This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Maraton PS2 [3/3] – Święta Trójca

Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Powoli trzeba kończyć ten maraton i odpocząć od czarnulki. Przekopałem się przez swoje wspomnienia z tą konsolą i opinie ludzi w internetach i muszę przyznać, że nie jestem odosobniony, bo poczciwa PS2 znalazła swoje miejsce w niejednym sercu. Na wzruszenia i podsumowania będzie jeszcze czas, na razie zajmiemy się Świętą Trójcą.

3. Gran Turismo 4 (2004)

Można powiedzieć, że pozycje 3 i 2 będą efektem przedłużenia pewnej miłości, która wybuchła podczas ogrywania gier na starszej siostrze czarnulki, bo do dzisiaj nie zapomnę wielu sesji spędzonych w GT2, odblokowywanie nowych samochodów i jazda po kilku wspaniałych trasach, piękne. GT4 od razu przyciągnęło mnie faktem bycia kolejnym dzieckiem spod szyldu Gran Turismo, a przeskok na lepszy sprzęt zwiastował usprawnienia graficzne, wizualne oraz fizyczne. Gra od początku wygląda podobnie do 2-ki, karierę rozpoczynamy tak samo, bez samochodu, z 10,000 tysiącami w portfelu. Co prawda za pierwszym razem brzmi to dobrze, lecz wybierając się do najbliższego salonu swojego ulubionego producenta zdamy sobie sprawę, że jest to jednak za mało, by móc kupić sobie pojazd, którym nie jest wstyd pokazywać się publicznie, dlatego lepszym rozwiązaniem byłoby kupienie używanego samochodu, który mimo swojego wieku, będzie osiągami lepszy i pomoże nam w wygraniu pierwszych wyścigów, których niestety liczba jest ograniczona. Dlaczego? Ponieważ kolejnym znakiem rozpoznawczym serii jest fakt uzyskania odpowiedniej licencji, aby móc konkurować w różnych wyścigach na całym świecie. I to jest akurat ta zła strona tych gier, za którą nie przepadam – wymuszanie zdobywania tych licencji, gdzie dodatkowo w czwartej części musimy wykonać, aż 16 testów na każdą kategorię, gdzie dodano także testy, w których musimy w określonym czasie przejechać okrążenie na trasie, jadąc idealnie za pojazdem kontrolnym. Dodajcie sobie do tego test, gdzie takie okrążenie trwa około 10 minut i już widzicie młodego mnie sfrustrowanego całą tą sytuacją. Ale pomijając to jest to cudowna gra z ponad 700 rodzajami aut, od aut sportowych przez te typowo miejskie do nawet prototypów z przyszłości. Fizyka aut i prowadzenia jest również na bardzo wysokim poziomie, ba, nawet w instrukcji poświęcono temu aspektowi ponad 200 stron! Przez ten fakt wyścigi jeździ się po prostu fantastycznie, co prawda nie ma tutaj tylu emocji co w takim Need For Speed: Most Wanted, bo GT to symulator, ale jeżdżenie tych okrążeń, odblokowywanie kolejnych aut jest naprawdę wspaniałe. Kolejnym wspaniałym atutem gry jest różnorodność tras, bo mamy tu trasy po największych miastach świata, przez specjalne tory niczym te do wyścigów typu Nascar, aż po wyścigi rajdowe, gdzie można poczuć przy hamowaniu tą genialną fizykę. Śmiesznym był też fakt, że dodatkowe trasy odblokowywały się nie wygrywaniem wyścigów tylko z czasem poświęconym trybowi kariery i ilością miesięcy, które tam zleciały. Jedyną rzeczą, która odrzuca mnie od tej pozycji to fakt zaprojektowania przez twórców wyścigów w wyniku których musimy jeździć po trasie np. 24 godziny! (nie kłamię) Bo serio, kto poświęci cały swój dzień i przez tyle czasu będzie uważał, żeby być na tej pierwszej pozycji. Koniec końców chciałbym tu kiedyś powrócić, lecz jak w przypadku wcześniej omawianego FlatOuta, granie na padzie to już nie to samo i będę musiał pomyśleć o jakiejś kierownicy, żeby jak najlepiej móc odczuć tą fizykę i prowadzenie.

2. Tekken 5 (2005)

Kolejny przykład przedłużanej miłości, bo Tekken 3 w swoim czasie wywołał na mnie takie wrażenie, że klękajcie narody. Wyobraźcie sobie minę dzieciaka, który po długich przygodach podczas dość powolnych bijatyk na Pegasusa natrafił na dynamiczną grę, a do tego wszystko okraszone było swego rodzaju realizmem w postaci nomen omen postaci walczących prawdziwymi technikami walki jak Karate, Kung Fu czy Capoeira. Każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Nie inaczej jest w powyższej części, gdzie wiele elementów podkręconych zostało do jedenastki tworząc bijatykę wręcz idealną. Filmiki opisujące historię każdego bohatera i jego motywy w nadchodzącym turnieju, więcej interakcji ze swoimi przeciwnikami, czy jak zwykle zabawne outro każdego bohatera. Sama rozgrywka stała się jeszcze bardziej dynamiczna niż w jakiejkolwiek poprzedniej części i w sumie to dziękuję, że to nie 4-ka była wtedy przeze mnie ogrywana, bo chyba zepsułaby mi trochę zdanie o tej serii. Dodano system zdobywania pieniędzy za wygrane walki, które potem można używać w sklepie do zakupu różnych przedmiotów, chociaż smuci fakt, że nie można było ich używać w trakcie walki. Mnogość trybów do wspólnej zabawy czyniło tą grę dość często pozycją obok jakiejś FIFY przy wspólnych posiedzeniach o brata ciotecznego. I zwykle te pojedynki przeradzały się w niezwykle górnolotne wojny psychologiczne, gdzie górowało opanowanie kombinacji wybranej postaci i wykorzystanie mapy. A plansze w tej grze są naprawdę wspaniałe, od wodospadu przez centrum jakiegoś zbiegowiska zbirów, którzy bacznie przyglądali się naszym poczynaniom, kończąc na kościele w iście gotyckim stylu. Wszystko to było by jednak niczym bez przegenialnej ścieżce dźwiękowej, która niemal w każdej grze z tej serii stoi na olimpijskim poziomie – na każdej planszy to właśnie muzyka buduje ten klimat, która jeszcze bardziej sprawia, że kolejne walki nie są tak nużace nawet te toczące się przeciwko komputerowi. A do tego jeszcze narrator ze swoim bardzo charyzmatycznym głosem i wygłaszane przez niego przy wyborze postaci „The King of Iron Fist Tournament V” do dzisiaj wywołuje we mnie ciary. Dodatkowo tryb Devil Within, który równie dobrze mógł być sprzedawany jako osobna gra, gdzie wcielaliśmy się w Jina Kazamę i próbowaliśmy infiltrując różne miejsca na Ziemi poznać prawdę o genie diabła w ciele bohatera. Był jednak z nim pewien problem, często wrogowie przy dużym natłoku stosowali na nas zbiorowy gangbang, gdzie ciężko było nie stracić dużej ilości zdrowia. Ostatnim smaczkiem są pełnoprawne arcadowe edycje poprzednich gier z cyklu, w których bez problemu można rozegrać cały turniej, oraz grę StarBlade, gdzie latając statkiem kosmicznym musimy niszczyć flotę powietrzną opozycji. Wszystko to składa się na pozycję, która w moim umyśle od razu przywoływana, gdy tylko usłyszę hasło PlayStation 2. Przychodzi mi nawet ona szybciej do głowy niż pierwsza pozycja…

Ale zanim do niej przejdziemy potrzymam was chwilę w niepewności i przywołam kilka tytułów, które z różnistych, najróżniejszych powodów i nie załapały się na dłuższe omówienie. Jedne to klasyki, które ograłem już wcześniej na piecu, inne to kolejne pozycje popularne u moich kolegów. Nie przedłużając:

Grand Theft Auto III

Czyli pierwsza pudełkowa gra, jaką kupiłem na PS2 i ograłem dość namiętnie i ukończyłem na 100%. Do dziś mimo dennej fabuły uważam niektóre cutscenki i misje za wspaniałe, a ścieżka dźwiękowa jest tutaj po prostu wspaniała.

Grand Theft Auto: Vice City

Kolejna część, którą sprawiłem sobie kiedyś na urodziny. Jest to też GTA, które przechodziłem najczęściej i posiada według mnie najlepszą fabułę ze wszystkich z tej generacji. Muzyka też fajna.

Grand Theft Auto: San Andreas

Może nie na oryginale to właśnie na czarnulce po raz pierwszy ukończyłem przygodę CJ-a. Z tą grą również mam bardzo fajne wspomnienia wracania w piątek ze szkoły, odrabiania wszystkich lekcji i zasiadania do niej wieczorami w największą grą z otwartym światem na tej konsoli.

Hitman: Contracts

Nigdy nie byłem fanem dość cichego zabijania przeciwników, a w Hitmanie takie metody były na porządku dziennym, dodatkowo gra była w języku niemieckim, co skutecznie zniechęcało do grania. Ostatnio jednak udało mi się ją ukończyć i nie była taka trudna, jak ją pierwotnie malowałem.

FIFA 08

W tą edycję grałem najwięcej przed erą 14. I jest to kolejna gra z cyklu „nie mogłem ograć na kompie to mogę na PS2”. Do dziś pamiętam wiele rozpoczętych karier w takich klubach jak Legia czy Barcelona. Ścieżka dźwiękowa w tej edycji podoba mi się chyba najbardziej z całej serii. W ogóle skład Blaugrany z tamtego sezonu to <3.

Need For Speed: Hot Pursuit 2

Bardzo ciekawa edycja tych wyścigów, która po jej przejściu bardzo urosła. Duży wybór samochodów, dynamiczna ścieżka dźwiękowa. Odpychała mnie tutaj jednak durnowatość niektórych typów wyścigów, czy upierdliwość policji.

Need For Speed: Carbon

Carbon na PS2 był najprawdę biednym portem z licznymi zubożeniami w kwestii samych wyścigów i animacji, w porównaniu do Most Wanted był też bardzo krótki przez co nie wydawał mi się on tak ciekawy jak poprzednik. Ale tuning aut był na wyższym poziomie, taki mały plusik.

Tekken Tag Tournament

Pierwsza odsłona cyklu na czarnulkę od razu pokazywała jaki potencjał drzemie w nowym sprzęcie. Wygląda na taki odświeżony port 3-ki, lecz przy bardziej dynamicznej rozgrywce i możliwości wyboru wszystkich postaci, które dotąd pojawiły się w cyklu.

BurnOut 3: Takedown

Dynamiczna gra wyścigowa skupiająca się nie na samym ściganiu, co na destrukcji i niszczeniu przeciwników. Bardzo przyjemnie się tam jeździ, dodatkowo kilka trybów pobocznych np. taki w którym musimy wbić się w skrzyżowanie i spowodować jak największy rozpierdziel. Dodatkowo bardzo dobry dynamiczny soundtrack.

God of War

Gra, która wielu przyprawiła o własną konsolę mnie nigdy osobiście nie porwała, zdecydowanie miałem już wtedy za sobą okres całkowitej masakry przeciwników. Nie można jej jednak zarzucić bycia kultową i po prostu dobrą pozycją.

Dragon Ball Z: Budokai Tenkaichi 3

Kolejna bardzo świetna bijatyka w zupełnie innej formie niż wyżej wymienione, gdzie do arsenału mieliśmy te wszystkie kamehamy, czy inne lasery. Do dziś bawi niszczenie kuli ziemskiej za pomocą Supernowej, czy innego Galick Guna.

Call of Duty: Finest Hour

Bardzo ciekawa pozycja w serii, lecz osobiście była trochę drewniana jak na mój gust i niektórych poziomach rozstawienie punktów kontrolnych wołało o pomstę do nieba. Plus ogrywając grę z pendrive nie chciała doczytywać mi się czasami plansza i musiałem patrzeć na swoje kroki.

1. The Warriors (2005)

Ta gra szczerze powiedziawszy nie jest w żadnym stopniu nie jest pod żadnym względem, ani przełomowa, ani jakaś wybitna. Opiera się na filmie z 1979 roku pod tym samym tytułem. W grze wcielamy się w zależności od poziomu w różnych członków samozwańczego gangu „The Warriors”. W tej rzeczywistości dzielnice Nowego Jorku są rozdzielone pomiędzy różnorodne gangi, które cechują unikalnym ubiorem i sposobem mówienia. Zaczynamy przygodę w dniu, kiedy do szeregu Wojowników przyjęty zostaje Rembrandt, może nie jakiś wielki wojownik, ale człowiek bardzo dobrze radzący sobie ze street-artem, a jak wiadomo, znakowanie terenu w tej branży bywa niezwykle ważne. Tak oto zaczyna się przygoda i różnorodne misje, w których będziemy wcielać się w każdego ważniejszego członka naszej społeczności i wykonywać bardzo rozmaite zadania, które po drodze i tak wymagały będą obicia mordy kolesiom z przeciwnych gangów. A walka w tej grze jest niezwykle prosta, a daje niesamowitą prawdę, szczególnie gdy uda nam się wykonać kombinację specjalną, w której kierowana przez nas postać wykona dość brutalną sekwencję ciosów. Głównym centrum naszego gangu jest hangar w Coney, gdzie oprócz przechodzenia kolejnych misji możemy poddać się zadaniom pobocznym takim jak obrona terytorium, ćwiczeniu na siłowni, czy swobodnym zwiedzaniu małego kawałka dzielnicy. Dodatkowo w grze każdy etap można bezproblemowo powtarzać, a jest to potrzebne to odblokowywania kolejnych postaci do używania w trybach wieloosobowych, gdzie oprócz standardowych walk drużynowych dostępne są także fikuśne tryby polegające np. na zrzuceniu przeciwnej drużyny z dachu wielkiego budynku. Chodzenie po świecie również zostało wykonane bardzo fajnie, bo niemal z każdym obiektem leżącym na ziemi jest jakaś interakcja, koszami czy butelkami można rzucać, zaczepiać przechodniów, kraść radia z samochodów, czy obrabiać sklepy, gdzie dostajemy pieniądze za które możemy kupić I jest to chyba pierwsza gra w której policja nie denerwuje tak, bo spuszczenie jej wpierdzielu daje niezwykłą satysfakcję. W terenie możemy naszym towarzyszom wydawać różne akcje takie jak spuście każdego kogo spotkacie w5dol, schowajcie się w przed gliniarzami, czy podążajcie za mną. Kolejną ciekawą mechaniką jest malowanie tagów na ścianach i zamazywanie przeciwnego tagu, gdzie wykonujemy to przy pomocy prawego drążka maziając różnorodne kształty. Cała nasza historia kończy się wydarzeniami z filmu, gdzie musimy ociekać przed każdym gangiem, gdyż za nasze głowy wyznaczona jest nagroda. Muszę przyznać, że film obejrzałem dopiero kilka lat później po ograniu tej gry i klimat filmu jest tutaj niezwykle zachowany, z całą tą mroczną otoczką związaną z nieustającym pościgiem za naszymi bohaterami. Wszystko dodatkowo (po raz kolejny patrząc na poprzednie wpisy) zwieńcza potężna ścieżka dźwiękowa z Joe Walshem, czy Desmond Child na czele, które oczywiście znalazły się w grze. I to chyba właśnie ta gra jest moją ulubioną od Rockstara, po prostu gra się w to naprawdę przyjemnie i nie ma tego dennego zabijania ludzi, bo bójka kończy się tutaj zwykle utratą przytomności przez naszego oponenta. Prosta rozgrywka i system walki sprawiają, że to właśnie ta pozycja jest jedną z najbliższych mojemu sercu, jeśli chodzi o bibliotekę PS2 i dlatego ona znalazła się w tym zestawieniu na miejscu pierwszym.

Moja nostalgiczna podróż dobiega na razie końca. Muszę odpocząć trochę od mojej ukochanej czarnulki. Nostalgia jest fajna, ale trzeba z nią uważać, żeby co się nią nie przećpać, a nie ma chyba drugiej takiej konsoli, z którą miałbym tyle wspomnień, co właśnie z nią i nawet dzisiaj ponad 19 lat po swojej premierze wskazałbym ją bez mrugnięcia okiem jako jedną z najlepszym konsol w historii zaraz obok Nintendo Entertainment System, Sony PlayStation i GameBoy Advance. Zajebiste gry, miło wspólnej i samotnej rozgrywki. Lecz problemem PS2 jest fakt, że kojarzy mi się tylko z jednym uczuciem – przemijaniem. Jak już mówiłem, była to moja pierwsza konsola. Mówiąc bardziej obrazowo, spędziłem z nią ponad ćwierć życia. Ostatnimi laty jednak trochę ja zaniedbałem na rzecz laptopa i trochę nowszych tytułów. Wciąż jednak nie ograłem dużej maści tytułów AAA i to będzie mój cel na kolejne lata, dodatkowo powiększenie swojej jak dotąd bardzo małej kolekcji gier. A gdy to się już stanie, prawdopodobnie PS2 będzie miało już status młodszego Pegasusa i przyciągnie to młodszych graczy zainteresowanych grami z pierwszej dekady XXI wieku. Wam dziękuję za przeczytanie tego maratonu, niech moc będzie z wami. Amen.


11 września: dla wielu dzień jak każdy inny, dla innych dzień, który zmienił wszystko

Wiecie, jak wchodzi się do mojego pokoju to jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest panorama Nowego Jorku na ścianie – taka klasyczna raczej, zachód słońca, Most Brookliński, jeżdżą po nim samochody, za nim wieżowce z dwoma głównymi, które w swoim czasie uchodziły za stolicę światowego handlu. W nich zapalone światła, ludzie załatwiają swoje sprawy, pewnie dzwonią gdzieś, chodzą, rozmawiają, w końcu hej, to Nowy Jork, to miasto nie śpi.

Dziś tych wież już tam nie ma, a świat od tamtego zdjęcia bardzo się zmienił – zarówno świat jako świat, jak i „świat” poszczególnych osób.


11 września 2001 roku miał miejsce jeden z największych zamachów terrorystycznych jaki dosięgnął tzw. współczesny świat. Zginęło w nim blisko 3 tysiące osób, pomijając już nawet ogromne straty materialne. Dziś od tamtej tragedii mija 18 lat, w umysłach wielu ludzi pewien obraz tego co się wtedy działo zdążył wyblaknąć i w sumie dziś nie mówi się o tym jakoś szczególnie dużo i to nawet nie że u nas w Polsce, ale generalnie, pisząc ten wpis odpaliłem CNN i leci jakiś randomowy program o tym, że nowe ajfony nie będą takie drogie. Może taki traf. W końcu też może nie będą o tym nadawać cały dzień, tylko bliżej samej uroczystości.

Pewnie każdy z nas z tamtego dnia ma inne wspomnienia. Sam dziś już w sumie niewiele pamiętam, miałem wtedy nieco ponad 5 lat. Może to zakrzywiony już obraz, ale pamiętam jedynie, że tego dnia rodzice zabrali mnie ze sobą do sąsiadów, posadzili przed telewizorem, a tam czy to na żywo, czy to powtórka, zawaliła się akurat druga z dwóch wież. Pamiętam też, że ludzie generalnie bali się, może nie tyle wojny, co zostało w jakimś stopniu zaburzone ich poczucie takiego globalnego bezpieczeństwa. Później Osama, Bush, Irak, dalszy ciąg wszyscy znamy i jego pokłosie chociażby w kolejnych zamachach, które na tym światowym poziomie nigdy nie osiągnęły już tej skali, bo na tym jednostkowym nie nam to oceniać, to nadal kolejne ludzkie dramaty, niezależnie od rozmiaru.

Budynki World Trade Center w pewnym sensie były jednymi z symboli współczesnej cywilizacji, a po zamachu stały się nimi tak dwa razy na zasadzie, że bardziej zaczęło się zwracać na nie uwagę. Przykładów jest sporo, chociażby z kina: film Kevin sam w Nowym Jorku, gdzie z oczywistych względów były one pokazane (swoją drogą pomyślałby ktoś, że występujący tam wtedy Donald Trump będzie prezydentem USA?), Szklana Pułapka 3 czy w filmie Oliver i spółka, gdzie tym razem widzieliśmy wieże w animowanym wydaniu.

Nie jest moim celem tu odkopywanie na nowo tej tragedii czy generalnie tego tematu, bo też każdy wie o co chodzi, kompletnie nie w tym rzecz, ale chciałbym zostawić tu jedynie pewną refleksję – w pewnym sensie cały czas jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego stanu rzeczy i na co dzień zapominamy, że świat w którym obudzimy się jutro może wyglądać zupełnie inaczej niż dziś. I ponownie nie chciałbym popadać tu w jakiś patos, ale pokazało to też jak bardzo się ludzie zdziwili chociażby przy niedawnym pożarze Notre Dame. Nic nie jest dane nam na zawsze lub inaczej – nic nie jest wieczne czy niezniszczalne i czasami warto spojrzeć na niektóre sprawy pod tym kątem i może jakoś bardziej pewne rzeczy docenić. Wiadomo, że nie da się tak codziennie działać z taką świadomością, ale warto czasami sobie to uzmysłowić, chociażby przy takiej rocznicy jak ta.


Maraton PS2 [2/3] – Parszywa dwunastka

PlayStation 2 to konsola z fantastyczną biblioteką gier. Ponad 3,500 tytułów wydanych na przestrzeni 13 lat, mnogość tytułów niedostępnych na platformach konkurentów do tego wsteczna kompatybilność z poprzednikiem pomnażająca bibliotekę o kolejne tytuły. Stworzenie jakiejś listy najlepszy gier na tą konsolę to zadanie, które nie mam zamiaru się podjąć – zbyt wiele gatunków zawitało na tej konsoli, serii, które mnie nie pochłonęły. Nie ma szans, by moja lista debeściaków odwzorowywała stan faktyczny. Dodatkowo, jako że jest to materiał wspomnieniowy to raczej spróbuję rozmawiać o tytułach, które najbardziej zapadły mi w pamięć przed posiadaniem własnego egzemplarza konsoli, maksymalnie do 2 lat od zakupu (2016). Przedstawiam wam listę moich najbardziej nostalgicznych gier, nostalgicznych z różnych względów od razu zastrzegam, każdy przypadek będę zaraz szczegółowo omawiał, ale zdajcie sobie sprawę, że ten wpis nie będzie pokazywał tej konsoli od najlepszej strony w tym sensie, że nie będzie aż tyle gier uznawanych powszechnie za najlepsze, bardziej liczcie na mniej oczekiwane pozycje. A tak na marginesie, na tej liście są tylko 4 ekskluziwy, ale co poradzę, z większością z tych gier miałem najlepsze wspomnienia właśnie na czarnulce. Nie tracąc więc czasu na rozwlekanie tego co nieuniknione, czas zaprezentować pierwszy tytuł.

15. Metal Slug 3 (2014)

Pamiętam tą grę, gdyż była pierwszą jaką brat zaprezentował mi niedługo po przyniesieniu pożyczonego od kolegi egzemplarzu konsoli. Dostałem w dłoń drugiego pada i dostałem jedną z najbardziej zabawnych gier do wspólnego grania na jaką nigdy wcześniej trafiłem. Rozgrywka w tej grze jest niezwykle prosta, bo jest to niezwykle śmieszna kreskówkowa wersja Contry. Wybieramy wojaka i od razu zostajemy zrzuceni na plażę (Omaha(?)) i ruszamy niszczyć każdego przeciwnika na naszej drodze przy okazji zbierając różne znajdźki dawane nam przez pojmanych sojuszników. Naszymi przeciwnikami są głównie przygłupi żołnierze opozycji, chociaż znajdzie się też kilka egzotycznych oponentów z krabami czy plującymi ogniem rosiczkami na czele. Niszczenie kolejnych zastępów przeciwnika przy pomocy fajnego arsenału broni sprawiało mi masę frajdy, ale nic byłoby to bez dwóch aspektów. Pierwszym z nich jest niezwykły humor produkcji, gdzie niemal na każdym kroku wylewa się dowcip, np. z przerażonych twarzy żołnierzy, kiedy nas zauważą, czy gdy po zebraniu odpowiedniej ilości jedzenia nasz heros staje się „ulany” i zamiast typowego noża używa widelca. Albo poziom drugi w którym możemy zostać zamienieni w zombie i pluć krwią po całym ekranie. Ostatnim aspektem gry są niezwykle fajnie pomyślani bossowie, którzy mimo że w wielu przypadkach wtórni to ich ataki szczególnie za pierwszym razem mogą być niezwykle nie do przewidzenia. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że na niektórych planszach możemy wybrać kilka dostępnych ścieżek, co w rzeczywistości pozwala na przejście gry na kilka sposobów. Tak oto mamy przepis na grę, która idealnie sprawdzi się w piątkowy wieczór zamiast seansu nudnego filmu z telewizji, z kolegą, lub lepiej z koleżanką.

14. Raw vs. Smackdown 2011 (2010)

W pewnym momencie kilka osób z mojej osiedlowej „rodziny” dostało w pewnym momencie szajbę na punkcie profesjonalnego wrestlingu, gdzie co tydzień zasiadali do komputera oglądając akcje z tego świata. W Stanach ta branża rozrywki cieszy się bardzo wielką popularnością i w sumie nic dziwnego, bo nawet dla mnie wygląda to jakby dwóch superbohaterów dzisiejszych czasów walczyło ze sobą dla ubawu publiczności. Wiem, że to jest wyreżyserowane, czy nie prawdziwe… Ale jak można wyreżyserować lądowanie tych 150 kilowych potworów na sobie, nawet ci najmniejsi często latają po całym ringu, czasem okładając się stalowymi krzesłami i innym wyposażeniem. Dlatego w/w gra spełniała każdy sen takiego fana WWE, bo była produktem pełnym – składała się z wielu gal obecnych także w wrestlingu – był Royal Rumble, Eliminator Chamber, Ladder Match, stary wszystko! Dodatkowo w grze dostępnych było wiele popularnych wtedy wrestlerów z moim ulubionym Reyem Mysterio, czy chyba najbardziej popularnym John’em Ceną. Ile razy tworzyłem siebie za pomocą kreatora, a potem dołączałem do rozgrywających się meczy pomiędzy botami, które po kilku chwilach masakrowałem swoim finisherem. I to właśnie był chyba kolejny element, który dodaje tej branży i co za tym idzie grze tego smaczku – te właśnie kończące ruchy, ostateczne ciosy dla naszego oponenta, po których pada na ring i mamy czas na przypięcie go i wygranie pojedynku. Fajny był także tryb „kariery(?)”, który oprowadzał nas po wszystkich wydarzeniach w ciągu roku wydarzających się w świecie WWE. To właśnie tam z czasem odblokowywało się kolejnych wrestlerów, które urozmaicało wszystkie pozostałe tryby, szczególnie mój ulubiony Royal Rumble. Gra była idealnym spadkobiercą PC-owego WWE Impact, które było jednak strasznie ograniczone i nie posiadało tyle zawartości, co w/w tytuł.

13. Prince of Persia: The Two Thrones (2005)

Od dawna miałem jakąś słabość do zjawiska posiadania swojego „alter-ego”, swojej złej strony, która będzie przeciwieństwem tego, co prezentujesz na co dzień. I takie są Dwa Trony, ostatnia część trylogii Piasków Czasu Księcia Persji, który jakoś nie podpasował mi podczas ogrywania go na Pegasusie, nie lubię gier, gdzie często trzeba zasuwać na tzw. „popierdolca”, a też gameplay w tamtej produkcji nie postarzał się w mojej opinii za dobrze. Wracając do części z 2005 roku nasz książę w wyniku kontaktu z jakimś starożytnym artefaktem dostaje znamię jak Jin Kazama z Tekkena na prawym ramieniu przez które od czasu do czasu nad jego ciałem i zyskuje on nowe metody poruszania się, a także eliminacji wrogów. Dodatkowo dochodzą skutki wydarzeń z Piasków Czasu i Duszy Wojownika. Sam książę w wyniku wydarzeń wydoroślał i dorósł, nie był już tylko prostą kalką Alladyna, czy innego bohatera baśni 1000 i jednej nocy. Opowieść nabrała mrocznego charakteru, co widać po często bardzo brutalnych zabójstwach przeciwników podczas walki, szczególnie będąc alter-ego księcia. Ulepszono system walki, który sprawił, że walki przestały przypominać masowy gangbang, co było niezwykle denerwujące w Piaskach Czasu. Ale sama seria nie byłaby sobą bez swojej akrobatyczno-platformowej otoczki, którą osobiście uwielbiam. To bieganie po ścianach i skakanie po półkach zawsze mnie jarało i przyjemniej robi mi się to w Księciu, niż w spadkobiercy – Assassin’s Creed. Ogólnie bardziej podobała mi się przez to ta mroczna część bohatera, z łańcuchami, które wprowadzały nowe elementy do w/w aktywności. Denerwował mnie jedynie w tej postaci fakt, gdyż tam z czasem życie naszego bohatera spada, a podleczyć można się tylko mordując kolejne zastępy przeciwników. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niszczenie skrzyń i innych pierdół też zwraca nam trochę zdrowia, prawdopodobnie ta gra byłaby już przeze mnie ukończona, a jak na razie czeka na swoją kolej, kiedyś.

12. NBA 2K11 (2010)

Koszykówka, jedna z wielu dziedzin sportowych, które mnie zawsze fascynowały, ale z prawdziwą grą już bywało słabo, głównie z powodu braku talentu, zaangażowania i wzrostu, ale od czego są gry wideo i jeśli chodzi o tą dyscyplinę sportu, to do głowy przychodzi mi tylko jeden tytuł – NBA 2K11. Rozgrywka tam była niezwykle prosta i w sumie nie ma co głupiemu tłumaczyć, o co w koszykówce chodzi. Dla mnie jednak była to pierwsza dłuższa przygoda z grą wideo opisującą inny sport niż piłka nożna, co dla typowego człowieka może być dziwne, ale ja byłem bardzo zdziwiony, jak skomplikowana i złożona to jest gra – obrona strefowa, zakładanie zasłon, rzucanie osobistych. Wszystko w akompaniamencie bardzo charyzmatycznego komentarza Kevina Harlana i Clarka Kellogga, którzy nadają podczas meczu niesamowitą atmosferę. Do tego wybór dowolnej drużyny z draftu i rozgrywanie nią sezonów, jak w FIFIE, gdzie wśród zawodników figurował nasz polak rodak Marcin Gortat, który niestety nie doczekał się w tej wersji komentarza. Ale całą esencją tej gry jest miodny gameplay, który tworzy z tej gry pozycję bardzo grywalną, nawet nie dla fanów tego sportu. Uwielbiam stosowanie taktyk i przedzieranie się przez obronę rywala tylko po to, aby wykonać narzędzie ostatecznego ro5dolu – WSAD, który jest bardzo piękną formą zdobycia punktów dla swojej drużyny, szczególnie, gdy dodany został obrót, czy przełożenie pod nogą w locie. I to zawsze do tej gry udawałem się, gdy byłem niepocieszony po W-Fie, bo przynajmniej tam mogłem święcić swoje mały triumfy.

11. Resident Evil 4 (2004)

Z tą grą kojarzą mi się dość nieprzyjemne wspomnienia, gdyż przy pierwszym odpaleniu znienawidziłem ją z powodu debilnego sterowania i dość strasznego klimatu. No bo wyobraźcie sobie mnie siedzącego te kilka lat temu przed konsolą patrzącego na głównego bohatera, który chodzi z kołkiem w dupie i jest atakowany przez jakiś dziwnym rednecków. Gra dość szybko zniknęła z czytnika PS2, lecz postanowiłem po kilku latach zmierzyć się ponownie z tym tytułem. I naprawdę było ciężko, bo kontrolowanie Leona jest naprawdę dziwne, celuje się przy pomocy R1, a strzela X-em. WHAT WERE THEY THINKING? Ale gdy przejdziemy przez tą barierę mamy do czynienia z bardzo dojrzałą opowieścią, w której musimy uratować córkę prezydenta, która jest przetrzymywana w wiosce na jakimś pustkowiu. Problemem w tej produkcji był dla mnie fakt, że nigdy nie wiedziałem, gdzie iść, szczególnie, gdy trafiałem na dwie ścieżki, które prowadzą do dwóch różnych miejsc. Ale sama walka i ten element przetrwania i oszczędzania amunicji był całkiem fajnie pomyślany, na początku ważną umiejętnością była nauka walki nożem lub wykorzystywania różnych elementów otoczenia do walki, szczególnie w późnych elementach, gdy w miejscach głowy niektórym wieśniakom zaczną wyrastać ostrza, do których lepiej się nie zbliżać. Dodatkowo te klimatyczne walki z bossami, gdzie każdy typowo ma swoje słabe punkty, które trzeba wykorzystywać. I te memy z Leonem jedzącym każde zielone ziele, które przejdzie przez jego ręce. To tworzy naprawdę ciekawą pozycję, której kiedyś może podejmę się znowu.

10. Need For Speed: Most Wanted (2005)

Przez wielu nazywana najlepszą grą z serii i osobiście pewnie mógłbym się zgodzić, ale przepraszam, dla mnie lepszy i bardziej klimatyczny był pierwszy Underground, szczególnie, że to w niego nagrałem się najwięcej, bo MW nie chodził u mnie tak dobrze i pierwszy raz ukończyłem go na PS2. Zatem witamy w Rockport, mieście w którym kobiety noszą skąpe topy, a wszystkie pojedynki rozstrzyga się tylko w jeden sposób, wiadomo jaki. Fabuła jest tutaj tak znana, że chyba nie trzeba się na jej temat w ogóle wypowiadać, trzeba po prostu wygrywać z każdym, kto stanie nam na drodze w wirtualnym mieście. Do użytku dostało się tyle nowych samochodów względem dwóch wcześniejszych instancji, szczególnie mój ulubiony Dodge Viper SRT10, chociaż moim pierwszym wyborem zwykle był Lexus IS300, głównie przez to, że na Golfa nie miałem kasy. Tuning w tej edycji trochę zbiedniał w porównaniu do poprzednika, chociaż ja nigdy nie lubiłem U2 z powodu nakazu zainstalowania jakiś pierdół, które użyć można było ewentualnie w tych zdjęciach do magazynów. W Most Wanted dostajemy dość małą ilość komponentów do naszego samochodu, ale wystarczającą dla każdego, przecież i tak głównie liczą się osiągi naszego auta. To tutaj po raz pierwszy od rewolucji w serii wprowadzono pościgi policyjne, które naprawdę dodawały do gry dużo smaczków, większy sens miała fabuła, gdzie oprócz pokazana się w starciach z innymi kierowcami musieliśmy wykazać się także zdolnością nawigowania po mieście i spełniania różnych celów podczas wyścigu, które dawały nam tzw. Notowania. I nie można zapomnieć o zapadającej w pamięć ścieżce dźwiękowej, gdzie królował Nine Thou, czy inny Hand of Blood. I mam nadzieję, że gdy ewentualnie będę miał samochód i odpalone radio to żaden z tych utworów się nie odtworzy, bo może skończyć się to naprawdę niedobrze…

9. Call of Duty 2: Big Red One (2005)

Opowiada historię o żołnierzach z 1. Dywizji Piechoty, ale także pokazuje potencjał czarnulki do tego typu gier, bo warto wspomnieć, że w tym samym roku wyszła 2 część cyklu Call of Duty, przez którą większości graczy pospadały kapcie. Sam podtytuł sugeruje jednak, że jest to gra z własną historią i pomysłem na siebie, bo w porównaniu do poprzednich części tutaj od początku do końca wcielamy się w członka oddziału, który infiltruje z czasem różne lokacje na świecie. Gra rozpoczyna się w Afryce, gdzie przyjdzie stanąć nam do walki z oddziałami generała Rommla, zaszturmujemy Sycylię w operacji Husky, a cała akcja zakończy się przekroczeniem linii Zygfryda, która otworzy nam drzwi na Berlin. Samo zastosowanie jednej kampanii wyszło grze na dobrze, bo naprawdę da się przywiązać do swoich towarzyszy broni, gdzie każdy ma swój charakter i osobowość oraz fakt, że wiele głosów zostało tutaj podstawionych przez aktorów z serialu Kompania Braci, co nadaje niezwykły klimat całej rozgrywce. Bardzo podoba mi się też fakt, że użyto w tej edycji apteczek, które wyśrubowują trochę poziom trudności, ale według mnie lepsze jest to niż samoregeneracja jak w części na PC (W ogóle wyobrażacie sobie taką wojnę, w której żołnierze mieliby takie umiejętności?). Jest tu także kilka unikalnych broni, bo do dyspozycji są także karabiny francuskie, czy włoskie, więc jak ktoś nie lubi Thompsona czy MP40 to można pobawić się czymś innym. Oprócz chodzenia w butach żołnierza dane będzie nam także wsiąść za stery amerykańskiego Stuarta, czy niemieckiego Panzera IV. Dodano jest także kilka oskryptowanych wydarzeń, które dodają filmowości. Wszystko to złożone do kupy dawało grę, przy której nie jeden wieczór zleciał jak z bicz strzelił.

8. The Godfather (2006)

Z tą grą kojarzy mi się zawsze jedno wydarzenie – niedoczytywanie mapy. Wszystko z powodu porysowanej płyty na której znajdowała się gra, co sprawiało że przejście jakiejkolwiek misji w niektórych przypadkach powodowało długie czasy doczytywania, gdy gra w ślimaczym tempie próbowała dorysować kilka metrów przed nami i wyrwać nas z tego letargu w który wpadliśmy. Z drugiej strony jednak była to jedna z najlepszych gier GTA-podobnych na jaką można trafić. Sama fabuła też nie była taka zła, bo przeplatała się z wydarzeniami z książki/filmu i często lądowaliśmy w środku akcji – to my zawoziliśmy rannego Vito Corleone do szpitala, to my podkładaliśmy Michaelowi broń w toalecie restauracji. Z każdym zadaniem widać rosnącą coraz bardziej naszą pozycję w rodzinie, ale także Nowym Jorku. Wszystko podsyte także smaczkami, które nie występowały w produkcji Rockstara np. system chowania się przy ścianie i innych gładkich powierzchniach. Dodatkowo system zdobywania interesów, a co za tym idzie – manipulacja właścicielami, żeby zapłacili jak najwięcej, czy system modyfikacji broni, który pozwalał ulepszać każdą z dostępnych w grze broni, który ułatwiał grę, ale także pozwalał z mało lubianych broni robić bardzo dobre maszynki do zabijania. Jednym z problemem gry był bardzo mała różnorodność pojazdów, bo w grze jest ich jakoś 6, co jest liczbą bardzo małą patrząc na fakt, że do dyspozycji dostajemy bardzo duże miasto. Fajnym smaczkiem były także zlecenia morderstw „grubych ryb” w konkurencyjnych rodzinach, gdzie przy większości, żeby otrzymać więcej pieniędzy musimy zabić w konkretny, często niekonwencjonalny sposób np. wrzucić go do komina, czy z dachu. Moim ulubionym zajęciem w tej grze było zdobywanie interesów i patrzenie, jak mapa zmienia się pod wpływem naszych działań – odbijanie melin, magazynów, czy posiadłości Rodzin – to właśnie sprawia, że ta gra jest taka miodna i mam do niej taki sentyment.

7. Shadow of Rome (2005)

Jest źródłem słodko-gorzkich wspomnień. Główną otoczkę stanowi tutaj dość ważne wydarzenie w historii Starożytnego Rzymu – zamordowanie Juliusza Cezara w 44 r.p.n.e. W grze wcielamy się łącznie w dwóch przyjaciół – Oktawiana i Aggrippę, pierwszy z nich jest bratankiem zamordowanego, który przeprowadza dochodzenie w w/w sprawie. Aggrippa to jest początkowo rzymskim legionistą, lecz z czasem staje się gladiatorem w wyniku spisku uknutego przez spiskowców. Grę osobiście można podzielić na dwie dość odmienne gry. Z jednej strony sterujemy Oktawianem, podczas której gra zamienia się w typową skradankę, gdzie musimy się ukrywać przed legionistami(L) i innymi ludźmi i każdym etapem wiemy coraz więcej o spisku wokół morderstwa. Te etapy pamiętam na samym początku gry bardzo mnie odrzuciły, bo nigdy nie lubiłem tego typu etapów, bo giniesz w ciągu sekundy i cały, często długi etap musisz powtarzać od nowa. O wiele więcej mogę opowiedzieć o drugiej części gry w której sterujemy gladiatorem Aggrippą, które były typową nawalanką z innymi gladiatorami na często wymyślonych zasadach i różnych trybach, od klasycznego pojedynku z tuzinami przeciwników przez te z dzikimi bestiami aż do trybów w którym mieliśmy pokonać więcej niż konkurent. A sposobów likwidacji było multum przy pomocy różnych rodzai broni – od miażdżenia głów po obcinanie rąk, czy w końcu głowy – posoka leje się przez cały czas i to jest chyba to, co dzieciaki w moim wieku lubiły najbardziej.

6. FlatOut 2 (2006)

To kolejna gra z typu ‘nie mogę zagrać na komputerze, to sobie ogram na PS2’ oraz gier ogrywanych u kolegów. I gdy w końcu na własnej skórze mogłem bez ingerencji kolegów zagrać w ten tytuł przekonałem się, jakie to dobre. To bardzo dobre wyścigi z nutką wielkiego roz5dolu, który może się tam zadziać, gdy spróbujemy twardo porywalizować z przeciwnikami i poniszczyć się nawzajem. A nawet nasi przeciwnicy dostali tutaj trochę charakteru, gdyż wykreowano 7 oponentów, którzy będą mierzyć się z nami w każdych zawodach, przy czym każdy specjalizuje się w innych typach rozgrywki – jedni miażdżą wszystkich w Derby, inni prześcigają resztę w normalnych wyścigach. A te wyścigi to piękna sprawa, że chętnie spróbowałbym tej rozgrywki na kierownicy, bo w sumie granie na analogach nie potrafi tak dobrze oddać tych wszystkich niuansów. Trasy, mimo że są kompletnie wymyślone to sprawiają wrażenie bardzo dobre i klimatyczne, do dziś moją ulubioną jest ta w której ni z gruchy czy pietruchy przejeżdżamy przez środek centrum handlowego niszcząc przy tym każdą ławeczkę czy kwiatek. To właśnie ta miodność rozgrywki sprawia, że w FlatOut 2 gra się tak niezwykle przyjemnie. Wszystko dodatkowo podsyte innymi trybami rozgrywki, w których prym wiodą zawody polegają na zabawę system wystrzeliwania naszego kierowcy przez przednią szybę – pogramy tak sobie w Rzutki, czy Skok Wzwyż, ale także poniszczymy się bardziej na Derbach, czy fikuśnych torach w kształcie 8semki, czy ślimaka. Wszystko zwięczone genialną ścieżką dźwiękową porównywalną do tej z najlepszych części serii Need For Speed.

5. FIFA 14 (2013)

Czyli najlepsza możliwa wersja na silniku FIFY 07. Jako że PS2 sprzedawało się nieźle to nawet w czasach siódmej generacji dostawało najnowsze wersje FIFY, które coraz bardziej odbiegały od wersji na młodszą generację. Ostatnią była właśnie 14 i w czasie zakupu PS2 była ona nawet najnowszą odsłoną serii, także lakonicznie można się śmiać, że w końcu miałem jakąś nową grę. Rozgrywka jest równie drewniana co w poprzednich częściach cyklu, ale przy tym niezwykle prosta, bo żeby wykonać pressing, by odebrać piłkę, naciskasz guzior, a zawodnik od razu rusza do ataku na przeciwnika. Podania są niezwykle nijakie, wykonanie jakiegokolwiek prostopadłego to dobra droga do straty piłki, ale cała otoczka była niezwykle fajna. Sezon 13/14 to pierwszy sezon BBC w Realu, czy Neymara w Barcelonie. Ale FIFA nie byłaby tak uwielbianą przeze mnie grą, gdyby nie tryb menedżerski, który i tutaj znajduje się w pełnej okazałości żywcem wzięty z 07 i drobnymi łatkami w postaci Punktów Sławy Menedżera i rosnącego stopnia okazałości. To właśnie tutaj rozegrałem swoją najlepszą karierę w życiu podnosząc spadkowicza Championship – Yeovil Town w trzy lata do najwyższej klasy rozgrywkowej i niedługo potem z drużyny półtora-gwiazdkowej drużynę pięciogwiazdkową, gdzie podpisywałem kontrakty z młodymi wtedy takimi gwiazdami jak Griezmann, Pogba, czy Lewandowski. Problemem w tym wypadku był jednak fakt, że często wiele drużyn nie wykonywało żadnych ruchów na rynku, przez co nie mogli oni sprzedawać swoich zawodników, gdyż brakowało im kadry. Jednakże były to małe detale, które rzadko wpływały na grę przez co FIFA 14 w wersji na czarnulkę mówiąc po piterusowemu jest w jakimś ścisłym TOP najlepszy gier z serii FIFA w ogólności.

4. Grand Theft Auto: Vice City Stories (2007)

Ta gra jest niezwykle historyczna, bo była pierwszą, którą nakarmiłem system odtwarzania gier z pendrive’a i jedną z pozycji dla której kupiłem wielokrotnie wspominaną konsolę. W momencie zakupu byłem wniebowzięty, ponieważ uważałem wtedy Grand Theft Auto za serię sprawiającą najwięcej frajdy i zawsze ciepło wrzucić się w wir kolejnej przygody, zwłaszcza, że jest to Vice City, czyli jedno z moich ulubionych miast. Przechodziło się kolejne misje niezwykle fajnie, bo było do czego postrzelać i nie brakowało humoru. Ogrywając po latach jednak zastanawiam się dlaczego, bo teraz, gdy nie mam takiej fazy na gry z uniwersum GTA to VCS wydaje mi się strasznie słabiutki, bardziej taki zestaw misji do VC, ale po kolei: po pierwsze primo, fabuła w tej grze jest niezwykle drętwa, bo Victor wstępuje do wojska, żeby mieć hajs na leki dla swojego chorego brata, lecz szybko zostaje wy5dolony z powodu postaci do której od początku nie mamy szacunku plus dodatkowo przewija się tam Lance Vance, czyli jedna z bardziej nielubianych przeze mnie postaci w całej serii. Z fajnych smaczków to Vic potrafi pływać, co prawda przez tylko kilka chwil, ale po zrobieniu pewnej misji staje się to nieograniczone, wprowadzono kupowanie interesów, ale zamiast unikalnych interesów wprowadzono możliwość budowania jednego z kilku predefiniowanych typów tych budynków. Samego klimatu w tej grze w ogóle prawie nie czuć, chociaż miło wspomina się koncert Phila Collinsa, przejazd ciężarówką wojskową do Fortu Baxter z początku gry, czy nawet jingiel z menu gry, który wpada w ucho jak w sumie każdy motyw przewodni z tej serii. Jednak mimo tych wszystkich wad, które odkryłem przechodząc ją po raz kolejny nie mogę jej zarzucić braku nostalgii czy wspomnień z tamtego momentu, gdy wracałem w piątek do domu, odrabiałem lekcje na następny tydzień i wieczorem dawałem się ponieść tym wszystkim emocjom związanym z ogrywaniem tej gry.

Na dziś starczy tego dobrego. Do omówienia została mi nostalgiczna Święta Trójca oraz kilkanaście gier, które z najróżniejszych przyczyn nie znalazły się na tej liście, a należy poświęcić im dwa słowa. Dobra, dwa zdania. Lepiej – poświęcić im nieco uwagi. Chciałbym zachęcić także do dzielenia się wspominkami z omawianymi wyżej tytułami, ale także swoimi własnymi. Nie zatrzymuję was dłużej, niech moc będzie z wami.


Nowy redaktor! Zmiany na stronie, fuzja etc.

Hej.

Jak wiecie od jakiegoś czasu oprócz mnie na Pitstopie można było znaleźć także artykuły Vandiego czy Seeda. Po pewnych negocjacjach do szeregów redakcji dołącza również Kunio! Wcześniej mogliście kojarzyć go m.in. z zaprzyjaźnionej strony Wrzosowisko, bądź też z wpisów na LU-DM. Wraz z Wrzosiem na Pitstopie pojawiają się również wszystkie jego wpisy, które dostępne były na jego stronie – żeby nie zasypywać nagle falą tekstów, a też najzwyczajniej sporo czytelników już jego wpisy wcześniej przeczytało, zostały one dodane chronologicznie, według daty zamieszczenia tam. Jego strona zaś zostanie zamknięta, zawieszona. Taki transfer to spory krok merytoryczny dla strony, a i fajnie, że do serwisu mają dostęp ludzie „z przeszłością”, bo przecież Seed kiedyś również miał swoją stronę, a i warsztat Vandiego jest znany nie od dziś. Zawsze to też nieco większa szansa na nowy wpis, bo wszyscy wiemy, że z tym jest tu różnie.

W związku, że liczba redaktorów zaczyna już całkiem nieźle wyglądać, postanowiłem (przy pomocy Kunia) stworzyć każdemu, prócz normalnej strony głównej, osobny kącik w razie ktoś byłby zainteresowany tekstami tylko danego autora. Odnośnik do tego znajduje się w menu na górze, który można sobie łatwo rozwinąć. Będzie tam (lub kiedy to czytasz już jest) info o każdym z autorów, jak również o samej stronie.

Tymczasem to tyle, zapraszam do zapoznania się z nową zawartością oraz do trzymania kciuków za każdego z redaktorów by tych tekstów było jak najwięcej – za mnie na czele, bo tego, że niektórych tekstów, które sobie założyłem jeszcze nie ma to szczerze trochę aż wstyd.


Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie chociażby „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym można było sobie pogadać czy wyżalić się. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi z obecnymi tam postaciami gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” wyrazów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać