Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Gdzie sztuka łączy się z grami

(Mały disclaimer – pierwotnie tekst ten pisany był, w zamyśle bez screenów, na pewien konkurs kilka miechów temu, ale nie doszedł dostatecznie daleko. Chyba nikt się nie obrazi, że w takim razie podepnę go tu, bo w sumie czemu nie? To Recenzja Cupheada jakby ktoś nie załapał od razu przy tezie, że gry to sztuka)

– – – –

W dzisiejszym świecie, w którym gry już dawno weszły na salony i przestały być postrzegane jedynie jako denna zabawa dla najmłodszych, wiele osób zadaje sobie pytanie o następny krok rozwoju tej formy multimedialnej rozrywki. Niektóre środowiska zastanawiają się już nad aspektem czysto artystycznym najpopularniejszych tytułów, tym bardziej, że chociażby w przeciągu ostatnich 3 lat twórcy gier byli pod tym względem nad wyraz kreatywni. Idealnie widać to na przykładzie gry Cuphead, wyprodukowanej przez stosunkowo małe Studio MDHR, która swoim niecodziennym zamysłem audiowizualnym wybija się ponad inne nowe tytuły, a przy tym nie wstydzi się czerpać z korzeni i mechanik najlepszych gier ubiegłego wieku rodem z NESa, czy patrząc bardziej na nasze podwórko, z Pegasusa. Mając na uwadze to wszystko, czy Cuphead faktycznie daje radę i czy rzeczywiście jest tak niezwykły? Przyjrzymy się bliżej.

Zacznijmy od podstaw. Cuphead w uproszczeniu to tzw. platformówka, w której główny nacisk został położony na walkę z bossami, stylizowana na amerykańskie animacje z lat ’30 ubiegłego wieku. Fabularnie historia dotyczy dwóch postaci z głową w kształcie filiżanki (a jakże!), które przez swoją nieroztropność popadły w długi u diabła i w celu spłaty muszą u niego pracować jako windykatorzy dusz. Wszystko to w akompaniamencie typowych jazzowych kawałków tamtego okresu i oczywiście charakterystycznych męskich kwartetów wokalnych. Brzmi intrygująco? To dopiero początek.

Przeciwnicy jakich spotykamy na naszej drodze są naprawdę różni – od płaczącej cebuli przez pustynnego dżina aż do kuli bilardowej czy przedstawiciela diabelskiego kasyna. Każdy przeciwnik jest inny i przede wszystkim nieprzewidywalny co sprawi, że do danego bossa będziemy zmuszeni niezliczoną ilość razy. Niewykluczone, że przy okazji zjemy też sporo nerwów. Jak na dzisiejsze standardy Cuphead jest najzwyczajniej grą trudną, której po prostu trzeba się nauczyć. Praktycznie niemożliwe jest przejście jej za pierwszym razem co wcale nie jest wadą, a wręcz dodatkowym urokiem. W żadnym momencie nie jesteśmy prowadzeni za rączkę co jest spotykane obecnie w wielu innych większych tytułach, a co graczy, szczególnie tych, którzy mieli do czynienia ze starszymi tytułami pokroju Duck Tales, Chip ’n Dale Rescue Rangers czy zwykłej Contry często irytuje, bo przez to gra nie stanowi dla nich żadnego wyzwania.

Warto wspomnieć, że gracz pozbawiony jest także jakiegokolwiek paska zdrowia swojego oponenta co dodatkowo utrudnia rozrywkę. Jedynym wyznacznikiem naszego progresu jest pasek po każdej naszej śmierci, informujący nas jak daleko zaszliśmy, czy też kolejne transformacje naszych wrogów, których dokonują po zadaniu im pewnej wyznaczonej ilości obrażeń. Dostępny mamy całkiem spory arsenał broni, od pocisków samonaprowadzających pod te lecące w kilka kierunków. Istnieją również dodatkowe wspomagacze w formie dodatkowego życia czy chwilowej niewrażliwości na ataki wroga. Wszystko to z czasem możemy nabyć z poziomu dostępnego w grze menu. Paradoksalnie gra przez to jest wręcz idealna dla tzw. speedrunnerów, którzy raz za razem, analizując grę wykręcają w niej naprawdę imponujące rekordy przejścia.

Wspomniałem wcześniej o warstwie artystycznej. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z Cupheadem wiedziałem już jak długą drogę przeszli twórcy by ten tytuł ujrzał światło dzienne – zapowiedziany był on długo przed swoją finalną premierą. W końcu każdą klatkę trzeba było rysować ręcznie, a warto zauważyć, że jest gra dostępna jest w 60, a nie 24 i mniej klatkach na sekundę, w jakich dostępne były kiedyś podobne animacje, więc trochę tych obrazków było, a każdy z nich to nie tylko postaci na planie głównym, ale także te osadzone w tle. Oczywiście nie umniejszam tu grom wygenerowanym czysto komputerowo, ale w zestawieniu z faktycznym rysowaniem, ta bardziej tradycyjna forma robi większe wrażenie. Podobna sprawa ma się przecież z filmami poklatkowymi – chociaż nie są one tak popularne i często trafiają jedynie w pewną swoją niszę to chyba nikt nie odmówi im ogromu pracy i wkładu, a przy tym poczucia uroku i nostalgii filmów z naszego dzieciństwa. Tu rodzi się w mojej głowie pewna konkluzja. Skoro filmy, powiedzmy Gnijąca Panna Młoda Tima Burtona czy idąc nawet jeszcze dalej – ostatni głośny Twój Vincent, gdzie każdy kadr, klatka po klatce, uważane są za „rzeczy” typowo artystyczne to dlaczego Cuphead nie miałby być? Odpowiedź nasuwa się sama.

Finalnie Cuphead to najzwyczajniej tytuł w który warto zagrać. Zarówno ci spragnieni prostej w założeniu, ale przy tym, nomen-omen, piekielnie trudnej rozrywki znajdą coś dla siebie jak i ci szukający ciekawego doświadczenia audiowizualnego. Warto się temu poddać, bo śmiem twierdzić, że jest to jeden z ważniejszych tytułów ostatnich lat, a już na pewno jeden z bardziej reprezentatywnych dla całej branży gier video na zewnątrz.


Herbatka z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 4]

Ten news należy czytać w taki sposób, jakby wcale dwie pierwsze kolejki i kawałek trzeciej nie zostały w ogóle rozegrane. Także bez przedłużania zabieramy się za ostatnią część podróży po Anglii i Walii!

Southampton

Kibice Świętych z utęsknieniem patrzą na skład widoczny na zdjęciu. I nic dziwnego, przez ostatnie lata The Saints regularnie bili się o europejskie puchary i ustabilizowali swoją pozycję w górnej połówce tabeli. Wszystko runęło w minionym sezonie, gdzie większość roku podopieczni wówczas Mauricio Pellegrino znajdowali się w strefie spadkowej. Brak przekonywujących wzmocnień, dodatkowo ciągle odchodziły z kluby najwieksze gwiazdy, kadra coraz bardziej się starzała i taki oto efekt. Teraz zadaniem Marka Hughesa będzie przywrócenie statusu Southampton w Premier League, choć wielu ekspertów widzi ich walczących o utrzymanie. Tym razem znów z klubu odszedł kluczowy zawodnik – Dusan Tadić, choć w jego miejsce trafili Mohamed Elyounoussi z FC Basel, Jannik Vestergaard z Borussii Moenchengladbach, czy (kontuzjogenny) Danny Ings z Liverpoolu. Są to wzmocnienia na pozycje wymogające wzmocnień (chociaż, czy Jan Bednarek spisywał się tak słabo?), skrzydłowy potrzebny był od zaraz, a po przyjściu Ingsa w klubie jest czterech napastników na mniej więcej równym poziomie. W skrócie – Southampton to wielka niewiadoma. Nie wydają się być tak groźni jak w ostatnich latach, ale ich kadra nie wygląda na zespół, który miałby pożegnać się z rozgrywkami, ale z drugiej strony wielkiego szału nie ma.

Tottenham Hotspur

Ależ Koguty zrobiły progres pod wodzą Mauricio Pochettino. Z drużyny bijącej się w środku tabeli, powstała drużyna bijąca się o mistrzostwo Anglii i jako jedyna kończąca każdy z trzech ostatnich sezonów w czołowej trójce, przy czym większość składu (jak Harry Kane, Dele Alli, Danny Rose, Harry Winks) to zawodnicy, którzy są albo wychowankami klubu z północy Londynu, albo tacy, którzy zasilili klub w bardzo młodym wieku. Czy w tym sezonie Spurs w końcu sięgną po jakieś trofeum? Mają ku temu wszelkie predyspozycje, lecz jest jeden problem – Daniel Levy nie sprowadził do klubu ani jednego nowego zawodnika, a przy późniejszym natężeniu rozgrywek, przy grze w krajowych pucharach, Lidze Mistrzów, szersza ławka może się przydać. Kolejnym ważnym punktem mówiąc o Tottenhamie jest ich powrót na White Hart Lane gdzieś w połowie września. Nowo przebudowany stadion Tottenhamu będzie mógł pomieścić 62 tysiące widzów, czyli o dokładnie tysiąc więcej niż stadion odwiecznego rywala, Arsenalu („Jak tam sąsiedzie, widzę że stadion coś zmalał”). Kogutom przeszkodzi na pewno brak Sona Heung-Mina, który wyjechał do Indonzeji grać na Igrzyskach Azjatyckich, aby potem nie musieć służyć w południowokoreańskiej armii. Trzymamy kciuki za dobry występ asa Tottenhamu. W drużynie Mauricio Pochettino niewiele się zmieniło, ale czy to wyjdzie Spurs na dobre?

Watford

W klubie, którego legendą jest sir Elton John, a prowadzonym przez rodzinę Pozzo, dzieje się jak zwykle to samo. Wielkie rewolucje kadrowe i masowe wypożyczenia z klubu, jak i do klubu, w szczególności na linii z Udinese, którego wspomniana rodzina Pozzo jest również właścicielem. Stabilizacja nie jest chyba ulubionym słowem właścicieli The Hornets, gdyż trenera zmieniają średnio co rok, a w listopadzie ubiegłego roku odrzucili ofertę opiewającą na 20 milionów funtów za trenera Marco Silvę tylko po to, by zwolnić go kilka tygodni później. Drużyna Javiego Gracii zachowała jednak trzon najważnieszych graczy, wykupili na stałe Deulofeu, oraz utrzymali Capoue, Hughesa, czy Deeneya, a klub zasilili mniej więcej: powracający po 10 latach Ben Foster, Adam Masina, Ken Sema czy też Ben Wilmot. Niewiele wskazuje na to, że Szerszenie miałyby użądlić mocniej niż w poprzednich sezonach, i opuścić dolną połowkę tabeli, ale ambicji włoskich milionerów nie wolno lekceważyć, szczególnie przy tak imponującej sieci skautów jaką posiada klub z Vicarage Road.

West Ham United

Od czasu przeprowadzi na Stadion Olimpijski, wiele rzeczy nie poszło po myśli kibiców, działaczy i piłkarzy The Hammers, miała być walka o puchary, a skończyło się na walce w dolnych rejonach tabeli. Gdy w 2016 roku wraz z przenosinami do nowego domu zagrali w Lidze Europy, odpadli z niej w kompromitującym stylu, odpadając z tym samym klubem z Rumunii co rok wcześniej (kiedy to w Lidze Europy grali dzięki klasyfikacji Fair Play). Zamiast tego przyszły niechlubne rekordy defensywne, niewypalone transfery, a jedyne co było naprawdę piękne to bąbelki puszczane przed początkiem meczów Młotów. W tym okienku Ian Sullivan dał kibicom West Hamu kolejny promyk nadzieji kupując takie nazwiska jak Łukasz Fabiański, Felipe Anderson, Lucas Perez, Carlos Sanchez, Ryan Fredericks, Issa Diop czy Andrij Jarmołenko. Z takim składem West Ham na pewno wygląda na papierze dużo atrakcyjniej, jednak dużo było przypadków, gdzie spadały z ligi drużyny mocne na papierze, chociażby inny londyński klub – Queens Park Rangers w sezonie 2012/13. Nie ma na razie co wyciągać pochopnych wniosków, tylko czekamy z niecierpliwością co pokaże ekipa prowadzona przez Manuela Pellegriniego.

Wolverhampton Wanderers

A na deser wędrujemy do ostatniego z beniaminków, a jednocześnie najsilniejszego beniaminika (przynajmniej na papierze). Niedawno właścicielem Wolves zostało konsorcjum, którego udziałowcem jest Jorge Mendes. Efekt? Masowe transfery portugalskich zawodników godnych gry w dobrych europejskich klubach. W Championship trafiły takie pożądane na rynku nazwiska jak Ruben Neves, który wciągnął ligę nosem; Diogo Jota, czy Ruben Vinagre. Zaś po awansie do Premier League, do zespołu trafili Rui Patricio, Joao Moutinho, no i dodatkowo Jonny Castro, Raul Jimenez i Adama Traore. W obliczu takich transferów, stawianie Wilków w roli kandydata do spadku byłoby nie na miejscu, jednak ławka rezerwowych jest przepełniona graczami pasującymi bardziej do Championship, a sama kadra nie jest zbyt szeroka. Pamiętacie Michała Żyrę? Kibice Wolverhampton też nie, a były pomocnik Legii, po wyleczeniu koszmarnej dalej jest zawodnikiem klubu z Molyneux. Osobiście stawiam na Wolverhampton jako na klub, który może być czarnym koniem sezonu i najbardziej niewygodnym rywalem dla zespołów z czuba tabeli Premier League.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 3]

Leicester City

Ciężko w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata, odkąd Lisy zdobyły serca całego piłkarskiego świata, zdobywając wbrew jakimkolwiek oczekiwaniom tytuł Mistrza Anglii. Dziś The Foxes wydają się być solidnym klubem ze środka tabeli, a w ekipie zmieniło się niewiele. Wielu graczy z mistrzowskiej kampanii wciąż jest częścią ekipy Claude’a Puela, ale jednak w oczy najbardziej rzuca się utrata Riyada Mahreza, którego forma szybowała w górę, gdy tylko zbliżało się okienko transferowe. Leicester przeżyło utratę najpierw Kante, potem Drinkwatera, więc tym razem nie powinno być inaczej, tym bardziej że w klubie jest naturalny zastępca – Demarai Gray. Leicester było jednym z aktywniejszych klubów w letnim okienku, co potwierdzili ściągając w swoje szeregi Jonny’ego Evansa, Ricardo Pereirę, Rachida Ghezzala, czy też Danny’ego Warda. Dla klubu z King Power Stadium zapowiada się kolejny sezon walki w środki tabeli – i kto wie; ewentualnej walki o europejskie puchary. Vardy mimo upływu lat wciąż strzela, Schmeichel zdaje się nigdzie nie ruszać, Maguire wciąż straszy napastników rywala = Leicester znowu uniknęło masowej wyprzedaży.

Liverpool

Jak dawno nie było takiego Liverpoolu. Wielu kibiców i ekspertów uważa, że ten sezon może być sezonem The Reds, którzy czekają lata na upragnione mistrzostwo. Niesamowity tercet Salah-Firmino-Mane bijący wszelkie strzeleckie rekordy nie tylko na krajowym podwórku, transfery na pozycje najbardziej wymagające wzmocnień, mocna i szeroka kadra, no i heavy metal football Jurgena Kloppa. Tego samego Kloppa co nie chciał wydawać wielkich pieniędzy, a potem pobił rekord transferowy za obrońcę, a potem za bramkarza (który chyba niedługo przebije Chelsea). Fabinho, Keita, Christie-Davies, Shaqiri i Alisson. Te nazwiska wyraźnie wzmacniają kadrę Czerwonych i stawiają ich w roli poważngo kandydata do tytułu Mistrza Anglii. Jak zawsze pojawiają się problemy, na przykład Alex Oxlade-Chamberlain wypadł z gry na cały rok, czy fakt, że na tę chwilę nie udało się nikogo sprzedać (FFP też ważna rzecz, a Emre Can odszedł za darmo). W czerwonej stronie Merseyside optymizm sięga zenitu, jednak każdy dobry sezon, który zakończy się bez trofeów będzie uznawany za porażkę. Nie żebymbył najbardziej obiektywną osobą pod tym względem, ale Liverpool stoczy z Man City heroiczny bój o prymat na Wyspach Brytyjskich.

Manchester City

Nieważne co by się stało, obrońcę tytułu zawsze trzeba wymieniać w roli faworytów. Szczególnie mistrzów, którzy swoja grą, mieszanką wielkich gwiazd i zabójczego stylu gry, z genialnym menedżerem zjedli ligę dwa razy, zdobywając 100 punktów w sezonie, wygrywając 32 z 38 meczów, zdobywając 106 bramek, tracąc tylko 27. U siebie i na wyjeździe zdobyli najwięcej punktów. W każdej tych statystyk The Citizens wyraźnie byli najlepszym zespołem w lidze. Zważywszy na to, że zespół opuścił jedynie podstarzały i rezerwowy Yaya Toure, a ekipę dodatkowo zasilił Riyad Mahrez, a w klubie nie było żadnych drastycznych zmian – czemu ten sezon miałby wyglądać inaczej? Na prawie każdej pozycji dwóch zawodników klasy światowej, możliwość gry niemal każdą formacją – kolejny sezon dominacji Obywateli nie będzie żadną niespodzianką i naprawdę nie ma się co rozpisywać, bo możliwe że oglądamy najlepszą drużynę w historii ligi angielskiej, a zdetronizowanie City Pepa Guardioli (który tym razem NIE „przyszedł na gotowe”) będzie niesamowicie ciężkie.

Manchester United

Nie zmieniamy miasta, zmieniamy tylko kolor. Czerwone Diabły to zespół, któremu bez wątpienia wiele brakuje do dawnych lat świetności. Ale na pewno nie można powiedzieć, że nie jest to wielki klub, ani nie jest to dobra drużyna. Czy zobaczymy rozpad zbieraniny gwiazd, jak to w trzecim sezonie Mourinho – czas pokaże, ale portugalski szkoleniowiec nie jest ostatnio zbyt popularny wśród kibiców United. The Red Devils posiadają bardzo dobrą kadrę, która jednak nie osiągała ostatnio sukcesów na miarę swojego potencjału. Defensywa wciąż wydaje się niekompletna (oczywiście poza pozycją Davida de Gei), ale pomoc i atak są naprawdę pełne podziwu. Świetni piłkarze na każdej pozycji, tacy gracze jak Anthony Martial na ławce, z takim atakiem o United powinno mówić się w kontekście faworytów do tytułu. A jednak zawsze jest ta doza niepewności, Alexis Sanchez nie wygląda na zaaklimatyzowanego, Pogba wciąż gra na złej pozycji, ogólnie poprzedni sezon był nieprzekonywujący. Na uwagę zaskakuje mała aktywność transferowa. Fred z Szachtara Donieck jest na pewno największym wzmocnieniem środka pola, dodający kreatywności, jednak Diogo Dalot to inwestycja w przyszłość, a Lee Grant został kupiony by być zmiennikiem De Gei, w obliczu kontuzji Sergio Romero. Nie zapominajmy, że drużyną prowadzi trener, którego defensywy są niesamowicie skuteczne, oraz że z przodu mają kim postraszyć. Ogólnie rzecz biorać – Manchester United ma wszystko by znów wrócić na szczyt w Anglii (i być może Europie)

Newcastle United

Gdzie trafiają pieniądze za transfery tego oto klubu? Do tylnej kieszeni tego Pana. Na The Toon kibice Srok stracili już chyba wiarę w to, że Mike Ashley przestanie być właścicielem Newcastle United. Niesamowita bierność transferową niech poprze fakt, że przy dzisiejszych cenach jakie płaci się za piłkarzy, najdroższym piłkarzem w dziejach The Magpies jest… Michael Owen kupiony w 2005 roku. W mieście Rafa Benitez ma chyba status Boga. Od razu wrócił z klubem do Premier League, i w pierwszym sezonie, z niskim budżetem, zakończył sezon w górnej połowie tabeli. Newcastle będzie starało się uniknąć syndromu drugiego sezonu, jednakże wyglądają oni na tyle solidnie, że nie powinni mieć większych problemów z utrzymaniem. Sytuacja na rynku transferowym niezmienna. Do klubu trafili: Fabian Schar, Ki Sung-Yeung (za darmo) i Salomon Rondon (na zasadzie wymiany z West Bromem za Dwighta Gayle’a). Jestem pewien, że Rafa dalej będzie kontynuował genialną robotę jaką odwala na Tyneside, a Newcastle znowu będzie niewygodnym przeciwnikiem.

c.d.n.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 2]

Dziś kontynuujemy naszą podróż po angielskich boiskach, sprawdzając co słychać u klubów z najwyższego szczebla rozgrywek w Anglii przed nowym sezonem.

Chelsea

A więc stało się. Po dwóch sezonach pracy w The Blues, posadę trenera stracił Antonio Conte, który po pierwszym sezonie w roli szkoleniowca Chelsea był uważany za jednego z najlepszych szkoleniowców świata. Włoskiego Mourinho zastąpi włoski Guardiola – czyli były już trener Napoli – Maurizio Sarri. Oznacza to koniec gry systemem z trójką stoperów, i przenosiny na ultraofensywne 4-3-3. Niebiescy byli ostatnio przyzwyczajeni do grania defensywnej piłki, więc przyjazd Sarriego może być potrzebnym klubowi powiewem świeżości. Ten od razu ściągnął z Napoli swojego maestro środka pola – Jorginho, a poza tym nie dokonał wiekich rewolucji. Na tę chwilę, co warto podkreślić, klubu z zachodniego Londynu udało się zatrzymać w klubie i Edena Hazarda i Thibaut Courtois, którzy byli wymieniani w kontekście ewentualnego transferu do Realu Madryt. W tej chwili kadra Chelsea jest dość szeroka, a sam Sarri zapowiada szansę dla wielu utalentowanych juniorów w klubie, jak Ruben Loftus-Cheek czy Callum Hudson-Odoi. Chelsea ma wszystko aby wrócić do ponownej walki o tytuł, choć przydałby się tej ekipie nowy lider (i napastnik), bo Hazard i Willian zdają się być w tym klubie od zawsze. To czy Sarri wypali w Anglii (jest to jego pierwsza praca poza granicami Italii) jest największą niewiadomą wśród zespołów z czołowej szóstki. Osobiście uważam, że są naprawdę poważnym kandydatem do tytułu.

Crystal Palace
Zatrzymać Pana ze zdjęcia. Taki wydawał się być główny cel zarządu The Eagles na letnie okienko transferowe. Do tej pory się udało, jednak Wilfried Zaha otwarcie mówi, że chce odejść, a gdy w kręgu zainteresowanych są Chelsea czy Tottenham, może być o to ciężko. Na początku ubiegłego sezonu każdy myślał, że Palace w tym newsie się nie znajdzie, po tym jak Palace nie potrafił strzelić gola przez 7 kolejek (Pogoń Szczecin – nie jesteście najgorsi), a Frank de Boer został pierwszym w historii trenerem w historii ligi angielskiej, którego drużyna nawet raz nie zdobyła gola. Po zatrudnieniu jakże uwielbianego na Wyspach Roya Hodgsona odpowiedzialnego za blamaż Trzech Lwów na Euro 2016, klub wydawał się już pogrążony. Jednak od tego momentu Palace odbiło się od dna, zaczęło wygrywać mecze i bez problemów utrzymali się w lidze. Czas okienka letniego to jednak czas typowej dla klubów Hodgsona posuchy. Do drużyny trafili tylko Max Meyer (za darmo) i Cheykhou Kouyate z West Hamu, zaś klub za darmo pozbył się wielu rezerwowych graczy. Jak co roku Orły typowane są do walki o utrzymanie, i jak co roku typy te nie są bezpodstawne. Jeżeli z klubu odejdzie Wilfried Zaha, ciężko będzie klubowi znaleźć gracza na zblizonym poziomie w ostatnich dnia okienka transferowego. Czy cheerleaderki z Selhurst Park zawitają w Premier League na dłużej? Będzie o ciężko, ale Crystal Palace zawsze odpala w końcówkach sezonu.

Everton

Tak śmieje się Sam Allardyce z kibiców Evertonu, którzy myśleli że ten zostanie w klubie na dłużej i nie pójdzie doić innego klubu z kasy. W niebieskiej części Liverpoolu jednak po Big Samie niespecjalnie płaczą. Nowym szkoleniowcem The Toffees został Marco Silva, którego w listopadzie chcieli odkupić z Watfordu za 20 milionów funtów. A teraz mają go za darmo. Po wielu klapach sprzed roku, Everton działa rozważniej na rynku transferowym i nic dziwnego, paru graczy kupionych rok temu zostało sprzedanych taniej, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Everton zawsze wymienany jest w kontekście wysokich miejsc tuż za czołówką. Do klubów z Top Six im brakuje, ale jednak są klubem wyraźnie lepszym od innych średniaków. Nie inaczej będzie w tym sezonie, mają dobrą i szeroką kadrę, dobrego i młodego trenera. W dodatku kupili legendę Football Managera – Richarlisona (pomińmy fakt, że za niego przepłacili). Wraz z Leicester, Everton będzie głownym kandydatem do siódmego miejsca w tabeli i będę mocno zdziwiony jak coś tam pójdzie nie tak.

Fulham

Dla tego Pana (do nie dawna chłopca) na zdjęciu należą się niesłychane propsy. Ryan Sessegnon nastukał w wieku niespełna 18 lat w Championship takie liczby, że już było głośno o zainteresowaniem jego osobą Barcelony, PSG, Bayernu, Liverpoolu, Man United, etc. Dopiero Premier League, w której zagra po raz pierwszy w tym sezonie będzie prawdziwym sprawdzianem jego talentu. Fulham (z którym dobre wspomnienia mają kibice Wisły Kraków), jak to beniaminek, będzie skupione na wywalczeniu utrzymania w lidze. I pewnie jeszcze niedawno byli przedstawiani jako główni faworyci do spadku do Championship, aż tu nagle do ich dużyny trafili Jean Michael Seri (ten sam, który był o krok od Barcelony) i Andre Schurrle. Choć The Cottagers bardzo wzmocnili swój skład i będą mieli naprawdę solidną kadrę, to jednak wciąż wszystko wskazuje na to, że będą okupowali dolne rejony tabeli, bo nie udało im się zatrzymać wszystkich kluczowych graczy, stracili chocby Ryana Fredericksa na rzecz West Hamu. Jednak dobrze widzieć Wieśniaków w Premier League, i ciekawie będzie zobaczyć jak poradzą sobie po czterech sezonach poza najwyższym szczeblem.

Huddersfield Town
Rok temu The Terriers byli fenomenem. Drużyna Davida Wagnera awansowała do Premier League z ujemnym bilansem bramkowym, a potem malutki klubik ze środkowej Anglii utrzymał się w lidze. David Wagner zawdzięcza to licznym transferom, które dokonuje co roku – przed sezonem, w którym wywalczył awans do Premier League ściągnął do klubu (z niewielkim budżetem) aż 17 zawodników. Teraz liczby nie są tak duże, ale Terriery odważnie sięgają po nowych graczy za niewielkie pieniądze, poszerzając ciągle kadrę. Do klubu trafili między innymi Terence Kongolo, Erik Durm, Ramadan Sobhi czy Ben Hamer. Jednak kadra Hud-Hud dalej wygląda dosyć przeciętnie, a klub dalej będzie do końca bił się o ligowy byt. Obok Cardiff, jest to według mnie główny kandydat do spadku z Premier League, choć nie ma chyba na świecie osoby, która życzyłaby źle tej drużynie, która i tak zrobiła w ostatnich latach kolosalny postęp.

W dzisiejszej zapowiedzi to by było na tyle. W następnej części dowiemy się co u kolejnych drużyn, a mianowicie: Leicester, Liverpoolu, klubów z Manchesteru i Newcastle.

Stay tuned!


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019! [CZĘŚĆ 1]

Czujecie ten zapach w powietrzu? Mecze topowych ekip, genialna atmosfera na trybunach, niesłychane sensacje, walki o mistrzostwo i utrzymanie, komentarz Andrzeja Twarowskiego i Rafała Nahornego? To oznacza tylko jedno – liga angielska wraca do nas wielkimi krokami! Czy „Obywatele” zostaną zdetronizowani? Kto spadnie z ligi? Który trener wyleci jako pierwszy? Kto z „Top Six” będzie musiał się nacieszyć Ligą Europy? Na żadne z tych pytań odpowiedzi jeszcze nie znamy, stąd też warto wprowadzić Was w jakże niepowtarzalny klimat tych rozgrywek, sprawdzając co tam słychać w każdym z dwudziestu klubów „Premki”.

Arsenal

Opisując kluby w kolejności alfabetycznej, zaczynami z naprawdę grubej rury, bo od „Kanonierów” gdzie już nic nigdy nie będzie takie samo. Z posady trenera po 21 latach zrezygnował Pan Arsene Wenger. I choć wielu kibiców The Gunners często domagało się, żeby Francuz odszedł wcześniej, to jednak i tak zostanie zapamiętany jako legenda klubu i jako postać, która swoim podejściem do „pięknej gry” zrewolucjonizowała całą ligę. No i pod jego wodzą Arsenal sięgnął po złote trofeum Premier League za sezon bez porażki. W czerwonej części północnego Londynu idzie nowe, i kibice Arsenalu dość szybko docenili Wengera gdy jako nowy menedżer zespołu przedstawiony został Unai Emery. Hiszpan jednak pokazał, że chce aby Arsenal wrócił na sam szczyt, od razu wzmacniając słabe punkty drużyny. Kanonierzy nie zrobili wyprzedaży najlepszych graczy, a sprowadzili Lichtsteinera, Leno, Sokratisa, no i przede wszystkim – pożądanego przez wielkie europejskie kluby Lucasa Torreirę. Skład Arsenalu wygląda na naprawdę mocny, kwestią jest tylko czy piłkarze dostosują się do życia pod nowym szkoleniowcem. Arsenal dysponuje niesamowitym atakiem, a pozostałe pozycje zostały wzmocnione, a do tego wciąż zostało miejsce dla młodych graczy. Choć dziwnie będzie wyglądać Arsenal bez postaci Wengera przy linii, którego futbol był momentami przepiękny (choć w ostatnich latach jego pracy na The Emirates bardzo nieskuteczny), to moim zdaniem, kibice Arsenalu z optymizmem mogą patrzeć w przyszłość. Mój typ? O Ligę Mistrzów wciąż będzie ciężko, jednak Kanonierzy w Top Six nie będą tylko tłem dla rywali, a nałożą trochę większą presję na zespoły z „czuba”,

Bournemouth

Po odejściu Wengera, ten jegomość na zdjęciu jest najdłużej urzędującym trenerem w Premier League (i jednocześnie najmłodszym). Todd z Breaking Bad Eddie Howe jest żywą legendą Wisienek. Był zawodnikiem Bournemouth przez 13 lat, a klub trenuje już przez 11 sezonów (z drobną przerwą), mając na karku zaledwie 40 lat! Już mówi się o nim jako najlepszym angielskim trenerze, a koleś urządza sobie Football Managera w prawdziwym życiu, bo jako menedżer wciągnął klub od czwartej ligi, do Premier League, gdzie przez trzy sezony, z klubu typowanego na pożarcie stworzył ekipę, która nawet nie powąchała spadku z ligi, oraz zapewniła sobie status solidnego ligowego średniaka. Z praktycznie niezmieniającym się składem, Bournemouth jak zwykle nie robi wiele transferów, oraz nie pozwala odejść czołowym graczom, choć jeden transfer w tym okienku (kupno Diego Rico), może się okazać niewystarczający, bo kadra The Cherries na kolana nie rzuca. Warto jednak podkreślić, że pozostali oni jednym z niewielu klubów w Anglii, gdzie Anglicy stanowią większość kadry. Myślę jednak, że utrzymanie nie powinno stanowić Bournemouth większego kłopotu, choć nie zajmą już tak wysokich miejsc jak w ostatnich sezonach. Ale to tylko moje typy, mogą równie dobrze wygrać ligę. Na pewno nie można powiedzieć, że nie są przygotowani na grę na najwyższym poziomie na Wyspach.

Brighton & Hove Albion
Mewy przetrwały pierwszy sezon w Premier League jako debiutant w rozgrywkach, z dość imponującym skutkiem, zajmując 15. miejsce w lidze i do w dodatku z Glenn Murrayem w ataku. Chris Hughton doskonale wie, że utrzymanie formy z pierwszego sezonu po awansie w drugim sezonie jest tak trudne jak odczytanie nazwiska Pana ze zdjęcia (Alireza Jahanbakhsh), więc sięgnął dość głęboko do portfela działaczy klubu sprowadzając Leona Baloguna, Florina Andone, Yvesa Bissoumę, czy wspomnianego króla strzelców Eredivisie. Brighton chce na dłużej zawitać w angielskiej ekstraklasie, a klub ma ku temu predyspozycje, co widać po dokonywanych przez nich transferach. Dolne rejony tabeli wciąż będą ich drugim domem, jednak ich atutem będzie szersza ławka niż w poprzednim sezonie, gdyż cały ubiegły sezon Mewy przegrały praktycznie jednym składem!

Burnley
Jakkolwiek nieprawdopodbnie by to nie brzmiało – tak, to prawda; Burnley zagra w europejskich pucharach. Właściwie to już nawet zaczęli kwalifikacje do Ligi Europy od wyeliminowania szkockiego Aberdeen (tak cieszyli się, że zwiedzą Europę, a nawet jeszcze za granicę nie pojechali). W III rundzie zmierzą się ze znacznie mocniejszym Basaksehirem, i choć kibice Bordowych znajdują się w stanie orgazmicznymi, może lepiej dla klubu byłoby nie awansować do fazy grupowej Ligi Europy? Choć podopieczni Seana Dyche’a (który w mieście ma chyba status świętego) w poprzednich okienkach konsekwentnie wzmacniali swoją kadrę, to jednak granie w środku tygodnia może się okazać klątwą Burnley. Tym bardziej, że na transfery wydali 0 funtów. Czasu jest niewiele, okienko kończy się wraz ze startem Premier League. Życzę im powodzenia, niestety jednak wróże im walkę o utrzymanie, chyba że szybko odpadną z LE, co w wypadku angielskich klubów nie byłoby niczym zaskakującym. Kadra The Clarets, choć szeroka, to brak w niej jakości i jest ona dość stara. Ale za ubiegły sezon należą im się serduszka i gratulacje, niech się cieszą tym gdzie są i niech znowu zaskoczą parę topowych ekip po drodze.

Cardiff City

Spadek Swansea City oznacza, że ominą nas Derby Walii w Premier League. A co zmieniło się w Cardiff od ich ostatniego, krótkiego pobytu w Premier League w sezonie 2013/14? Na przykład… barwy klubowe! W 2012 władze kluby podjęły decyzję, że w sumie beka będzie jak zamiast na niebiesko od teraz będziemy grać na czerwono. Pomysł został porzucony, a teraz przydomek The Bluebirds ma chociaż sens. Po spadku z ligi w 2014 roku sytuacja w klubie była bardzo nieciekawa, stadion świecił pustkami, klub borykał się z problemami finansowymi, aż w końcu, ekscentryczny właściciel klubu – Vincent Tan (na zdjęciu), sięgnął do kieszeni. Efekt? Awans do Premier League. Chciałbym dostrzegać jakieś pozytywy w sytuacji Drozdów, jednak nie potrafię. Trenerem jest doświadczony Neil Warnock, który doświadczenie w Premier League mimo sędziwego wieku ma nikłe, a kadra, ani dokonane transfery kilku graczy z Championship na kolana nie powalają. Skład dominują Anglicy, jednak tylko pięciu graczy zaznało gry w Premier League. Są to Pilkington, Hoilett, Richards, Tomlin i Bennett. Brak zawodników na poziomie Premier League, wyraźnych liderów, dobrego menedżera, szerokiej kadry, naprawdę -w przypadku Cardiff nie ma o czym pisać. Kampania 2018/19 dla klubu ze stolicy Walii może okazać się bardzo bolesna, i jak to beniaminek, będą głównym kandydatem do spadku.

Na tę część wpisu to tyle, spodziewajcie się kolejnych, a przy kolejnej herbatce z mlekiem odwiedzimy Chelsea, Crystal Palace, Everton, Fulham i Huddersfield.

Tymczasem, see you!