywałem nocy na forach fanowskich debatując nad kolejnymi teoriami spiskowymi, nie chodziłem w stroju Iron Mana jak byłem mały, ale wiem o co w nich chodzi, miałem również przygodę z zainteresowaniem samymi komiksami w przeszłości, a i najzwyczajniej, jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się kinem superbohaterskim to nie sposób niektórych rzeczy nie znać i nie wiedzieć, bo wiele z nich stało się już niemal klasykami. Do Endgame podszedłem więc może bez pewnego bagażu emocjonalnego, ale wydaje mi się, że jako świadomy widz, który wie skąd biorą się następstwa, które widzi na ekranie. I tu pojawia się też rzecz, która chciałbym by wybrzmiała już teraz – Koniec Gry, jak to nazwał polski dystrybutor, to jak to już ktoś określił przede wszystkim laurka dla fanów cyklu i ludzi obeznanych z tematem i to oni wyniosą najwięcej, ale i wbrew pozorom także dobry film dla tych, którzy przyszli jedynie na to podsumowanie. W ogóle krótka dygresja – spośród już całkiem sporej ilości filmów na jakich byłem w kinie, widownia na tym była zdecydowanie najbardziej żywiołowa i to na całym spektrum emocji – od gromkiego śmiechu przez pociąganie nosem w smutnych momentach.

Robiąc zarys historii, oczywiście nie zdradzając niczego, czego jakoś szczególnie nie wiemy – zastajemy naszych bohaterów po sromotnej porażce (Infinity War), gdzie to powiedzieć, że są po niej przybici to nic nie powiedzieć. Co nie jest jednak niczym zaskakującym, jeśli oglądaliście zwiastuny, w związku z pewną zmienną postanowią mimo wszystko jeszcze raz podjąć walkę, by idąc w tym momencie trochę w kolokwializm, cała sprawa zakończyła się raz na zawsze w tę lub w inną stronę, by przyszedł finalny Koniec Gry.

Przede wszystkim film ten pokazuje superbohaterów z wyjątkowo ludzkiej strony na znacznie większą skalę niż w poprzednich filmach – żałobę czy radość, generalnie złe i dobre emocje, których doświadczają. Ten ludzki element przewija się nie tylko na początku filmu, ale praktycznie do jego końca i jest widoczny również w momencie, gdy postaci są pokazane nam już jako obdarzone supermocą. Co ciekawe niektóre z głównych postaci z tym swoim elementem ludzkim (lub inaczej, pod wpływem pewnych czynników, następstw) nabierają zupełnie nowego wymiaru i przez to możemy na nich spojrzeć z zupełnie innej strony. Kwestią indywidualną odbiorcy jest to czy wychodzi to im na plus czy nie, ale na pewno jest to coś niespodziewanego. Generalnie największej „siły” możemy spodziewać się od postaci, od których normalnie byśmy się jej nie spodziewali.

Inną sprawą jest tu „drugie dno” historii, bo oczywiście możemy spojrzeć na ten film jedynie przez pryzmat jego epickości, pojedynków czy scen bitewnych (tu znów, w skali porównywalnych jedynie z tymi z Gwiezdnych Wojen czy filmów na bazie prozy Tolkiena), ale to przede wszystkim historia o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wpływu naszych działań na nie i następstw jakie za sobą niosą. Dochodzi tu teoria alternatywnych rzeczywistości, która przynajmniej mnie szczególnie uderzła, znana chociażby z Faceci w Czerni 3 czy… tu może żeby zbytnio nie spoilerować z innych filmów, które również są wspomniane w Endgame. Wcześniej wspomniałem o święcie popkulturowym – generalnie w Końcu Gry możemy wychwycić nie tylko niezwiązania do samych filmów Marvela ale również do klasyków kina generalnie. Wiąże się to także z humorem, którego w tym filmie jest multum i to nawet nie tylko takiego prostego, ale również sytuacyjnego, gdzie trzeba wychwycić pewien kontekst.

Żeby nie było tak różowo należy zwrócić uwagę na pewne mankamenty. Film momentami idzie bardzo prostą linią oporu pod względem fabuły i nie, nie chodzi tu o jakiś większy pretensjonalizm, ale swojego rodzaju kwestie, które jakkolwiek są wytłumaczone, tak z boku mogą wydawać się jednak zbytnim uproszczeniem, szczególnie że (tu już jest to błąd marketingowy i to w moim mniemaniu dość znaczny), przed Endgame został już zapowiedziany kolejny film Marvela, a więc dodając jedno do drugiego niektórych rzeczy mogliśmy się domyśleć trochę zbyt szybko. Analogicznie jest z niektórymi postaciami przy których był efekt „pompowania balonika”, a finalnie nic z tego specjalnie nie wyszło, ale tu chociaż możemy mówić o jakimś zaskoczeniu. Niektórym mogą też nie pasować generalnie niektóre rozwiązania wątków, ale ja osobiście je rozumiem, szczególnie, że jakoś trzeba było je domknąć, patrząc na fakt, że jest to film wieńczący pewną fazę uniwersum.

Pod względem technicznym nie ma się za to absolutnie do czego przyczepić. Wszystko gra pod względem kompozycji, z resztą i nawet film mimo trwania 3 godzin nie dłużył się w żadnym momencie. Graficznie sceny robią wrażenie, a i muzyka dodaje „tego czegoś” co powoduje ciarki na rękach.

Avengers: Endgame śmiało zmierza po status najbardziej kasowego filmu w historii kina. Już teraz osiągnął najlepsze otwarcie, jednak nadal nie zapewnia mu to 1 miejsca ogólnie – te nadal śmiało dzierży Avatar i szczerze, chyba czas już najwyższy by ustąpił ze swojej pozycji. Na pewno Koniec Gry jest dobrym kandydatem by zapełnić to miejsce i każdy dolar, euro czy złotówka wydana na seans nie będzie stracona.