This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Autor: <span class="vcard">Kunio</span>

Metin2 – czyli niespełnione dziecko nostalgii

Raz na jakiś do mainstreamu gier przebija się całkiem niepozorna gra, nieporywająca grafiką, czy swoją mechaniką, lecz zyskuje ona często dużą popularność w przeciągu kilku miesięcy, bo te gry z założenia mają bardzo niski próg wejścia i grania sobie na sensownym poziomie, można powiedzieć, że są to gry typu Easy2Learn-Hard2Master, W ciągu pierwszych dwóch dekad XX wieku to takich gier bezapelacyjnie zaliczyłbym Tibię, Minecrafta, League of Legends, Fortnite, czy Metina2, nazywanego często WoWem dla biedaków. Często gracze niezaznajomieni i nadużyję może trochę tego słowa – „casualowi” z pogardą traktują te społeczności i ich graczy, gdzie pamiętam można było spodziewać się określenia w stylu „dziecko Tibii” czy „Fortnite to gra dla dzieci”. Zamierzam poświęcić tą notkę Metinowi2, bo mimo że kultowy w moich kręgach w czasie podstawówki/gimnazjum, to nigdy nie doczekał się jakiegoś potężnego ogrania przeze mnie.

Sam Metin2 jest drugą częścią gry.. Metin, ameryki nie odkryłem, lecz nawet po urywkach gameplay’u zobaczonych w internecie można stwierdzić, jak obie produkcje się różniły, jedynka przypomina mi jakiś Fallouto-jedynkowo-podobny twór, bo rzut izometryczny, ciemne kolory, no może zamiast postapokaliptycznej stylistyki było tam fantasy. Walka przypomina bardziej Diablo, czy innego hack’n’slasha, chociaż trzeba przyznać, że mimo jest ona niezwykle drewniana. Tytuł mimo prostoty jest grą ciekawą i zastanawiam się nad jego popularnością w momencie wydania.

Otoczka fabularna Metina2 też jest niezwykle intrygująca, bo nikt nigdy tak naprawdę nie przykładał do niej uwagi podczas samej rozgrywki. Spokój krainy zostaje zakłócony przez złą energię wywoływaną przez spadające kamienie Metin, wśród mieszkańców jednego wielkiego królestwa dochodzi do rozłamu na trzy pomniejsze, które toczą ze sobą niekończącą się wojnę, a nam przyjdzie opowiedzieć się po której ze stron w walce o rozwikłanie tajemnicy tych magicznych kamieni.

Do wyboru w grze były 4 klasy postaci, obecnie jest już ich 5 i składają się one z Wojownika, Ninji, Sury, Szamana i Likana. Wokół każdej z tych klas wyrosły typowe stereotypy i cechy charakteryzujące grających nimi graczy. Sura i Wojownik to typowy damage-dealerzy, Ninja to idealny lur, bo posiada łuk i może z dobrej odległości przyciągać do siebie, a szaman może rozdawać swoje buffy, przez co wojownik i sura mogą niszczyć bez problemu większe zastępy wrogów. Grę zaczynami w często zwanym „M1”, gdzie wrzuceni przed wioskowe mury musimy zacząć niszczyć zastępy… dzikich psów, czy innych wilków, bo od czegoś trzeba zacząć, pierwsze poziomy mają zaznajomić gracza z otaczającym go światem, zdobywanie ekwipunku, wykonywanie pierwszych questów. Na 5 poziomie dostajemy możliwość szkolenia się w sztuce walki, po dwóch trenerów pokazujących zupełnie różne umiejętności do wykorzystywania w walce, od tego momentu zaczyna się bardziej poważna rozgrywka w tej grze, a także zdajemy sobie sprawę, jak dużo trzeba w tej grze chodzić, bo często questy polegają na chodzeniu po mapie za jakimś stworzeniem, czy NPC, tylko po to, żeby wypadł jakiś przedmiot, czy powiedział jakieś jedno zdanie, a potem musimy wracać się do zleceniodawcy. Z drugiej strony na każdym poziomie dostajemy polowanie – specjalne zadanie polegające na ubiciu odpowiedniej liczby konkretnego potwora, a nagrody z tego są tym lepsze, im większy poziom posiadamy, bo pozwala bez problemu wbić z 15% całkowitej ilości punktów doświadczenia dostępnego na poziom.

Mimo że Metin2 był grą niezwykle popularną tą dekadę temu to nigdy nie miałem jakiejś większej styczności w momencie jej styczności, głównie przez internetu, a gdy taki już posiadałem, Metin2 stracił już na popularności i nie było już po co zaczynać tam gry. Moi znajomi przerzucili się z czasem na prywatne serwery, które cechowały się znacznie większą prędkością zdobywania doświadczenia i różnych przedmiotów, lecz z czasem jedyne za co mogę podziękować tym serwerom to fakt, że mogłem odwiedzić nieosiągalne na oficjalnych serwerach bez spędzenia multum godzin zdobywając punktów doświadczenia. Potem na wyższych poziomach gra przypominała rozgrywką mi grę na oficjalnym serwerze – poziomy nie leciały już tak chętnie, na lepsze uzbrojenie trzeba było mieć jakieś pieniądze z kosmosu, a łatwiej mieli ci, co zapłacili adminowi serwera za jakieś ulepszenia. Dlatego jakoś zawsze bardziej podobały mi się oryginalne serwery od tych prywatnych, bo jakoś pierwsze lokacje były mi bliższe od tych różnych lochów pająków, czy opętanego lasu. Dodatkowo od jakiejś aktualizacji, twórcy serwerów rozdają specjalne paczki zawierające znacznie potężniejsze bronie od tych występujących w grze, wszystko po to, aby każdy mógł w sensownym czasie zdobywać wyższe poziomy.

Metin2 kojarzy mi się z jedną rzeczą, z expieniem i zdobywaniem kolejnych poziomów, które jest tam naprawdę przyjemne, jeśli potrafi się to dobrze dawkować, dlatego też nawet teraz co raz wracam do tej gry zabijając kilka grupek wilków, dzikusów, czy pająków. Do tego jak na grę darmową i teoretycznie prymitywną, ścieżka dźwiękowa występująca w grze jest niezwykle przyjemna dla ucha i dopasowana bardzo dobrze. W pierwszej lokacji usłyszymy spokojne Enter The East, w kolejnych już bardziej dynamiczne i agresywne utwory, dobrze skomponowane ze swoim światami. Nie mogę powiedzieć, że po usłyszeniu niektórych utworów z tej gry włącza mi się lampka małej nostalgii z tych dość ciepło spędzonych chwil.

Z drugiej strony jednak na dłuższą metę, kilka mechanik tej gry sprawia, że po kilku godzinach od powrotu do tej gry skłania mnie do kliknięcia na ikonkę „Odinstaluj”. Dlaczego? Od około 30 poziomu ceny w tej grze zostają tak wywindowane do góry, że taki niewymagający dużo i spokojny gracz jak ja nie ma szans zdobycia takiej gotówki, żeby ułatwić sobie zdobywanie doświadczenia na coraz trudniejszych do zabicia potworach. To jest niezwykle denerwujące, bo przedmioty, które często ty zdobywasz w czasie gry są słabe, a ich ulepszenie to duży koszt, często zdobywać trzeba odpowiednie przedmioty, a dodatkowo pracuje tam najgorszy kowal, jakiego widziałem w życiu. Nie dość, że zabierze ci twoje pieniądze to może bezproblemowo niszczyć twój przedmiot, nawet jeśli włożyłeś w niego sporo pieniędzy – nie ma to znaczenia. Wiem, że można niby pójść do kowali klanowych, ale tam jest jeszcze drożej, a sukcesywność ulepszeń nie jest jakoś stosunkowo większa. Ostatnią rzeczą są dla mnie same zadania, które często są niezwykle z dvpy, już pomijam questy w których trzeba po5dalać po kilku lokacjach naraz, co mimo denerwowania na każdym kroku daje sporo doświadczenia, mam na myślę questy, które rozdawane są na niektórych poziomie, bo są one niezwykle przesadzone i niedopasowane do poziomu np. jeden quest, którego otrzymałem na 30 poziomie, gdzie zabić trzeba wodza orków, czy innego maszkarona, który ma 50 poziom doświadczenia, a do niego trzeba się przebić przez zastępy innych potworów na wysokich levelach, dla mnie totalnie bez sensu, może dlatego, że jestem osobą, która jak dostaje zadanie w dzienniku do wykonania to robi wszystko, żeby zrobić to jak najszybciej.

Tak oto prezentuje się moje wspomnienie Metina2, gry całkiem dla mnie przyjemnej, ze zdobywaniem doświadczenia i dobrą ścieżką dźwiękową, z drugiej strony pewne wady sprawiają, że nigdy tak naprawdę nie miałem w niej dłuższego epizodu i nigdy nie będę uważał ją za jedną ważniejszych gier w swoim życiu, to krótka przygoda, którą z czasem przychodzi mi przyjmować z coraz mniejszym rozradowaniem.


Maraton PS2 [3/3] – Święta Trójca

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Powoli trzeba kończyć ten maraton i odpocząć od czarnulki. Przekopałem się przez swoje wspomnienia z tą konsolą i opinie ludzi w internetach i muszę przyznać, że nie jestem odosobniony, bo poczciwa PS2 znalazła swoje miejsce w niejednym sercu. Na wzruszenia i podsumowania będzie jeszcze czas, na razie zajmiemy się Świętą Trójcą.

3. Gran Turismo 4 (2004)

Można powiedzieć, że pozycje 3 i 2 będą efektem przedłużenia pewnej miłości, która wybuchła podczas ogrywania gier na starszej siostrze czarnulki, bo do dzisiaj nie zapomnę wielu sesji spędzonych w GT2, odblokowywanie nowych samochodów i jazda po kilku wspaniałych trasach, piękne. GT4 od razu przyciągnęło mnie faktem bycia kolejnym dzieckiem spod szyldu Gran Turismo, a przeskok na lepszy sprzęt zwiastował usprawnienia graficzne, wizualne oraz fizyczne. Gra od początku wygląda podobnie do 2-ki, karierę rozpoczynamy tak samo, bez samochodu, z 10,000 tysiącami w portfelu. Co prawda za pierwszym razem brzmi to dobrze, lecz wybierając się do najbliższego salonu swojego ulubionego producenta zdamy sobie sprawę, że jest to jednak za mało, by móc kupić sobie pojazd, którym nie jest wstyd pokazywać się publicznie, dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby kupienie używanego samochodu, który mimo swojego wieku, będzie osiągami lepszy i pomoże nam w wygraniu pierwszych wyścigów, których niestety liczba jest ograniczona. Dlaczego? Ponieważ kolejnym znakiem rozpoznawczym serii jest fakt uzyskania odpowiedniej licencji, aby móc konkurować w różnych wyścigach na całym świecie. I to jest akurat ta zła strona tych gier, za którą nie przepadam – wymuszanie zdobywania tych licencji, gdzie dodatkowo w czwartej części musimy wykonać, aż 16 testów na każdą kategorię, gdzie dodano także testy, w których musimy w określonym czasie przejechać okrążenie na trasie, jadąc idealnie za pojazdem kontrolnym. Dodajcie sobie do tego test, gdzie takie okrążenie trwa około 10 minut i już widzicie młodego mnie sfrustrowanego całą tą sytuacją. Ale pomijając to jest to cudowna gra z ponad 700 rodzajami aut, od aut sportowych przez te typowo miejskie do nawet prototypów z przyszłości. Fizyka aut i prowadzenia jest również na bardzo wysokim poziomie, ba, nawet w instrukcji poświęcono temu aspektowi ponad 200 stron! Przez ten fakt wyścigi jeździ się po prostu fantastycznie, co prawda nie ma tutaj tylu emocji co w takim Need For Speed: Most Wanted, bo GT to symulator, ale jeżdżenie tych okrążeń, odblokowywanie kolejnych aut jest naprawdę wspaniałe. Kolejnym wspaniałym atutem gry jest różnorodność tras, bo mamy tu trasy po największych miastach świata, przez specjalne tory niczym te do wyścigów typu Nascar, aż po wyścigi rajdowe, gdzie można poczuć przy hamowaniu tą genialną fizykę. Śmiesznym był też fakt, że dodatkowe trasy odblokowywały się nie wygrywaniem wyścigów tylko z czasem poświęconym trybowi kariery i ilością miesięcy, które tam zleciały. Jedyną rzeczą, która odrzuca mnie od tej pozycji to fakt zaprojektowania przez twórców wyścigów w wyniku których musimy jeździć po trasie np. 24 godziny! (nie kłamię) Bo serio, kto poświęci cały swój dzień i przez tyle czasu będzie uważał, żeby być na tej pierwszej pozycji. Koniec końców chciałbym tu kiedyś powrócić, lecz jak w przypadku wcześniej omawianego FlatOuta, granie na padzie to już nie to samo i będę musiał pomyśleć o jakiejś kierownicy, żeby jak najlepiej móc odczuć tą fizykę i prowadzenie.

2. Tekken 5 (2005)

Kolejny przykład przedłużanej miłości, bo Tekken 3 w swoim czasie wywołał na mnie takie wrażenie, że klękajcie narody. Wyobraźcie sobie minę dzieciaka, który po długich przygodach podczas dość powolnych bijatyk na Pegasusa natrafił na dynamiczną grę, a do tego wszystko okraszone było swego rodzaju realizmem w postaci nomen omen postaci walczących prawdziwymi technikami walki jak Karate, Kung Fu czy Capoeira. Każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Nie inaczej jest w powyższej części, gdzie wiele elementów podkręconych zostało do jedenastki tworząc bijatykę wręcz idealną. Filmiki opisujące historię każdego bohatera i jego motywy w nadchodzącym turnieju, więcej interakcji ze swoimi przeciwnikami, czy jak zwykle zabawne outro każdego bohatera. Sama rozgrywka stała się jeszcze bardziej dynamiczna niż w jakiejkolwiek poprzedniej części i w sumie to dziękuję, że to nie 4-ka była wtedy przeze mnie ogrywana, bo chyba zepsułaby mi trochę zdanie o tej serii. Dodano system zdobywania pieniędzy za wygrane walki, które potem można używać w sklepie do zakupu różnych przedmiotów, chociaż smuci fakt, że nie można było ich używać w trakcie walki. Mnogość trybów do wspólnej zabawy czyniło tą grę dość często pozycją obok jakiejś FIFY przy wspólnych posiedzeniach o brata ciotecznego. I zwykle te pojedynki przeradzały się w niezwykle górnolotne wojny psychologiczne, gdzie górowało opanowanie kombinacji wybranej postaci i wykorzystanie mapy. A plansze w tej grze są naprawdę wspaniałe, od wodospadu przez centrum jakiegoś zbiegowiska zbirów, którzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, kończąc na kościele w iście gotyckim stylu. Wszystko to było by jednak niczym bez przegenialnej ścieżce dźwiękowej, która niemal w każdej grze z tej serii stoi na olimpijskim poziomie – na każdej planszy to właśnie muzyka buduje ten klimat, która jeszcze bardziej sprawia, że kolejne walki nie są tak nużace nawet te toczące się przeciwko komputerowi. A do tego jeszcze narrator ze swoim bardzo charyzmatycznym głosem i wygłaszane przez niego przy wyborze postaci „The King of Iron Fist Tournament V” do dzisiaj wywołuje we mnie ciary. Dodatkowo tryb Devil Within, który równie dobrze mógł być sprzedawany jako osobna gra, gdzie wcielaliśmy się w Jina Kazamę i próbowaliśmy infiltrując różne miejsca na Ziemi poznać prawdę o genie diabła w ciele bohatera. Był jednak z nim pewien problem, często wrogowie przy dużym natłoku stosowali na nas zbiorowy gangbang, gdzie ciężko było nie stracić dużej ilości zdrowia. Ostatnim smaczkiem są pełnoprawne arcadowe edycje poprzednich gier z cyklu, w których bez problemu można rozegrać cały turniej, oraz grę StarBlade, gdzie latając statkiem kosmicznym musimy niszczyć flotę powietrzną opozycji. Wszystko to składa się na pozycję, która w moim umyśle od razu przywoływana, gdy tylko usłyszę hasło PlayStation 2. Przychodzi mi nawet ona szybciej do głowy niż pierwsza pozycja…

Ale zanim do niej przejdziemy potrzymam was chwilę w niepewności i przywołam kilka tytułów, które z różnistych, najróżniejszych powodów i nie załapały się na dłuższe omówienie. Jedne to klasyki, które ograłem już wcześniej na piecu, inne to kolejne pozycje popularne u moich kolegów. Nie przedłużając:

Grand Theft Auto III

Czyli pierwsza pudełkowa gra, jaką kupiłem na PS2 i ograłem dość namiętnie i ukończyłem na 100%. Do dziś mimo dennej fabuły uważam niektóre cutscenki i misje za wspaniałe, a ścieżka dźwiękowa jest tutaj po prostu wspaniała.

Grand Theft Auto: Vice City

Kolejna część, którą sprawiłem sobie kiedyś na urodziny. Jest to też GTA, które przechodziłem najczęściej i posiada według mnie najlepszą fabułę ze wszystkich z tej generacji. Muzyka też fajna.

Grand Theft Auto: San Andreas

Może nie na oryginale to właśnie na czarnulce po raz pierwszy ukończyłem przygodę CJ-a. Z tą grą również mam bardzo fajne wspomnienia wracania w piątek ze szkoły, odrabiania wszystkich lekcji i zasiadania do niej wieczorami w największą grą z otwartym światem na tej konsoli.

Hitman: Contracts

Nigdy nie byłem fanem dość cichego zabijania przeciwników, a w Hitmanie takie metody były na porządku dziennym, dodatkowo gra była w języku niemieckim, co skutecznie zniechęcało do grania. Ostatnio jednak udało mi się ją ukończyć i nie była taka trudna, jak ją pierwotnie malowałem.

FIFA 08

W tą edycję grałem najwięcej przed erą 14. I jest to kolejna gra z cyklu „nie mogłem ograć na kompie to mogę na PS2”. Do dziś pamiętam wiele rozpoczętych karier w takich klubach jak Legia czy Barcelona. Ścieżka dźwiękowa w tej edycji podoba mi się chyba najbardziej z całej serii. W ogóle skład Blaugrany z tamtego sezonu to <3.

Need For Speed: Hot Pursuit 2

Bardzo ciekawa edycja tych wyścigów, która po jej przejściu bardzo urosła. Duży wybór samochodów, dynamiczna ścieżka dźwiękowa. Odpychała mnie tutaj jednak durnowatość niektórych typów wyścigów, czy upierdliwość policji.

Need For Speed: Carbon

Carbon na PS2 był najprawdę biednym portem z licznymi zubożeniami w kwestii samych wyścigów i animacji, w porównaniu do Most Wanted był też bardzo krótki przez co nie wydawał mi się on tak ciekawy jak poprzednik. Ale tuning aut był na wyższym poziomie, taki mały plusik.

Tekken Tag Tournament

Pierwsza odsłona cyklu na czarnulkę od razu pokazywała jaki potencjał drzemie w nowym sprzęcie. Wygląda na taki odświeżony port 3-ki, lecz przy bardziej dynamicznej rozgrywce i możliwości wyboru wszystkich postaci, które dotąd pojawiły się w cyklu.

BurnOut 3: Takedown

Dynamiczna gra wyścigowa skupiająca się nie na samym ściganiu, co na destrukcji i niszczeniu przeciwników. Bardzo przyjemnie się tam jeździ, dodatkowo kilka trybów pobocznych np. taki w którym musimy wbić się w skrzyżowanie i spowodować jak największy rozpierdziel. Dodatkowo bardzo dobry dynamiczny soundtrack.

God of War

Gra, która wielu przyprawiła o własną konsolę mnie nigdy osobiście nie porwała, zdecydowanie miałem już wtedy za sobą okres całkowitej masakry przeciwników. Nie można jej jednak zarzucić bycia kultową i po prostu dobrą pozycją.

Dragon Ball Z: Budokai Tenkaichi 3

Kolejna bardzo świetna bijatyka w zupełnie innej formie niż wyżej wymienione, gdzie do arsenału mieliśmy te wszystkie kamehamy, czy inne lasery. Do dziś bawi niszczenie kuli ziemskiej za pomocą Supernowej, czy innego Galick Guna.

Call of Duty: Finest Hour

Bardzo ciekawa pozycja w serii, lecz osobiście była trochę drewniana jak na mój gust i niektórych poziomach rozstawienie punktów kontrolnych wołało o pomstę do nieba. Plus ogrywając grę z pendrive nie chciała doczytywać mi się czasami plansza i musiałem patrzeć na swoje kroki.

1. The Warriors (2005)

Ta gra szczerze powiedziawszy nie jest w żadnym stopniu nie jest pod żadnym względem, ani przełomowa, ani jakaś wybitna. Opiera się na filmie z 1979 roku pod tym samym tytułem. W grze wcielamy się w zależności od poziomu w różnych członków samozwańczego gangu „The Warriors”. W tej rzeczywistości dzielnice Nowego Jorku są rozdzielone pomiędzy różnorodne gangi, które cechują unikalnym ubiorem i sposobem mówienia. Zaczynamy przygodę w dniu, kiedy do szeregu Wojowników przyjęty zostaje Rembrandt, może nie jakiś wielki wojownik, ale człowiek bardzo dobrze radzący sobie ze street-artem, a jak wiadomo, znakowanie terenu w tej branży bywa niezwykle ważne. Tak oto zaczyna się przygoda i różnorodne misje, w których będziemy wcielać się w każdego ważniejszego członka naszej społeczności i wykonywać bardzo rozmaite zadania, które po drodze i tak wymagały będą obicia mordy kolesiom z przeciwnych gangów. A walka w tej grze jest niezwykle prosta, a daje niesamowitą prawdę, szczególnie gdy uda nam się wykonać kombinację specjalną, w której kierowana przez nas postać wykona dość brutalną sekwencję ciosów. Głównym centrum naszego gangu jest hangar w Coney, gdzie oprócz przechodzenia kolejnych misji możemy poddać się zadaniom pobocznym takim jak obrona terytorium, ćwiczeniu na siłowni, czy swobodnym zwiedzaniu małego kawałka dzielnicy. Dodatkowo w grze każdy etap można bezproblemowo powtarzać, a jest to potrzebne to odblokowywania kolejnych postaci do używania w trybach wieloosobowych, gdzie oprócz standardowych walk drużynowych dostępne są także fikuśne tryby polegające np. na zrzuceniu przeciwnej drużyny z dachu wielkiego budynku. Chodzenie po świecie również zostało wykonane bardzo fajnie, bo niemal z każdym obiektem leżącym na ziemi jest jakaś interakcja, koszami czy butelkami można rzucać, zaczepiać przechodniów, kraść radia z samochodów, czy obrabiać sklepy, gdzie dostajemy pieniądze za które możemy kupić I jest to chyba pierwsza gra w której policja nie denerwuje tak, bo spuszczenie jej wpierdzielu daje niezwykłą satysfakcję. W terenie możemy naszym towarzyszom wydawać różne akcje takie jak spuście każdego kogo spotkacie w5dol, schowajcie się w przed gliniarzami, czy podążajcie za mną. Kolejną ciekawą mechaniką jest malowanie tagów na ścianach i zamazywanie przeciwnego tagu, gdzie wykonujemy to przy pomocy prawego drążka maziając różnorodne kształty. Cała nasza historia kończy się wydarzeniami z filmu, gdzie musimy ociekać przed każdym gangiem, gdyż za nasze głowy wyznaczona jest nagroda. Muszę przyznać, że film obejrzałem dopiero kilka lat później po ograniu tej gry i klimat filmu jest tutaj niezwykle zachowany, z całą tą mroczną otoczką związaną z nieustającym pościgiem za naszymi bohaterami. Wszystko dodatkowo (po raz kolejny patrząc na poprzednie wpisy) zwieńcza potężna ścieżka dźwiękowa z Joe Walshem, czy Desmond Child na czele, które oczywiście znalazły się w grze. I to chyba właśnie ta gra jest moją ulubioną od Rockstara, po prostu gra się w to naprawdę przyjemnie i nie ma tego dennego zabijania ludzi, bo bójka kończy się tutaj zwykle utratą przytomności przez naszego oponenta. Prosta rozgrywka i system walki sprawiają, że to właśnie ta pozycja jest jedną z najbliższych mojemu sercu, jeśli chodzi o bibliotekę PS2 i dlatego ona znalazła się w tym zestawieniu na miejscu pierwszym.

Moja nostalgiczna podróż dobiega na razie końca. Muszę odpocząć trochę od mojej ukochanej czarnulki. Nostalgia jest fajna, ale trzeba z nią uważać, żeby co się nią nie przećpać, a nie ma chyba drugiej takiej konsoli, z którą miałbym tyle wspomnień, co właśnie z nią i nawet dzisiaj ponad 19 lat po swojej premierze wskazałbym ją bez mrugnięcia okiem jako jedną z najlepszym konsol w historii zaraz obok Nintendo Entertainment System, Sony PlayStation i GameBoy Advance. Zajebiste gry, miło wspólnej i samotnej rozgrywki. Lecz problemem PS2 jest fakt, że kojarzy mi się tylko z jednym uczuciem – przemijaniem. Jak już mówiłem, była to moja pierwsza konsola. Mówiąc bardziej obrazowo, spędziłem z nią ponad ćwierć życia. Ostatnimi laty jednak trochę ja zaniedbałem na rzecz laptopa i trochę nowszych tytułów. Wciąż jednak nie ograłem dużej maści tytułów AAA i to będzie mój cel na kolejne lata, dodatkowo powiększenie swojej jak dotąd bardzo małej kolekcji gier. A gdy to się już stanie, prawdopodobnie PS2 będzie miało już status młodszego Pegasusa i przyciągnie to młodszych graczy zainteresowanych grami z pierwszej dekady XXI wieku. Wam dziękuję za przeczytanie tego maratonu, niech moc będzie z wami. Amen.


Maraton PS2 [2/3] – Parszywa dwunastka

PlayStation 2 to konsola z fantastyczną biblioteką gier. Ponad 3,500 tytułów wydanych na przestrzeni 13 lat, mnogość tytułów niedostępnych na platformach konkurentów do tego wsteczna kompatybilność z poprzednikiem pomnażająca bibliotekę o kolejne tytuły. Stworzenie jakiejś listy najlepszy gier na tą konsolę to zadanie, które nie mam zamiaru się podjąć – zbyt wiele gatunków zawitało na tej konsoli, serii, które mnie nie pochłonęły. Nie ma szans, by moja lista debeściaków odwzorowywała stan faktyczny. Dodatkowo, jako że jest to materiał wspomnieniowy to raczej spróbuję rozmawiać o tytułach, które najbardziej zapadły mi w pamięć przed posiadaniem własnego egzemplarza konsoli, maksymalnie do 2 lat od zakupu (2016). Przedstawiam wam listę moich najbardziej nostalgicznych gier, nostalgicznych z różnych względów od razu zastrzegam, każdy przypadek będę zaraz szczegółowo omawiał, ale zdajcie sobie sprawę, że ten wpis nie będzie pokazywał tej konsoli od najlepszej strony w tym sensie, że nie będzie aż tyle gier uznawanych powszechnie za najlepsze, bardziej liczcie na mniej oczekiwane pozycje. A tak na marginesie, na tej liście są tylko 4 ekskluziwy, ale co poradzę, z większością z tych gier miałem najlepsze wspomnienia właśnie na czarnulce. Nie tracąc więc czasu na rozwlekanie tego co nieuniknione, czas zaprezentować pierwszy tytuł.

15. Metal Slug 3 (2014)

Pamiętam tą grę, gdyż była pierwszą jaką brat zaprezentował mi niedługo po przyniesieniu pożyczonego od kolegi egzemplarzu konsoli. Dostałem w dłoń drugiego pada i dostałem jedną z najbardziej zabawnych gier do wspólnego grania na jaką nigdy wcześniej trafiłem. Rozgrywka w tej grze jest niezwykle prosta, bo jest to niezwykle śmieszna kreskówkowa wersja Contry. Wybieramy wojaka i od razu zostajemy zrzuceni na plażę (Omaha(?)) i ruszamy niszczyć każdego przeciwnika na naszej drodze przy okazji zbierając różne znajdźki dawane nam przez pojmanych sojuszników. Naszymi przeciwnikami są głównie przygłupi żołnierze opozycji, chociaż znajdzie się też kilka egzotycznych oponentów z krabami czy plującymi ogniem rosiczkami na czele. Niszczenie kolejnych zastępów przeciwnika przy pomocy fajnego arsenału broni sprawiało mi masę frajdy, ale nic byłoby to bez dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest niezwykły humor produkcji, gdzie niemal na każdym kroku wylewa się dowcip, np. z przerażonych twarzy żołnierzy, kiedy nas zauważą, czy gdy po zebraniu odpowiedniej ilości jedzenia nasz heros staje się „ulany” i zamiast typowego noża używa widelca. Albo poziom drugi w którym możemy zostać zamienieni w zombie i pluć krwią po całym ekranie. Ostatnim aspektem gry są niezwykle fajnie pomyślani bossowie, którzy mimo że w wielu przypadkach wtórni to ich ataki szczególnie za pierwszym razem mogą być niezwykle nie do przewidzenia. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektórych planszach możemy wybrać kilka dostępnych ścieżek, co w rzeczywistości pozwala na przejście gry na kilka sposobów. Tak oto mamy przepis na grę, która idealnie sprawdzi się w piątkowy wieczór zamiast seansu nudnego filmu z telewizji, z kolegą, lub lepiej z koleżanką.

14. Raw vs. Smackdown 2011 (2010)

W pewnym momencie kilka osób z mojej osiedlowej „rodziny” dostało w pewnym momencie szajbę na punkcie profesjonalnego wrestlingu, gdzie co tydzień zasiadali do komputera oglądając akcje z tego świata. W Stanach ta branża rozrywki cieszy się bardzo wielką popularnością i w sumie nic dziwnego, bo nawet dla mnie wygląda to jakby dwóch superbohaterów dzisiejszych czasów walczyło ze sobą dla ubawu publiczności. Wiem, że to jest wyreżyserowane, czy nie prawdziwe… Ale jak można wyreżyserować lądowanie tych 150 kilowych potworów na sobie, nawet ci najmniejsi często latają po całym ringu, czasem okładając się stalowymi krzesłami i innym wyposażeniem. Dlatego w/w gra spełniała każdy sen takiego fana WWE, bo była produktem pełnym – składała się z wielu gal obecnych także w wrestlingu – był Royal Rumble, Eliminator Chamber, Ladder Match, stary wszystko! Dodatkowo w grze dostępnych było wiele popularnych wtedy wrestlerów z moim ulubionym Reyem Mysterio, czy chyba najbardziej popularnym John’em Ceną. Ile razy tworzyłem siebie za pomocą kreatora, a potem dołączałem do rozgrywających się meczy pomiędzy botami, które po kilku chwilach masakrowałem swoim finisherem. I to właśnie był chyba kolejny element, który dodaje tej branży i co za tym idzie grze tego smaczku – te właśnie kończące ruchy, ostateczne ciosy dla naszego oponenta, po których pada na ring i mamy czas na przypięcie go i wygranie pojedynku. Fajny był także tryb „kariery(?)”, który oprowadzał nas po wszystkich wydarzeniach w ciągu roku wydarzających się w świecie WWE. To właśnie tam z czasem odblokowywało się kolejnych wrestlerów, które urozmaicało wszystkie pozostałe tryby, szczególnie mój ulubiony Royal Rumble. Gra była idealnym spadkobiercą PC-owego WWE Impact, które było jednak strasznie ograniczone i nie posiadało tyle zawartości, co w/w tytuł.

13. Prince of Persia: The Two Thrones (2005)

Od dawna miałem jakąś słabość do zjawiska posiadania swojego „alter-ego”, swojej złej strony, która będzie przeciwieństwem tego, co prezentujesz na co dzień. I takie są Dwa Trony, ostatnia część trylogii Piasków Czasu Księcia Persji, który jakoś nie podpasował mi podczas ogrywania go na Pegasusie, nie lubię gier, gdzie często trzeba zasuwać na tzw. „popierdolca”, a też gameplay w tamtej produkcji nie postarzał się w mojej opinii za dobrze. Wracając do części z 2005 roku nasz książę w wyniku kontaktu z jakimś starożytnym artefaktem dostaje znamię jak Jin Kazama z Tekkena na prawym ramieniu przez które od czasu do czasu nad jego ciałem i zyskuje on nowe metody poruszania się, a także eliminacji wrogów. Dodatkowo dochodzą skutki wydarzeń z Piasków Czasu i Duszy Wojownika. Sam książę w wyniku wydarzeń wydoroślał i dorósł, nie był już tylko prostą kalką Alladyna, czy innego bohatera baśni 1000 i jednej nocy. Opowieść nabrała mrocznego charakteru, co widać po często bardzo brutalnych zabójstwach przeciwników podczas walki, szczególnie będąc alter-ego księcia. Ulepszono system walki, który sprawił, że walki przestały przypominać masowy gangbang, co było niezwykle denerwujące w Piaskach Czasu. Ale sama seria nie byłaby sobą bez swojej akrobatyczno-platformowej otoczki, którą osobiście uwielbiam. To bieganie po ścianach i skakanie po półkach zawsze mnie jarało i przyjemniej robi mi się to w Księciu, niż w spadkobiercy – Assassin’s Creed. Ogólnie bardziej podobała mi się przez to ta mroczna część bohatera, z łańcuchami, które wprowadzały nowe elementy do w/w aktywności. Denerwował mnie jedynie w tej postaci fakt, gdyż tam z czasem życie naszego bohatera spada, a podleczyć można się tylko mordując kolejne zastępy przeciwników. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niszczenie skrzyń i innych pierdół też zwraca nam trochę zdrowia, prawdopodobnie ta gra byłaby już przeze mnie ukończona, a jak na razie czeka na swoją kolej, kiedyś.

12. NBA 2K11 (2010)

Koszykówka, jedna z wielu dziedzin sportowych, które mnie zawsze fascynowały, ale z prawdziwą grą już bywało słabo, głównie z powodu braku talentu, zaangażowania i wzrostu, ale od czego są gry wideo i jeśli chodzi o tą dyscyplinę sportu, to do głowy przychodzi mi tylko jeden tytuł – NBA 2K11. Rozgrywka tam była niezwykle prosta i w sumie nie ma co głupiemu tłumaczyć, o co w koszykówce chodzi. Dla mnie jednak była to pierwsza dłuższa przygoda z grą wideo opisującą inny sport niż piłka nożna, co dla typowego człowieka może być dziwne, ale ja byłem bardzo zdziwiony, jak skomplikowana i złożona to jest gra – obrona strefowa, zakładanie zasłon, rzucanie osobistych. Wszystko w akompaniamencie bardzo charyzmatycznego komentarza Kevina Harlana i Clarka Kellogga, którzy nadają podczas meczu niesamowitą atmosferę. Do tego wybór dowolnej drużyny z draftu i rozgrywanie nią sezonów, jak w FIFIE, gdzie wśród zawodników figurował nasz polak rodak Marcin Gortat, który niestety nie doczekał się w tej wersji komentarza. Ale całą esencją tej gry jest miodny gameplay, który tworzy z tej gry pozycję bardzo grywalną, nawet nie dla fanów tego sportu. Uwielbiam stosowanie taktyk i przedzieranie się przez obronę rywala tylko po to, aby wykonać narzędzie ostatecznego ro5dolu – WSAD, który jest bardzo piękną formą zdobycia punktów dla swojej drużyny, szczególnie, gdy dodany został obrót, czy przełożenie pod nogą w locie. I to zawsze do tej gry udawałem się, gdy byłem niepocieszony po W-Fie, bo przynajmniej tam mogłem święcić swoje mały triumfy.

11. Resident Evil 4 (2004)

Z tą grą kojarzą mi się dość nieprzyjemne wspomnienia, gdyż przy pierwszym odpaleniu znienawidziłem ją z powodu debilnego sterowania i dość strasznego klimatu. No bo wyobraźcie sobie mnie siedzącego te kilka lat temu przed konsolą patrzącego na głównego bohatera, który chodzi z kołkiem w dupie i jest atakowany przez jakiś dziwnym rednecków. Gra dość szybko zniknęła z czytnika PS2, lecz postanowiłem po kilku latach zmierzyć się ponownie z tym tytułem. I naprawdę było ciężko, bo kontrolowanie Leona jest naprawdę dziwne, celuje się przy pomocy R1, a strzela X-em. WHAT WERE THEY THINKING? Ale gdy przejdziemy przez tą barierę mamy do czynienia z bardzo dojrzałą opowieścią, w której musimy uratować córkę prezydenta, która jest przetrzymywana w wiosce na jakimś pustkowiu. Problemem w tej produkcji był dla mnie fakt, że nigdy nie wiedziałem, gdzie iść, szczególnie, gdy trafiałem na dwie ścieżki, które prowadzą do dwóch różnych miejsc. Ale sama walka i ten element przetrwania i oszczędzania amunicji był całkiem fajnie pomyślany, na początku ważną umiejętnością była nauka walki nożem lub wykorzystywania różnych elementów otoczenia do walki, szczególnie w późnych elementach, gdy w miejscach głowy niektórym wieśniakom zaczną wyrastać ostrza, do których lepiej się nie zbliżać. Dodatkowo te klimatyczne walki z bossami, gdzie każdy typowo ma swoje słabe punkty, które trzeba wykorzystywać. I te memy z Leonem jedzącym każde zielone ziele, które przejdzie przez jego ręce. To tworzy naprawdę ciekawą pozycję, której kiedyś może podejmę się znowu.

10. Need For Speed: Most Wanted (2005)

Przez wielu nazywana najlepszą grą z serii i osobiście pewnie mógłbym się zgodzić, ale przepraszam, dla mnie lepszy i bardziej klimatyczny był pierwszy Underground, szczególnie, że to w niego nagrałem się najwięcej, bo MW nie chodził u mnie tak dobrze i pierwszy raz ukończyłem go na PS2. Zatem witamy w Rockport, mieście w którym kobiety noszą skąpe topy, a wszystkie pojedynki rozstrzyga się tylko w jeden sposób, wiadomo jaki. Fabuła jest tutaj tak znana, że chyba nie trzeba się na jej temat w ogóle wypowiadać, trzeba po prostu wygrywać z każdym, kto stanie nam na drodze w wirtualnym mieście. Do użytku dostało się tyle nowych samochodów względem dwóch wcześniejszych instancji, szczególnie mój ulubiony Dodge Viper SRT10, chociaż moim pierwszym wyborem zwykle był Lexus IS300, głównie przez to, że na Golfa nie miałem kasy. Tuning w tej edycji trochę zbiedniał w porównaniu do poprzednika, chociaż ja nigdy nie lubiłem U2 z powodu nakazu zainstalowania jakiś pierdół, które użyć można było ewentualnie w tych zdjęciach do magazynów. W Most Wanted dostajemy dość małą ilość komponentów do naszego samochodu, ale wystarczającą dla każdego, przecież i tak głównie liczą się osiągi naszego auta. To tutaj po raz pierwszy od rewolucji w serii wprowadzono pościgi policyjne, które naprawdę dodawały do gry dużo smaczków, większy sens miała fabuła, gdzie oprócz pokazana się w starciach z innymi kierowcami musieliśmy wykazać się także zdolnością nawigowania po mieście i spełniania różnych celów podczas wyścigu, które dawały nam tzw. Notowania. I nie można zapomnieć o zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej, gdzie królował Nine Thou, czy inny Hand of Blood. I mam nadzieję, że gdy ewentualnie będę miał samochód i odpalone radio to żaden z tych utworów się nie odtworzy, bo może skończyć się to naprawdę niedobrze…

9. Call of Duty 2: Big Red One (2005)

Opowiada historię o żołnierzach z 1. Dywizji Piechoty, ale także pokazuje potencjał czarnulki do tego typu gier, bo warto wspomnieć, że w tym samym roku wyszła 2 część cyklu Call of Duty, przez którą większości graczy pospadały kapcie. Sam podtytuł sugeruje jednak, że jest to gra z własną historią i pomysłem na siebie, bo w porównaniu do poprzednich części tutaj od początku do końca wcielamy się w członka oddziału, który infiltruje z czasem różne lokacje na świecie. Gra rozpoczyna się w Afryce, gdzie przyjdzie stanąć nam do walki z oddziałami generała Rommla, zaszturmujemy Sycylię w operacji Husky, a cała akcja zakończy się przekroczeniem linii Zygfryda, która otworzy nam drzwi na Berlin. Samo zastosowanie jednej kampanii wyszło grze na dobrze, bo naprawdę da się przywiązać do swoich towarzyszy broni, gdzie każdy ma swój charakter i osobowość oraz fakt, że wiele głosów zostało tutaj podstawionych przez aktorów z serialu Kompania Braci, co nadaje niezwykły klimat całej rozgrywce. Bardzo podoba mi się też fakt, że użyto w tej edycji apteczek, które wyśrubowują trochę poziom trudności, ale według mnie lepsze jest to niż samoregeneracja jak w części na PC (W ogóle wyobrażacie sobie taką wojnę, w której żołnierze mieliby takie umiejętności?). Jest tu także kilka unikalnych broni, bo do dyspozycji są także karabiny francuskie, czy włoskie, więc jak ktoś nie lubi Thompsona czy MP40 to można pobawić się czymś innym. Oprócz chodzenia w butach żołnierza dane będzie nam także wsiąść za stery amerykańskiego Stuarta, czy niemieckiego Panzera IV. Dodano jest także kilka oskryptowanych wydarzeń, które dodają filmowości. Wszystko to złożone do kupy dawało grę, przy której nie jeden wieczór zleciał jak z bicz strzelił.

8. The Godfather (2006)

Z tą grą kojarzy mi się zawsze jedno wydarzenie – niedoczytywanie mapy. Wszystko z powodu porysowanej płyty na której znajdowała się gra, co sprawiało że przejście jakiejkolwiek misji w niektórych przypadkach powodowało długie czasy doczytywania, gdy gra w ślimaczym tempie próbowała dorysować kilka metrów przed nami i wyrwać nas z tego letargu w który wpadliśmy. Z drugiej strony jednak była to jedna z najlepszych gier GTA-podobnych na jaką można trafić. Sama fabuła też nie była taka zła, bo przeplatała się z wydarzeniami z książki/filmu i często lądowaliśmy w środku akcji – to my zawoziliśmy rannego Vito Corleone do szpitala, to my podkładaliśmy Michaelowi broń w toalecie restauracji. Z każdym zadaniem widać rosnącą coraz bardziej naszą pozycję w rodzinie, ale także Nowym Jorku. Wszystko podsyte także smaczkami, które nie występowały w produkcji Rockstara np. system chowania się przy ścianie i innych gładkich powierzchniach. Dodatkowo system zdobywania interesów, a co za tym idzie – manipulacja właścicielami, żeby zapłacili jak najwięcej, czy system modyfikacji broni, który pozwalał ulepszać każdą z dostępnych w grze broni, który ułatwiał grę, ale także pozwalał z mało lubianych broni robić bardzo dobre maszynki do zabijania. Jednym z problemem gry był bardzo mała różnorodność pojazdów, bo w grze jest ich jakoś 6, co jest liczbą bardzo małą patrząc na fakt, że do dyspozycji dostajemy bardzo duże miasto. Fajnym smaczkiem były także zlecenia morderstw „grubych ryb” w konkurencyjnych rodzinach, gdzie przy większości, żeby otrzymać więcej pieniędzy musimy zabić w konkretny, często niekonwencjonalny sposób np. wrzucić go do komina, czy z dachu. Moim ulubionym zajęciem w tej grze było zdobywanie interesów i patrzenie, jak mapa zmienia się pod wpływem naszych działań – odbijanie melin, magazynów, czy posiadłości Rodzin – to właśnie sprawia, że ta gra jest taka miodna i mam do niej taki sentyment.

7. Shadow of Rome (2005)

Jest źródłem słodko-gorzkich wspomnień. Główną otoczkę stanowi tutaj dość ważne wydarzenie w historii Starożytnego Rzymu – zamordowanie Juliusza Cezara w 44 r.p.n.e. W grze wcielamy się łącznie w dwóch przyjaciół – Oktawiana i Aggrippę, pierwszy z nich jest bratankiem zamordowanego, który przeprowadza dochodzenie w w/w sprawie. Aggrippa to jest początkowo rzymskim legionistą, lecz z czasem staje się gladiatorem w wyniku spisku uknutego przez spiskowców. Grę osobiście można podzielić na dwie dość odmienne gry. Z jednej strony sterujemy Oktawianem, podczas której gra zamienia się w typową skradankę, gdzie musimy się ukrywać przed legionistami(L) i innymi ludźmi i każdym etapem wiemy coraz więcej o spisku wokół morderstwa. Te etapy pamiętam na samym początku gry bardzo mnie odrzuciły, bo nigdy nie lubiłem tego typu etapów, bo giniesz w ciągu sekundy i cały, często długi etap musisz powtarzać od nowa. O wiele więcej mogę opowiedzieć o drugiej części gry w której sterujemy gladiatorem Aggrippą, które były typową nawalanką z innymi gladiatorami na często wymyślonych zasadach i różnych trybach, od klasycznego pojedynku z tuzinami przeciwników przez te z dzikimi bestiami aż do trybów w którym mieliśmy pokonać więcej niż konkurent. A sposobów likwidacji było multum przy pomocy różnych rodzai broni – od miażdżenia głów po obcinanie rąk, czy w końcu głowy – posoka leje się przez cały czas i to jest chyba to, co dzieciaki w moim wieku lubiły najbardziej.

6. FlatOut 2 (2006)

To kolejna gra z typu ‘nie mogę zagrać na komputerze, to sobie ogram na PS2’ oraz gier ogrywanych u kolegów. I gdy w końcu na własnej skórze mogłem bez ingerencji kolegów zagrać w ten tytuł przekonałem się, jakie to dobre. To bardzo dobre wyścigi z nutką wielkiego roz5dolu, który może się tam zadziać, gdy spróbujemy twardo porywalizować z przeciwnikami i poniszczyć się nawzajem. A nawet nasi przeciwnicy dostali tutaj trochę charakteru, gdyż wykreowano 7 oponentów, którzy będą mierzyć się z nami w każdych zawodach, przy czym każdy specjalizuje się w innych typach rozgrywki – jedni miażdżą wszystkich w Derby, inni prześcigają resztę w normalnych wyścigach. A te wyścigi to piękna sprawa, że chętnie spróbowałbym tej rozgrywki na kierownicy, bo w sumie granie na analogach nie potrafi tak dobrze oddać tych wszystkich niuansów. Trasy, mimo że są kompletnie wymyślone to sprawiają wrażenie bardzo dobre i klimatyczne, do dziś moją ulubioną jest ta w której ni z gruchy czy pietruchy przejeżdżamy przez środek centrum handlowego niszcząc przy tym każdą ławeczkę czy kwiatek. To właśnie ta miodność rozgrywki sprawia, że w FlatOut 2 gra się tak niezwykle przyjemnie. Wszystko dodatkowo podsyte innymi trybami rozgrywki, w których prym wiodą zawody polegają na zabawę system wystrzeliwania naszego kierowcy przez przednią szybę – pogramy tak sobie w Rzutki, czy Skok Wzwyż, ale także poniszczymy się bardziej na Derbach, czy fikuśnych torach w kształcie 8semki, czy ślimaka. Wszystko zwięczone genialną ścieżką dźwiękową porównywalną do tej z najlepszych części serii Need For Speed.

5. FIFA 14 (2013)

Czyli najlepsza możliwa wersja na silniku FIFY 07. Jako że PS2 sprzedawało się nieźle to nawet w czasach siódmej generacji dostawało najnowsze wersje FIFY, które coraz bardziej odbiegały od wersji na młodszą generację. Ostatnią była właśnie 14 i w czasie zakupu PS2 była ona nawet najnowszą odsłoną serii, także lakonicznie można się śmiać, że w końcu miałem jakąś nową grę. Rozgrywka jest równie drewniana co w poprzednich częściach cyklu, ale przy tym niezwykle prosta, bo żeby wykonać pressing, by odebrać piłkę, naciskasz guzior, a zawodnik od razu rusza do ataku na przeciwnika. Podania są niezwykle nijakie, wykonanie jakiegokolwiek prostopadłego to dobra droga do straty piłki, ale cała otoczka była niezwykle fajna. Sezon 13/14 to pierwszy sezon BBC w Realu, czy Neymara w Barcelonie. Ale FIFA nie byłaby tak uwielbianą przeze mnie grą, gdyby nie tryb menedżerski, który i tutaj znajduje się w pełnej okazałości żywcem wzięty z 07 i drobnymi łatkami w postaci Punktów Sławy Menedżera i rosnącego stopnia okazałości. To właśnie tutaj rozegrałem swoją najlepszą karierę w życiu podnosząc spadkowicza Championship – Yeovil Town w trzy lata do najwyższej klasy rozgrywkowej i niedługo potem z drużyny półtora-gwiazdkowej drużynę pięciogwiazdkową, gdzie podpisywałem kontrakty z młodymi wtedy takimi gwiazdami jak Griezmann, Pogba, czy Lewandowski. Problemem w tym wypadku był jednak fakt, że często wiele drużyn nie wykonywało żadnych ruchów na rynku, przez co nie mogli oni sprzedawać swoich zawodników, gdyż brakowało im kadry. Jednakże były to małe detale, które rzadko wpływały na grę przez co FIFA 14 w wersji na czarnulkę mówiąc po piterusowemu jest w jakimś ścisłym TOP najlepszy gier z serii FIFA w ogólności.

4. Grand Theft Auto: Vice City Stories (2007)

Ta gra jest niezwykle historyczna, bo była pierwszą, którą nakarmiłem system odtwarzania gier z pendrive’a i jedną z pozycji dla której kupiłem wielokrotnie wspominaną konsolę. W momencie zakupu byłem wniebowzięty, ponieważ uważałem wtedy Grand Theft Auto za serię sprawiającą najwięcej frajdy i zawsze ciepło wrzucić się w wir kolejnej przygody, zwłaszcza, że jest to Vice City, czyli jedno z moich ulubionych miast. Przechodziło się kolejne misje niezwykle fajnie, bo było do czego postrzelać i nie brakowało humoru. Ogrywając po latach jednak zastanawiam się dlaczego, bo teraz, gdy nie mam takiej fazy na gry z uniwersum GTA to VCS wydaje mi się strasznie słabiutki, bardziej taki zestaw misji do VC, ale po kolei: po pierwsze primo, fabuła w tej grze jest niezwykle drętwa, bo Victor wstępuje do wojska, żeby mieć hajs na leki dla swojego chorego brata, lecz szybko zostaje wy5dolony z powodu postaci do której od początku nie mamy szacunku plus dodatkowo przewija się tam Lance Vance, czyli jedna z bardziej nielubianych przeze mnie postaci w całej serii. Z fajnych smaczków to Vic potrafi pływać, co prawda przez tylko kilka chwil, ale po zrobieniu pewnej misji staje się to nieograniczone, wprowadzono kupowanie interesów, ale zamiast unikalnych interesów wprowadzono możliwość budowania jednego z kilku predefiniowanych typów tych budynków. Samego klimatu w tej grze w ogóle prawie nie czuć, chociaż miło wspomina się koncert Phila Collinsa, przejazd ciężarówką wojskową do Fortu Baxter z początku gry, czy nawet jingiel z menu gry, który wpada w ucho jak w sumie każdy motyw przewodni z tej serii. Jednak mimo tych wszystkich wad, które odkryłem przechodząc ją po raz kolejny nie mogę jej zarzucić braku nostalgii czy wspomnień z tamtego momentu, gdy wracałem w piątek do domu, odrabiałem lekcje na następny tydzień i wieczorem dawałem się ponieść tym wszystkim emocjom związanym z ogrywaniem tej gry.

Na dziś starczy tego dobrego. Do omówienia została mi nostalgiczna Święta Trójca oraz kilkanaście gier, które z najróżniejszych przyczyn nie znalazły się na tej liście, a należy poświęcić im dwa słowa. Dobra, dwa zdania. Lepiej – poświęcić im nieco uwagi. Chciałbym zachęcić także do dzielenia się wspominkami z omawianymi wyżej tytułami, ale także swoimi własnymi. Nie zatrzymuję was dłużej, niech moc będzie z wami.


Maraton PS2 [1/3] – Historia i wspominki

Pierwsze PlayStation zrodziło się niemalże znikąd, koncepcyjnie będąc na początku jedynie przystawką mająca na celu umożliwiać SNESowi odpalanie gier z nowych wtedy płyt kompakowych. Los chciał, że współpraca Nintendo i Sony została zerwana, a ci drudzy nie porzucili prac nad tą zabawką, która ostatecznie okazała się czarną owcą piątej generacji konsol, gdzie dosłownie pozamiatała Saturna i Nintendo 64. Dla wielu ludzi stała się także pierwszym odtwarzaczem płyt kompaktowych, gdyż taką funkcję zaimplementowano w szaraczku, jako chęć zrobienia z niej czegoś więcej niż tylko kawałku plastiku do postawienia pod telewizorem. Graczy przyciągało bardzo dobrze wspierane 3D, a także wiele ekskluzywnych gier takich jak Tekken 3, Gran Turismo czy Medal of Honor. Wszystkie te cechy pozwoliły mu stanąć na wyżynie swoich ery z wynikiem 102 milionów sprzedanych egzemplarzy. Konkurencja jednak nie będzie siedzieć z założonymi rękami, kiedy sprzed nosa zabierany jest im kawałek tego konsolowego tortu. Pierwsze przecieki o następcy kultowego szaraczka zaczęły dobiegać już w 1997 roku, a PlayStation2 trafiło do sklepów w marcu 2000 roku, niemal z miejsca stając się najgorętszym sprzętem na rynku. W nadchodzącej serii wpisów na Wrzosowisku chciałbym oddać hołd kultowej Czarnulce i jej bogatej bibliotece gier, gdzie wiele z nich ukształtowało mnie jako gracza.

PlayStation2 było moją pierwszą własną konsolą do gier, a więc co za tym idzie był to pierwszy sprzęt do grania nad którym miałem pełną władzę i to ja rozdawałem karty. Sprzęt dorwałem niestety na lata po okresie świetności dlatego nie ma co się rozwodzić, jak to nie czekałem na premiery gry na nią, bo już wtedy byłem po premierze ostatniej gry na ten sprzęt. Nie powiem jednak, że żałuję, że w takim momencie zdecydowałem się na taki ruch, od urodzenia niemal zawsze z grami byłem tak z jedną, dwie, maks trzy generacje do tyłu. Kiedy ludzie ogrywali swoje własne czarnulki, ja co najwyżej skakałem Mario na głowy żółwi, kiedy premierę miało PS3, ja dopiero jeździłem Viperem na Laguna Seca w GT2, zatem kiedy ja w końcu dorwałem własną czarnulkę, ludzie zagrywać się mogli już na PS4, które premierę miało kilka miesięcy wcześniej.

Pierwsze poważniejsze styknięcie z PS2 miałem podczas mody kupowania jako prezenty tej konsoli. Normalnie niemal każdy kolega lub dalszy młodszy członek rodziny był bombardowany przez swoich rodziców konsolą w wersji Slim z dodatkowym pakietem gier w edycji Platinum, która wtedy zaczęła być wydawana, jako ostatni zastrzyk dla powoli dogorywającego urządzenia. A we mnie coś zgrzytnęło, bo po raz pierwszy ujrzałem konsolę na której widać graficznie ulepszone sequele gier z pierwszego PlayStation. Widok Tekkena 5 wbił mi się wtedy w pamięć niczym walka Asha z Clair z pewnego odcinka Pokemonów.

Z czasem jednak stanąłem przed dylematem – brak nowych tytułów wynikający ze słabych bebechach mojego ówczesnego komputera, który był tak słaby, że nawet z GTA SA miewał problemy o jakimś Carbonie nie wspominając. Na PS2 ukazało się trochę portów gier, które na moim komputerze nie miały powodzenia nawet uruchomić się, a co dopiero działać jak należy. Pamiętam jednak nie przyjęło się to z aprobatą mojego starszego brata, czy dobrego znajomego, którzy zgodnym chórem mówili ‘Panie, po co ci ten badziew. Pozbieraj trochę i kupisz sobie PS3, a tam takie giereczki, że łohoho!’. Jednak ja jak to ja się nie posłuchałem, bo zacząłem już wtedy na aukcjach szukać używanych czarnulek, gdzie ważnym elementem stała się karta z wgranym na nią oprogramowaniem do odpalania ‘kopii zapasowych’. Nie chciałem popełnić tego samego błędu, co dwa lata wcześniej przy zakupie GameBoya Advance, gdzie po kilku dniach zacząłem nudzić się z powodu braku gier poza tymi dołączonymi przez sprzedającego. Tak oto niemal po kilku dniach pod koniec lutego 2014 roku trafiła do mnie konsola PlayStation2 w wersji FAT, z pełnym okablowaniem, jednym padem i grą – Hitman: Contracts w języku niemieckim. Dosiadłem się więc do PS2ójkowego pociągu już po oficjalnym końcu produkcji tej konsoli zakończonej na przełomie 12/13. Pamiętam jak dziś podpinanie tego cudeńka do 15 calowego telewizorka, który wówczas stał w moim pokoju, wszystko działało jak marzenie, od razu na tę okazję pobrałem GTA Vice City Stories oraz Need For Speed Carbon jako pierwsze gry do przetestowania systemu wgranego na kartę pamięci – FreeMCBoot, który pozwalał odpalać gry z pamięci przenośnej.

Kilka nowości czarnulka wprowadzała, m.in. pady dołączane do konsoli, mimo że niemal stuprocentowo zerżnięte od szaraczka, to posiadały pewną nową funkcję tzn. analogowe przyciski, czyli takie reagujące odpowiednio na stopień wciśnięcia przez grającego oferujące uczucie precyzji przydatne np. w grach wyścigowych. Problemem jednakże tej konsoli był fakt, że nie oferowała możliwości zagrania po sieci, a wyszła w czasach, gdzie w czy to amerykańskich, czy polskich domach zaczął gościć już stabilny internet. Możliwość gry po sieci dawał wydany w 2002 roku Network Adapter rozszerzający konsolę o porty Ethernetowe i Modeme, który był o wiele prymitywniejszy niż usługa XBOX Online, która udostępniona została na pierwszej konsoli Microsoftu. Dodatkowo ten gadżet posiadacz wersji FAT musiał sobie dokupić, chyba że miał wersję Slim, w której Network Adapter był wbudowany fabrycznie. Cała jednak odpowiedzialność, żeby gry obsługiwały to ustrojstwo spadła na programistów, bo Sony nigdy nie wprowadziło usługi podobnej do tej na XBOXie, także granie po sieci na PS2 było jedną wielką niszą. Kolejnym fajnym zabiegiem była wsteczna kompatybilność ze swoim starszym bratem, bo PS2 mogło odtworzyć wszystkie lub niemal wszystkie gry na pierwsze PlayStation, a dodatkowo obsługiwało karty pamięci i kontrolery z tamtej konsoli. Warto także wspomnieć, że czarnulka kontynuując politykę firmy Sony, oprócz bycia konsolą do gier była dla wielu także pierwszym dla wielu odtwarzaczem płyt DVD, które stawały się popularne na początku XXI wieku. Ja osobiście nigdy nie byłem fanem tego formatu, bo zawsze denerwowały mnie niepotrzebne menusy przez które się trzeba przebijać, żeby obejrzeć film.

Według mnie największą zaletą PS2 jest fakt, że na tę konsolę są po prostu zajebiste gry. Tytułem przełomowym dla mnie było GTA Vice City Stories, które miałem okazję trochę ograć pół roku wcześniej na PSP znajomego, które koniec końców miałem kupić, lecz w wyniku pewnych komplikacji tak się nie stało, więc szukałem sposobu też na ukończenie tej gry, gdyż ewidentnie miałem wtedy fazę na gry od Rockstara. Emulator na komputerze odpadał, bo raczej nie chodziłoby to w znośnym klatkarzu, więc pozostawało tylko PS2. Sama gra mechanicznie znajdowała się gdzieś pomiędzy San Andreas i Liberty City Stories, bo niby Vic potrafił pływać, ale tylko przez kilkanaście sekund zanim nie utonął, ale koniec końców uważam ją za jedną z lepszych części z serii, bo samo przejmowanie interesów przypominało mi trochę Ojca Chrzestnego (chociaż więcej ołowiu, niż negocjacji), a historia domykała mi kilka wątków zakończonych w Vice City. Na GTA się nie skończyło dlatego dla mnie konsola wywołuje pewną młodzieńczą nostalgię, bo mogłem na niej przeżyć to, co bogatsze koledzy kilka lat wcześniej, kiedy byłem jedynie obserwatorem ich działań w tych grach. Pamiętam jakby to było wczoraj – będąc w gimnazjum wracałem po południu do domu, chwilę odpoczywałem po czym brałem się za lekcje i odrabiałem wszystko, co mogłem, żeby potem móc od piątkowego wieczoru i przez kolejne dwa dni móc grać na mojej własnej konsoli w GTA, FIFĘ, czy NFS. Jeśli ktoś nie rozumie czemu tak podniecam sprzętem, który już legalnie może kupić sobie alkohol to współczuję(?). Oczywiście wszystkie te elementy nie miałyby sensu bez dobrego doboru gier, bo w takim wypadku konsola maksymalnie po kilku miesiącach zbierałaby kurz. Co prawda zdarzało mi się wracać i odstawiać PS2 na trochę np. pod wpływem LU-DM, ale zawsze co jakiś czas magia tej konsoli namawiała mnie do zasiądnięcia po raz kolejny i zagrania w te klasyki. Pewne dlatego czarnulka jest tak bliska mojemu sercu, jak wcześniej wszelkiego rodzaju Pegasusy.

Wielu ludzi potrafi z perspektywy czasu hejtować PS2 i narzekać, jakie to koszmarne porty PC-owych gier potrafiły wychodzić na tę konsolę np. NFS Carbon, gdzie podczas wojny drużynowych do pojedynku z nami staje tylko dwóch oponentów, gdzie na PC było ich aż 6-ciu. Czy zmiażdżony w wielu recenzjach port Splinter Cell: Chaos Theory, który był lata świetlne za swoim odpowiednikiem na PieCu. Niestety PS2, jest jedną z najsłabszym konsol swojej generacji, jeśli chodzi o specyfikację, GameCube i XBOX biły ją na głowę w niemal każdym aspekcie, a wiele serii ukazało się na tej konsoli co najwyżej z jakimiś spin-offami będącymi o klasę niżej grami, niż oryginały. Ale osobiście mi to nie przeszkadza, bo jak wiecie wcześniej pojedynki ze słabą grafiką miałem już we krwi po latach doświadczeń. A każdy biedniejszy port, czy spin-off był dla mnie okazją do zapoznania się z czymś nowym i możliwościami mojej konsoli. Takie wydane w 2005 CoD 2:Big Red One, uważam za bardzą dobrą grę, mimo że sporo jest brakuje do CoDa 2. Na obronę PS2 mogę jedynie dodać, że porty GTA3, VC i SA w moim mniemaniu wyglądają lepiej na czarnulce niż na PeCecie, bo jakieś takie lepsze oświetlenie i przyjemniejsze dla oka. Nigdy nie odczułem jednak, że czegoś na tej konsoli mi brakuje, wyszło wiele części NFS czy GT4, jeśli chciałem się pościgać, jeśli chciałem dobrego RPG to miałem Final Fantasy. Trochę ominęło mnie katowanie God of Wara, ale to głównie z faktu, że wszelkie edycje tej gry kraszują się w pewnym miejscu w wyniku zbyt wolnego wczytania pamięci z USB (USB 1.1 :<). Przez to ograniczenie ominęło mnie także kilka innych gier m.in. Tekken Tag Tournament, Half-Life, czy Battlefield2: Modern Combat, ale będąc już starszym myślę, że i na nie przyjdzie czas, oczywiście w wersji pudełkowej.

Czasy szóstej generacji konsol to także wielkie narodziny gier z otwartym światem, gdzie pojawiło się wiele konkurentów dla już wtedy popularnej marki Grand Theft Auto oferujący wielkie miasta, strzelaniny i rozwałkę np. True Crime czy DRIV3R, jednakże wiele z nich nie mogło równać się z produkcjami mistrzów. Pod koniec życia PS2 wychodziło też sporo gier stawiających na niszczenie otoczenia m.in. Just Cause czy Mercanaries, a do tego FlatOut2, czy BurnOut3. Dzięki takim zabiegom wiele gier zostało wzbogaconych o imersję. Jedną z ważniejszych premier tamtego czasu była ostatnia gra wydana na PS2 – we września 2013 roku FIFA 14, dzięki czemu przez chwilę mogłem poczuć wrażenie, że gram w coś zupełnie nowego, bo mam aktualne składy z tymi w rzeczywistości (chociaż w sumie już było zimowe okienko transferowe). FIFĘ tą uważam za najlepszą wersję 07 na tą konsolę, wiele mechanik zostało rozbudowanych o te pojawiające się na PS3, a także mnogości licencji, gdzie nawet każdy klub z Ekstraklasy miał swoje własne licencjonowane stroje. O tej jednak chciałbym opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu.

Według mnie PS2 trafiła do mnie w idealnym dla siebie czasie, bo był to okres przejściowy pomiędzy starszymi grami na starym komputerze, a tymi nowymi na laptopie, który otrzymałem w końcówce 2016 roku. Zapoznał mnie z grami, które na moim sprzęcie nie miały nadziei dobrze się uruchomić. PS2 było dobrze nastawione na wspólne kanapowe granie, jednak osobiście nigdy nie miałem większego etapu w którym grywałem z kimś w ten sposób, bo skończyło się na kilku partyjkach z kolegą w LEGO Indiana Jones, czy ten padaczny tryb wieloosobowy dla GTA SA. Niemożna jednak odmówić tej konsoli miejsca w świadomości graczy, gdzie do dzisiejszego momentu żadnej konsoli nie udało się pobić rekordu sprzedaży wynoszącego 155 milionów sztuk. Zebrane razem Dreamcasty, XBOXy i Gamecuby razem zgromadziły ledwo powyżej 1/3 tego wyniku.

Rozważania o PS2 nie byłyby kompletne, gdyby nie zawierały listy najlepiej wspominanych przeze mnie tytułów. Uzbierałem takich.. 15, więc pozwolę sobie z nich sklecić osobną notkę. Mimo początkowych obaw PS2 kupiona przeze mnie w lutym 2014 służy mi do dziś i bezawaryjnie służy mi do dnia dzisiejszego, jedynie pad dołączony przez poprzedniego właściciela posiada już kilka przycisków niedziałających, ale zdążyłem zaopatrzyć się już w zamiennik. Przeciorałem na tej konsoli kilka tysięcy godzin i osobiście uważam pady do tej konsoli za jeden z najlepszych designów ostatnich lat. Sprzeciwy proszę w komentarzach :).

Wbrew temu co mógłby sugerować zakup jeszcze nie ukończyłem dołączonego do zestawu Hitmana, bo jest to gra niezwykle trudna do ukończenia i wielce precyzyjna, siadłem w ostatnie wakacje do niej, lecz udało mi się ukończyć jedynie 2/3 całej gry, lecz na pewno kiedyś ta twierdza polegnie. Do mojego „bogatego” zestawu gier należą jeszcze GTA3 kupione przeze mnie w sierpniu 2015, ukończone na 100% jakoś w styczniu, Shadow of Rome z stycznia 2016, ukończone po kilku tygodniach oraz GTA Vice City zakupione we wrześniu 2016, ukończone w lutym 2017. Jak widać moja kolekcja gier nie jest wielka, lecz każdy nowy tytuł próbuję ukończyć na 100%, żeby jak najlepiej oddać się rozgrywce każdej gry.

Oficjalna historia PS2 zakończyła się na przełomie 2012 i 2013 roku, kiedy to Sony oficjalnie wstrzymało produkcję urządzenia, chociaż śmiało można rzec, że ten system umarł śmiercią kliniczną już kilka lat wcześniej. Wielu ludzi uważa już ją oficjalnie za konsolę retro, głównie przez swoje 19 lat na karku. Ostatnią grą wydaną na urządzenie jest FIFA 14 z września 2013, chociaż wielu za prawdziwą ostatnią grę podaje tutaj God of War 2 z lutego 2007. PS2 dla mnie to nie tylko konsola, to motor do przeszłości, do stania się kolekcjonerem retro konsol i gier. To na tej konsoli poczułem pełną wczuwę w historie opowiadane przez gry (co zbiegło się z powolną nauką języka angielskiego), kolejnych misjach, czy zwrotach akcji myślałem podczas nudnych lekcji w szkole. Przy tej konsoli utopiłem sporo godzin przy FIFIE, GTA, NFSach, czy innych dla mnie nostalgicznych grach. O tych chciałbym wam jednak opowiedzieć w kolejnej części tego maratonu, gdzie przedstawię 15 gier wokół których łezka sama kręci mi się w oku, oraz wspomnę o kilku, które się nie załapały.

W tym miejscu chciałbym zaprosić was do wyrażania swoich wspomnień i opinii o tej konsoli w komentarzach – graliście? Nie graliście? Dla was to już retro? Oldschool? Czy niewarte uwagi badziewie? Jaka by nie była odpowiedź to napiszcie mi proszę w komentarzu? A w międzyczasie wpadnijcie na wpisy moich co-redaktorów np. Piterusa, gdzie ostatnio autor napisał kilka fajnych słów o swojej dotychczasowej przygodzie w FUT, czy LU-DM Team, gdzie ostatnio zaczęliśmy się bawić z serwer na multiplejerze GTAIV. Tymczasem, niech moc będzie z wami i do zobaczenia.


Jak Niemiec zrobił najlepszy polski RPG, czyli wspomnienia i recenzja Gothic

W tym miejscu miała paść historia wielkiej wrogości pomiędzy Polakami, a Niemcami, jednak w wyniku może zbyt kontrowersyjnej treści postanowiłem zamienić ją na coś innego. Znacie zapewne Wiedźmina, który głównie po premierze trzeciej części w 2015 roku stał się jedną z największych chlub kraju nadwiślańskiego i nadaje mu się tytuł najlepszej gry RPG wszechczasów, lecz jednak według mnie ten tytuł należy się zupełnie innej produkcji, którą dzisiaj nazywać już chyba trzeba retro, która nakreśliła gatunek RPG setkom polskich graczy. Dzisiaj porozmawiamy o Gothicu, czyli jak to lubię sobie żartobliwie mówić „Najlepszej polskiej gry RPG stworzonej przez Niemców”. Zapraszam.

W świecie gry trwa wojna pomiędzy ludźmi, a orkami, którą dość łatwo zaczynają wygrywać zielone monstra. W wyniku tej sytuacji król Rhobar II potrzebuje wytworzenia dla jego ludzi broni z najlepszego możliwego tworzywa – magicznej rudy, której największe złoża znajdują się na terenie Górniczej Doliny na wyspie Khorinis. Tworzy się tam kolonia karna, gdzie bandyci zmuszani są do pracy w kopalniach tego kruszcu. Dodatkowo, aby się zabezpieczyć władca zleca swoim magom stworzenie magicznej bariery nad całą doliną, aby żaden z więźniów nie próbował uciec. Coś jednak nie idzie po myśli uczonych, a obszar działania magicznego więzienia zostaje niespodziewanie zwiększony pochłaniając magów i sporą część dalszych terenów. W wyniku zamieszania bandyci przejmują władzę w obozie, a król staje pod ścianą. Zawiera ugodę z więźniami w wyniku której będzie dostarczał im czegokolwiek sobie zażyczą, a on transportować będą mu magiczną rudę. I tak oto pewnego razu osądzony zostaje nasz bohater, który za swoje nieznane nam czyny zostaje wtrącony pod magiczną kopułę i skazany na wieczną harówkę w kopalni. Na swojej drodze gracz będzie miał możliwość dołączenia do trzech ścierających się ze sobą obozów i znalezienia sposobu na wyrwanie się spod ryzów magicznej bariery.

Gothic powstał jako dziecko trójki młodych programistów lubujących się w grach z serii Ultima, którzy zafascynowani grafiką 3D sami postanowili spróbować się w stworzeniu własnej gry opartej na własnym trójwymiarowym silniku. Sam koncept wielkiego więzienia zaczerpnięty został z filmu „Ucieczka z Nowego Jorku”, co łatwo można byłoby uzasadnić fabularnie. Warto nadmienić, że gra miała zawierać tryb wieloosobowy, gdzie nawet do 5 ludzi jednocześnie miałoby przechodzić fabułę i pomagać sobie nawzajem, lecz w końcowej fazie produkcji został on usunięty, prawdopodobnie z braku zasobów na ten aspekt.

Świat przedstawiony w grze jest dowodem geniuszu pomysłowości Michaela Hoge, który dostał za zadanie zagospodarowanie tak wielkiej przestrzeni. Kolonia to w większości tętniąca życiem metropolia kryjąca wiele indywiduów od złodziejaszkowatych Szkodników, po konsumpcyjnych magnatów Starego Obozu do ślepo zapatrzonych członków Sekty. Dodano dwa dość wielkie lasy mające być koszmarem dla odwiedzających ich niedoświadczonych graczy, gdzie większość potworów chętnie zjadłaby Bezimiennego na kolację. Z czasem jednak ze wzrostem umiejętności głównego bohatera zapuszczać się będziemy mogli do coraz bardziej niebezpiecznych terenów m.in. na ziemie Orków, do wieży Mgieł, czy Starej Fortecy. Świat Gothica jest tak różnorodny, co przedstawia również projekt potworów, od istniejących Wilków, czy Chrząszczy po przerośnięte Komary, zminiaturyzowane T-Rexy, czy krzyżówkę kreta ze szczurem(what?).

Mechanika gry niestety jest dzisiaj bardzo toporna, wszystko w większości przez spartolony model sterowania z myszką, gdzie do każdej akcji myszką nacisnąć trzeba dodatkowo jakiś przycisk na klawiaturze. To samo jest podczas handlu, gdzie sami musimy wybrać przedmiot, który chcemy kupić, a następnie wyrzucić na stół odpowiadającą mu ilość magicznej rudy, co przy przedmiotach wartych tysiące bryłek trwa zdecydowanie za długo. Dodatkowym grzechem są liczne kategorie przedmiotów, które trzeba podczas niektórych akcji przewijać, co znowu jest bardzo frustrujące. Na szczęście poprawione zostało to w drugiej części. Toporne dla niektórych może być też to, że walka ogranicza się do wydania kilku ciosów naszym rywalom ponieważ Bezi zawsze zadaje tyle samo obrażeń, nie ma tutaj mowy o obrażeniach krytycznych, czy dodatkowych, a wszystko zależy od siły bohatera i jego oręża. Durne jest także to, że nasz bohater nie potrafi biegać z prawdziwego zdarzenia, potrafi tylko truchtać, a biegać można tylko za pośrednictwem wypicia wcześniej mikstury. Fajnie byłoby, gdyby był pasek wytrzymałości, który wiadomo jakby działał. Ostatnim moim zarzutem wobec tej gry jest fakt, że sporą część rzeczy trzeba robić na czuja, a do tego niemal co kilka minut zapisywać, ponieważ po naszej śmierci zostajemy tylko z zapisem gry, nie ma odradzania się w jakimś miejscu, cały postęp od momentu zapisu zostaje utracony, co przy osobach zapominalskich może zdenerwować jeśli się przytrafi.

Jednak mi graczowi największą frajdę w Gothicu sprawia jak w rasowym RPGu wykonywanie kolejnych zadań popychających fabułę do przodu, które zostały nakreślone niezwykle spójnie i wszystkie twisty są szybko tłumaczone przez postacie niezależne, z którymi nasz bohater się zadaje. Uwielbiam przechodzenie początkowych zadań dających bezcenne punkty doświadczenia, które można spożytkować u nauczycieli na polepszenie statystyk. Misje o poparcie w Starym Obozie należą do jednych z moich ulubionych, szczególnie cieszyłem się, gdy po raz pierwszy przechodziłem go, gdy nie miałem jeszcze Internetu i sam musiałem rozkminiać np. jak dostać się do obozu na bagnie, gdy na drodze tyle niebezpiecznych na początku potworów, czy dostanie się przez niebezpieczny las do wnętrza kopalni. Dodatkową frajdę sprawia mi w Gothicu zwykłe pokonywanie potworów, które według mnie zostało zrobione o wiele lepiej niż w Wiedźminie, czy Morrowindzie. Czuć po prostu moc swojej postaci, która z czasem zapuszczać się może na coraz silniejsze potwory i do coraz to niebezpiecznych miejsc. Dodatkowo świetną robotę robi tutaj lokalizacja wykonana przez CD Projekt, która nadaje całkowity klimat całej produkcji, że można traktować ją niemal jak polską grę spod niemieckiej ręki. Wiele dialogów z serii stało się kultowymi, że sam nawet gdy nie mam go na komputerze lubię odpalić sobie składankę najlepszych rozmów jedne z moich ulubionych to „Nazywam się Diego”, albo „Przyszedłeś tu tylko, dlatego aby móc pocałować Gomeza w dupę.”. Nie wyobrażam sobie po takim ograniu polskiej wersji przysiąść na przykład do wersji amerykańskiej, bo doświadczenie mogło być całkowicie inne.

Ostatnią rzeczą o której warto wspomnieć jest szeroka społeczność Moderska pierwszego Gothica, która co raz okrasza nas ciekawymi modyfikacjami, często nawet spod polskiej ręki. Ja na przykład podczas ostatniego grania w tą produkcję skusiłem się na mod Mroczne Tajemnice mający pełnić tą samą funkcję, co Noc Kruka dla G2. I rzeczywiście czuć to, bo dodała ona wiele nowych obozów, zadań, postaci, a sam poziom trudności został niezwykle podniesiony, gdzie sam grając na najniższym stopniu trudności miałem problem w niektórych momentach, a boję się, co by się działo na najtrudniejszym. Osobiście nie podobał mi się słabo wykonany dubbing, ale nie oszukujmy się i nie oczekujmy cudów w takiej fanowskiej produkcji.

Gothic to jedna z najbardziej kultowych pozycji w Polsce i mimo że w tym roku legalnie będzie mogła kupić już sobie piwo w polskim sklepie to polecam ją serdecznie, bo mimo dość topornej rozgrywki potrafi naprawdę wciągnąć swoją fabułą, ciekawymi postaciami i światem i zapewnić rozgrywkę na kilkanaście dobrych godzin. Mimo że lubię naszego polskiego Wiedźmina to jednak według mnie produkcja Piranha Bytes nie ma sobie równych i w moim rankingu najlepszych RPG ląduje na drugim miejscu. Dlaczego drugim? Ponieważ kolejna część przygód Bezimiennego bohatera była jeszcze lepsza, a o niej w kolejnym odcinku.