Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Rozkminy

Jeszcze inaczej, bo nie ma sensu rozbijać tego na milion artykułów. Przez ostatni czas miałem w głowie różne tematy m.in. o których parę zdań niżej. Tu w formie zbiorczej, co cięższe i tak odpadły we wstępnej selekcji w składzie jednoosobowym, ze mną jako przewodniczącym. Na koniec parę słów tak o, jak leci u mnie.


Najświeższa – Luka Modric ze złotą piłką za obecny rok przerywając tym samym 10-letnią dominację Messiego i Ronaldo, którzy rozdzielili między sobą równo po 5 ostatnich tych prestiżowych nagród. Wygrana Chorwata to dla mnie krok w dobrą stronę i nie, nie na zasadzie, że powyższa dwójka już swoje wygrała, bo nadal zarówno Argentyńczyk jak i Portugalczyk mają nieoceniony wpływ na swoje drużyny, ale po prostu spoko, że w końcu został wyróżniony ktoś spoza linii ataku. I tak, zaraz zlecą się ludzie z argumentem, że w takim razie czemu nie dostali jej wcześniej Xavi, Iniesta czy Sneijder, ale przecież nie może się to teraz ciągnąć cały czas za organizatorami i że nie może dostać ktoś teraz nagrody, bo wcześniej ktoś podobny nie dostał. Modric w tym sezonie jak i generalnie od wielu lat robi naprawdę świetna robotę w środku pola i śmiem twierdzić, że bez niego o ostatnie tytuły Realu byłoby szczególnie trudno. Swoją drogą dla hejterów i zwolenników teorii jakby Luka dostał tylko nagrodę tylko za Mundial – przypomnijcie sobie rok 2006 i nagrodę dla Fabio Cannavaro – obrońcy(!), kapitana ówczesnych mistrzów świata, który w plebiscycie pokonał m.in. Ronaldinho, Zidane’a czy Henry’ego. W Juve nie miał on za to wtedy świetnego sezonu, do Realu doszedł dopiero po MŚ, a mimo to wszyscy byli niezwykle dumni, że to akurat on wygrał tę nagrodę.

Wgl jeszcze dla tych narzekających na wybór w tym roku – Modric nie dostał tylko Złotej Piłki, ale też kilka innych prestiżowych nagród od niezwiązanych ze sobą serwisów. Jak głosi słynny mem: przypadek? Nie sądzę.


Ostatnio przy okazji tematu Kubicy zainteresowałem się tematem rajdów z tzw. grupy B. W dużym skrócie były to samochody, które osiągały prędkość na poziomie F1, tyle że jeździły jako normalne rajdówki. Ze względów bezpieczeństwa zostały wycofane, ale jak patrzy się na archiwalne nagrania – zimny pot.


Oglądałem ostatnio film Drive – obsypane nagrodami dzieło Nicolasa Refna z 2011 roku. Wcześniej jakoś mijałem się z tym filmem, czego bardzo żałuję, bo zdecydowanie jest to jeden z lepszych filmów jakie dane było mi zobaczyć, szczególnie w kontekście, że z tego filmu sporo czerpał uwielbiany przeze mnie Baby Driver. Genialną robotę robi tam soundtrack (czy kiedykolwiek napisałem inaczej przy słowach o filmie?), z resztą jeden z kawałków z tego filmu wstawiłem całkiem niedawno na tę stronę (Kavinsky – Nightcall jbc). Genialnie do tej roli pasuje Ryan Gosling, do którego nabrałem respektu już po Blade Runnerze. Gość zawsze uważany był za trochę drewno i typa z jedną miną, ale tu to się sprawdza, bo jego postać jest jakby trochę wycofana z „normalnego życia”. Film od pewnego momentu staje się trochę brutalny, ale wszystko to poprowadzone jest ze smakiem i przede wszystkim, nie brakuje tu mocnej symboliki, która zostaje z widzem na dłużej. Jakby coś to polecam.


Jeśli mielibyście wybrać najlepszy polski film patriotyczny to jaki tytuł byście podali? Ja ostatnio miałem z tym problem. Większość polskich filmów patriotycznych jest o uciśnieniu z jednej czy drugiej strony, a chodzi mi o film stricte o sile naszego kraju. Na myśl przychodzi mi głównie Potop Jerzego Hoffmana, a przecież to film z roku ’74 i żeby nie było, szanuję filmy skupiające się na jednostkach, ważnych postaciach w historii Polski w stylu filmów Jack Strong, Wałęsa – wolność jest w nas czy ten o księdzu Popiełuszko, ale jakby nie patrzeć nie są to filmy o całym narodzie. USA chyba sobie najwięcej takich filmów zrobiło, ubranych w różny kontekst, Rosja też się nieźle z tym trzyma. Może wynika to też z takiej, a nie innej historii naszego kraju, ale z drugiej przecież nawet takie filmy jak 1920 Bitwa Warszawska z Nataszą Urbańską w slow motion czy ten o Powstaniu Warszawskim z dubstepem zostały położone. Czekam na coś dobrego jak mam być szczery.


2019 będzie rokiem Disney’a – słychać to tu i ówdzie od dłuższego czasu, ale ostatnio machina ta nabiera jeszcze większego rozpędu. Generalnie 4 seanse w kinie jakie sobie wstępnie zaplanowałem na przyszły rok to właśnie filmy amerykańskiego giganta – Avengers 4, Toy Story 4, odnowiony Król Lew i Gwiezdne Wojny IX. Ostatnia część Avengersów będzie jednym z większych świąt popkulturowych, nowego wymiaru nabierze to również po niedawnej śmierci Stana Lee, Toy Story 4 to film, którego najbardziej się obawiam, bo jedynka i dwójka to dla mnie opus magnum animacji w ogóle i filmy, które w jakimś stopniu ukształtowały małego mnie, ale już trzecia część była dla mnie za mocna i nie wspominam jej zbyt dobrze. W czwartej mają ponoć nieco zluzować i mam nadzieję, że wyjdzie to im na dobre – w końcu hej, to nadal Pixar, nie wypuszczą byle czego. Odnowiony Król Lew uderzył mnie stosunkowo niedawno i największą rolę będzie odgrywać nostalgia, bo nawet jak mi dadzą film 1 do 1 przeniesiony z wersji rysunkowej to i tak będę zadowolony. No i na koniec Gwiezdne Wojny, przypadek podobny trochę jak z Avengersami. Pomijam tu fakt, że za rok Disney ma zamiar rzucić wyzwanie Netflixowi w postaci swojej platformy streamingowej. Będzie się działo.


Przeczytałem jakiś czas temu Życie i czasy Sknerusa McKwacza Dona Rosy – to taki komiks, ale bardziej pasuje określenie powieść, bo to ma ponad 400 stron i skupia się tylko i wyłącznie na życiorysie jednej postaci od jej maleńkości aż do starości. W swoim czasie dostała nagrodę Eisnera (to taki Oscar wśród komiksów). Wszystko to opisane jest przez twórcę, poznajemy historie jak to powstawało i na jakich motywach się opiera. Generalnie to kilka półek wyżej niż randomowy komiks z Kaczorem Donaldem czy nawet popularne w swoim czasie Giganty. Mamy tu do czynienia nawet ze scenami miłosnymi czy ze śmiercią, gdzie oba tematy trzeba ugryźć niezwykle delikatnie. Szczególnie to drugie złapało mnie za serce, gdzie [spoiler, ale pewnie i tak nikt się na to tak zaraz nie rzuci] umiera ojciec tytułowego Sknerusa i w niebie jego przodek wita go słowami Cieszę się, że Cię widzę, a jeszcze bardziej z faktu, że się nie spieszyłeś. Robi to przeogromne wrażenie i jeśli kiedyś chcielibyście coś takiego przeczytać czy może kupić komuś na prezent – gwiazdka za moment w końcu – to zdecydowanie polecam.


Wgl czy może mi ktoś powiedzieć w którym momencie umarły internetowe fora? Tak jak kiedyś było ich mnóstwo tak teraz świecą one pustkami i zwykle są tylko zalążkiem jakiś oficjalniejszych informacji etc. Wiadomo grupy na Fb je wyparły i tak dalej, ale kompletnie mi ten moment umknął jakby, a paradoksalnie reklamodawcy nadal patrzą na zasięgi per strona, a nie na fanpage. Generalnie dobrze mieć fanpage dziś. Sam mam w planach jego założenie W sumie obecnie nie jest to już dziś nic niezwykłego – po prostu lepsza forma dotarcia do odbiorców.


Networking to ładne określenie na pejoratywnie brzmiące „znajomości”, tyle że oczywiście w przestrzeni internetowej. Wiadomo, to dużo zależy od konkretnego przypadku, ale różne współprace w internecie no taki mają swój początek, musisz się z kimś zapoznać by móc z nim współpracować. Trochę tak to wygląda i poza siecią, jeśli mamy dość szerokie kontakty to daje nam to więcej opcji czy to pracy czy planów na niedzielny wieczór. Warto mieć to na uwadze i w miarę, idąc żargonem piłkarskim, pokazywać się do podań, a nóż będziemy mieli okazję do zdobycia cennego punktu.


FIFA mnie denerwuje – przez niespełna rok w odsłonie z numerem 18 przegrałem łącznie w różnych trybach ponad 550h (na dzień 4 grudnia ’18), głównie online, czyli grając z innymi ludźmi. Chyba w żadnej grze (dzień dobry VC:MP) nie straciłem tyle nerwów co tam i to z powodów od społeczności (grając 5 minutowy mecz 15min i więcej, bo typ ogląda 3 powtórki spalonego) przez samą grę (handicap) aż do mojego internetu. W sumie nerwy to też jeden z głównych przeciwników tam, bo słabo gram wtedy, ale to chyba generalnie nerwy są wrogiem czegokolwiek. Ratio jest jednak na plus, więc bez lipy ;d Kiedyś może tu swoje składy podepnę ku potomności, bo wątpię żeby już się wiele zmieniło, przynajmniej w samym fut czy dodatku mś. Skleiłbym też filmik jakiś, ale wszystko co mam to nagrywane telefonem w stylu „ej patrz, takie coś strzeliłem” i nie wiem czy to się wgl nadaje. Zobaczę. W starsze odsłony fajnie zagrać czasem też.


Dodatki do GTA IV przeszedłem ostatnio wgl. NC kiedyś ich recenzję robił (1, 2). Niby spoko, ale w sumie to najgorsze części jakie przeszedłem (ukończyłem, III, VC, SA i IV tak poza), wiadomo to tylko dodatki, mocno drewniane pod względem normalności postaci, gdzie był to główny atut podstawki jakby nie patrzeć. No ale to nadal GTA, daje radę. Może w końcu V mi się uda kiedyś, też już swoje lata ma powoli.


Jakiś czas temu w TV był reportaż o tym po co właściwie ludziom jest internet, w jakiej sferze najbardziej im go brakowało i w sumie nie wiem czy to ja mam inne spojrzenie czy po prostu ta ankieta była tworzona pod tezę, bo odpowiedzi były no trochę niesensowne. Przykładowo ktoś odpowiedział, że nie mógłby sobie zamówić ulubionego jedzenia, ktoś inny że by nie wiedział jaka jest pogoda czy generalnie wiadomości. Nie to że coś, ale no da się to jakoś obejść co nie mnie najbardziej bolałby brak komunikatorów, bo messenger czy discord to dla mnie główne źródła kontaktu i ciężko byłoby mi z tego zrezygnować. Bez wielu innych rzeczy, wbrew pozorom, dałbym radę żyć. A wam czego brakowałby najbardziej?



Pewnie niektórzy z was zastanawiają się czemu taka forma i generalnie czemu tak tu, ew. się nie zastanawiacie, bo nikt tego nie czyta xD Jakoś generalnie mam chyba za duże ambicje tu, w sensie na tej stronie, których nie przeskakuję, co finalnie powoduje, że finalnie nie ma/nie było tu nic. Ogólnie miałem/mam dużo planów, ale z różnych przyczyn ich tu nie wprowadzam. Może trochę strach po prostu, dunno. Jeden z kroków milowych miał być np. pod koniec października, gdzie miałem wejść mocno z pewną relacją, a finalnie nawet tu o tym nie wspomniałem. Nie wiem tak naprawdę, może się w końcu ogarnę i zrobię tu wszystko jakbym chciał, ale czuje, że do tego jeszcze długa droga. A może krótsza i pewnego dnia powiem „hej, może to dziś”. Nie wiem. Tak to co, piszę pracę licencjacką powoli, ostatni rok studiów, a dalej nie wiadomo. Obok tego jest też życie prywatne, które trzeba sobie jakoś poukładać. Dużo zależy od pracy tak naprawdę, bo trzeba pracować, a z nią jednak czasami jest różnie.

Nie wiem, zapraszam do komentarzy, może słów otuchy (haha), propozycji w którą stronę ma to iść wgl, bo póki co jest jak jest. A może niedługo będzie lepiej. Kto wie.


Jakie życie taki rap

Luźny wpis, jak kilka najbliższych (mam nadzieję). Czemu tak, a nie inaczej też może będzie za jakiś czas.

Nie ma co się oszukiwać, współczesne  trendy muzyczne ulegają zmianie i wiem, tym stwierdzeniem Ameryki nie odkryłem, ale mam akurat w głowie konkretny przykład. Dla kontekstu – szeroko rozumiana kultura hip-hopowa zaczęła nabierać rozpędu w Polsce na oko gdzieś w latach ’90. Siłą rzeczy wielu artystów, którzy tworzyli w tamtym okresie zbliża się już dziś do 40-dziestki, a już na pewno spora część tzw. wiek chrystusowy ma dawno za sobą. W tym samym czasie zdążyło już urosnąć nowe pokolenie, w wieku 20+, którzy siłą rzeczy tworzą już coś zupełnie nowego, dorastając w innych warunkach, mając za panujące inne realia i generalnie, są to ludzie już nieco innej artystycznej epoki. Często spada na nich mniej lub bardziej uzasadniony hejt, wynikający często z niezrozumienia zarówno formy jak i treści co skutkuje znamiennym już dziś „kiedyś to było”. Widzę to nawet wśród twórców, których kiedyś ja sam dużo słuchałem i szczerze budzi to we mnie niemałą konsternację, bo przecież wiem, że kiedyś sami nie byli lepsi. Anyway, na Youtube trafił mi się ostatnio fragment wywiadu z Abradabem, współzałożycielem legendarnego Kaliber 44, pod którego słowami mogę się w pełni podpisać i w sumie warto by twórcy jego „rocznika” jak i generalnie zacietrzewieni fani „starej szkoły” wzięli sobie w jakimś sensie to co mówi do serca. Film poniżej.


Gdzie sztuka łączy się z grami

(Mały disclaimer – pierwotnie tekst ten pisany był, w zamyśle bez screenów, na pewien konkurs kilka miechów temu, ale nie doszedł dostatecznie daleko. Chyba nikt się nie obrazi, że w takim razie podepnę go tu, bo w sumie czemu nie? To Recenzja Cupheada jakby ktoś nie załapał od razu przy tezie, że gry to sztuka)

– – – –

W dzisiejszym świecie, w którym gry już dawno weszły na salony i przestały być postrzegane jedynie jako denna zabawa dla najmłodszych, wiele osób zadaje sobie pytanie o następny krok rozwoju tej formy multimedialnej rozrywki. Niektóre środowiska zastanawiają się już nad aspektem czysto artystycznym najpopularniejszych tytułów, tym bardziej, że chociażby w przeciągu ostatnich 3 lat twórcy gier byli pod tym względem nad wyraz kreatywni. Idealnie widać to na przykładzie gry Cuphead, wyprodukowanej przez stosunkowo małe Studio MDHR, która swoim niecodziennym zamysłem audiowizualnym wybija się ponad inne nowe tytuły, a przy tym nie wstydzi się czerpać z korzeni i mechanik najlepszych gier ubiegłego wieku rodem z NESa, czy patrząc bardziej na nasze podwórko, z Pegasusa. Mając na uwadze to wszystko, czy Cuphead faktycznie daje radę i czy rzeczywiście jest tak niezwykły? Przyjrzymy się bliżej.

Zacznijmy od podstaw. Cuphead w uproszczeniu to tzw. platformówka, w której główny nacisk został położony na walkę z bossami, stylizowana na amerykańskie animacje z lat ’30 ubiegłego wieku. Fabularnie historia dotyczy dwóch postaci z głową w kształcie filiżanki (a jakże!), które przez swoją nieroztropność popadły w długi u diabła i w celu spłaty muszą u niego pracować jako windykatorzy dusz. Wszystko to w akompaniamencie typowych jazzowych kawałków tamtego okresu i oczywiście charakterystycznych męskich kwartetów wokalnych. Brzmi intrygująco? To dopiero początek.

Przeciwnicy jakich spotykamy na naszej drodze są naprawdę różni – od płaczącej cebuli przez pustynnego dżina aż do kuli bilardowej czy przedstawiciela diabelskiego kasyna. Każdy przeciwnik jest inny i przede wszystkim nieprzewidywalny co sprawi, że do danego bossa będziemy zmuszeni niezliczoną ilość razy. Niewykluczone, że przy okazji zjemy też sporo nerwów. Jak na dzisiejsze standardy Cuphead jest najzwyczajniej grą trudną, której po prostu trzeba się nauczyć. Praktycznie niemożliwe jest przejście jej za pierwszym razem co wcale nie jest wadą, a wręcz dodatkowym urokiem. W żadnym momencie nie jesteśmy prowadzeni za rączkę co jest spotykane obecnie w wielu innych większych tytułach, a co graczy, szczególnie tych, którzy mieli do czynienia ze starszymi tytułami pokroju Duck Tales, Chip ’n Dale Rescue Rangers czy zwykłej Contry często irytuje, bo przez to gra nie stanowi dla nich żadnego wyzwania.

Warto wspomnieć, że gracz pozbawiony jest także jakiegokolwiek paska zdrowia swojego oponenta co dodatkowo utrudnia rozrywkę. Jedynym wyznacznikiem naszego progresu jest pasek po każdej naszej śmierci, informujący nas jak daleko zaszliśmy, czy też kolejne transformacje naszych wrogów, których dokonują po zadaniu im pewnej wyznaczonej ilości obrażeń. Dostępny mamy całkiem spory arsenał broni, od pocisków samonaprowadzających pod te lecące w kilka kierunków. Istnieją również dodatkowe wspomagacze w formie dodatkowego życia czy chwilowej niewrażliwości na ataki wroga. Wszystko to z czasem możemy nabyć z poziomu dostępnego w grze menu. Paradoksalnie gra przez to jest wręcz idealna dla tzw. speedrunnerów, którzy raz za razem, analizując grę wykręcają w niej naprawdę imponujące rekordy przejścia.

Wspomniałem wcześniej o warstwie artystycznej. Gdy pierwszy raz zetknąłem się z Cupheadem wiedziałem już jak długą drogę przeszli twórcy by ten tytuł ujrzał światło dzienne – zapowiedziany był on długo przed swoją finalną premierą. W końcu każdą klatkę trzeba było rysować ręcznie, a warto zauważyć, że jest gra dostępna jest w 60, a nie 24 i mniej klatkach na sekundę, w jakich dostępne były kiedyś podobne animacje, więc trochę tych obrazków było, a każdy z nich to nie tylko postaci na planie głównym, ale także te osadzone w tle. Oczywiście nie umniejszam tu grom wygenerowanym czysto komputerowo, ale w zestawieniu z faktycznym rysowaniem, ta bardziej tradycyjna forma robi większe wrażenie. Podobna sprawa ma się przecież z filmami poklatkowymi – chociaż nie są one tak popularne i często trafiają jedynie w pewną swoją niszę to chyba nikt nie odmówi im ogromu pracy i wkładu, a przy tym poczucia uroku i nostalgii filmów z naszego dzieciństwa. Tu rodzi się w mojej głowie pewna konkluzja. Skoro filmy, powiedzmy Gnijąca Panna Młoda Tima Burtona czy idąc nawet jeszcze dalej – ostatni głośny Twój Vincent, gdzie każdy kadr, klatka po klatce, uważane są za „rzeczy” typowo artystyczne to dlaczego Cuphead nie miałby być? Odpowiedź nasuwa się sama.

Finalnie Cuphead to najzwyczajniej tytuł w który warto zagrać. Zarówno ci spragnieni prostej w założeniu, ale przy tym, nomen-omen, piekielnie trudnej rozrywki znajdą coś dla siebie jak i ci szukający ciekawego doświadczenia audiowizualnego. Warto się temu poddać, bo śmiem twierdzić, że jest to jeden z ważniejszych tytułów ostatnich lat, a już na pewno jeden z bardziej reprezentatywnych dla całej branży gier video na zewnątrz.


Herbatka z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 4]

Ten news należy czytać w taki sposób, jakby wcale dwie pierwsze kolejki i kawałek trzeciej nie zostały w ogóle rozegrane. Także bez przedłużania zabieramy się za ostatnią część podróży po Anglii i Walii!

Southampton

Kibice Świętych z utęsknieniem patrzą na skład widoczny na zdjęciu. I nic dziwnego, przez ostatnie lata The Saints regularnie bili się o europejskie puchary i ustabilizowali swoją pozycję w górnej połówce tabeli. Wszystko runęło w minionym sezonie, gdzie większość roku podopieczni wówczas Mauricio Pellegrino znajdowali się w strefie spadkowej. Brak przekonywujących wzmocnień, dodatkowo ciągle odchodziły z kluby najwieksze gwiazdy, kadra coraz bardziej się starzała i taki oto efekt. Teraz zadaniem Marka Hughesa będzie przywrócenie statusu Southampton w Premier League, choć wielu ekspertów widzi ich walczących o utrzymanie. Tym razem znów z klubu odszedł kluczowy zawodnik – Dusan Tadić, choć w jego miejsce trafili Mohamed Elyounoussi z FC Basel, Jannik Vestergaard z Borussii Moenchengladbach, czy (kontuzjogenny) Danny Ings z Liverpoolu. Są to wzmocnienia na pozycje wymogające wzmocnień (chociaż, czy Jan Bednarek spisywał się tak słabo?), skrzydłowy potrzebny był od zaraz, a po przyjściu Ingsa w klubie jest czterech napastników na mniej więcej równym poziomie. W skrócie – Southampton to wielka niewiadoma. Nie wydają się być tak groźni jak w ostatnich latach, ale ich kadra nie wygląda na zespół, który miałby pożegnać się z rozgrywkami, ale z drugiej strony wielkiego szału nie ma.

Tottenham Hotspur

Ależ Koguty zrobiły progres pod wodzą Mauricio Pochettino. Z drużyny bijącej się w środku tabeli, powstała drużyna bijąca się o mistrzostwo Anglii i jako jedyna kończąca każdy z trzech ostatnich sezonów w czołowej trójce, przy czym większość składu (jak Harry Kane, Dele Alli, Danny Rose, Harry Winks) to zawodnicy, którzy są albo wychowankami klubu z północy Londynu, albo tacy, którzy zasilili klub w bardzo młodym wieku. Czy w tym sezonie Spurs w końcu sięgną po jakieś trofeum? Mają ku temu wszelkie predyspozycje, lecz jest jeden problem – Daniel Levy nie sprowadził do klubu ani jednego nowego zawodnika, a przy późniejszym natężeniu rozgrywek, przy grze w krajowych pucharach, Lidze Mistrzów, szersza ławka może się przydać. Kolejnym ważnym punktem mówiąc o Tottenhamie jest ich powrót na White Hart Lane gdzieś w połowie września. Nowo przebudowany stadion Tottenhamu będzie mógł pomieścić 62 tysiące widzów, czyli o dokładnie tysiąc więcej niż stadion odwiecznego rywala, Arsenalu („Jak tam sąsiedzie, widzę że stadion coś zmalał”). Kogutom przeszkodzi na pewno brak Sona Heung-Mina, który wyjechał do Indonzeji grać na Igrzyskach Azjatyckich, aby potem nie musieć służyć w południowokoreańskiej armii. Trzymamy kciuki za dobry występ asa Tottenhamu. W drużynie Mauricio Pochettino niewiele się zmieniło, ale czy to wyjdzie Spurs na dobre?

Watford

W klubie, którego legendą jest sir Elton John, a prowadzonym przez rodzinę Pozzo, dzieje się jak zwykle to samo. Wielkie rewolucje kadrowe i masowe wypożyczenia z klubu, jak i do klubu, w szczególności na linii z Udinese, którego wspomniana rodzina Pozzo jest również właścicielem. Stabilizacja nie jest chyba ulubionym słowem właścicieli The Hornets, gdyż trenera zmieniają średnio co rok, a w listopadzie ubiegłego roku odrzucili ofertę opiewającą na 20 milionów funtów za trenera Marco Silvę tylko po to, by zwolnić go kilka tygodni później. Drużyna Javiego Gracii zachowała jednak trzon najważnieszych graczy, wykupili na stałe Deulofeu, oraz utrzymali Capoue, Hughesa, czy Deeneya, a klub zasilili mniej więcej: powracający po 10 latach Ben Foster, Adam Masina, Ken Sema czy też Ben Wilmot. Niewiele wskazuje na to, że Szerszenie miałyby użądlić mocniej niż w poprzednich sezonach, i opuścić dolną połowkę tabeli, ale ambicji włoskich milionerów nie wolno lekceważyć, szczególnie przy tak imponującej sieci skautów jaką posiada klub z Vicarage Road.

West Ham United

Od czasu przeprowadzi na Stadion Olimpijski, wiele rzeczy nie poszło po myśli kibiców, działaczy i piłkarzy The Hammers, miała być walka o puchary, a skończyło się na walce w dolnych rejonach tabeli. Gdy w 2016 roku wraz z przenosinami do nowego domu zagrali w Lidze Europy, odpadli z niej w kompromitującym stylu, odpadając z tym samym klubem z Rumunii co rok wcześniej (kiedy to w Lidze Europy grali dzięki klasyfikacji Fair Play). Zamiast tego przyszły niechlubne rekordy defensywne, niewypalone transfery, a jedyne co było naprawdę piękne to bąbelki puszczane przed początkiem meczów Młotów. W tym okienku Ian Sullivan dał kibicom West Hamu kolejny promyk nadzieji kupując takie nazwiska jak Łukasz Fabiański, Felipe Anderson, Lucas Perez, Carlos Sanchez, Ryan Fredericks, Issa Diop czy Andrij Jarmołenko. Z takim składem West Ham na pewno wygląda na papierze dużo atrakcyjniej, jednak dużo było przypadków, gdzie spadały z ligi drużyny mocne na papierze, chociażby inny londyński klub – Queens Park Rangers w sezonie 2012/13. Nie ma na razie co wyciągać pochopnych wniosków, tylko czekamy z niecierpliwością co pokaże ekipa prowadzona przez Manuela Pellegriniego.

Wolverhampton Wanderers

A na deser wędrujemy do ostatniego z beniaminków, a jednocześnie najsilniejszego beniaminika (przynajmniej na papierze). Niedawno właścicielem Wolves zostało konsorcjum, którego udziałowcem jest Jorge Mendes. Efekt? Masowe transfery portugalskich zawodników godnych gry w dobrych europejskich klubach. W Championship trafiły takie pożądane na rynku nazwiska jak Ruben Neves, który wciągnął ligę nosem; Diogo Jota, czy Ruben Vinagre. Zaś po awansie do Premier League, do zespołu trafili Rui Patricio, Joao Moutinho, no i dodatkowo Jonny Castro, Raul Jimenez i Adama Traore. W obliczu takich transferów, stawianie Wilków w roli kandydata do spadku byłoby nie na miejscu, jednak ławka rezerwowych jest przepełniona graczami pasującymi bardziej do Championship, a sama kadra nie jest zbyt szeroka. Pamiętacie Michała Żyrę? Kibice Wolverhampton też nie, a były pomocnik Legii, po wyleczeniu koszmarnej dalej jest zawodnikiem klubu z Molyneux. Osobiście stawiam na Wolverhampton jako na klub, który może być czarnym koniem sezonu i najbardziej niewygodnym rywalem dla zespołów z czuba tabeli Premier League.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 3]

Leicester City

Ciężko w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata, odkąd Lisy zdobyły serca całego piłkarskiego świata, zdobywając wbrew jakimkolwiek oczekiwaniom tytuł Mistrza Anglii. Dziś The Foxes wydają się być solidnym klubem ze środka tabeli, a w ekipie zmieniło się niewiele. Wielu graczy z mistrzowskiej kampanii wciąż jest częścią ekipy Claude’a Puela, ale jednak w oczy najbardziej rzuca się utrata Riyada Mahreza, którego forma szybowała w górę, gdy tylko zbliżało się okienko transferowe. Leicester przeżyło utratę najpierw Kante, potem Drinkwatera, więc tym razem nie powinno być inaczej, tym bardziej że w klubie jest naturalny zastępca – Demarai Gray. Leicester było jednym z aktywniejszych klubów w letnim okienku, co potwierdzili ściągając w swoje szeregi Jonny’ego Evansa, Ricardo Pereirę, Rachida Ghezzala, czy też Danny’ego Warda. Dla klubu z King Power Stadium zapowiada się kolejny sezon walki w środki tabeli – i kto wie; ewentualnej walki o europejskie puchary. Vardy mimo upływu lat wciąż strzela, Schmeichel zdaje się nigdzie nie ruszać, Maguire wciąż straszy napastników rywala = Leicester znowu uniknęło masowej wyprzedaży.

Liverpool

Jak dawno nie było takiego Liverpoolu. Wielu kibiców i ekspertów uważa, że ten sezon może być sezonem The Reds, którzy czekają lata na upragnione mistrzostwo. Niesamowity tercet Salah-Firmino-Mane bijący wszelkie strzeleckie rekordy nie tylko na krajowym podwórku, transfery na pozycje najbardziej wymagające wzmocnień, mocna i szeroka kadra, no i heavy metal football Jurgena Kloppa. Tego samego Kloppa co nie chciał wydawać wielkich pieniędzy, a potem pobił rekord transferowy za obrońcę, a potem za bramkarza (który chyba niedługo przebije Chelsea). Fabinho, Keita, Christie-Davies, Shaqiri i Alisson. Te nazwiska wyraźnie wzmacniają kadrę Czerwonych i stawiają ich w roli poważngo kandydata do tytułu Mistrza Anglii. Jak zawsze pojawiają się problemy, na przykład Alex Oxlade-Chamberlain wypadł z gry na cały rok, czy fakt, że na tę chwilę nie udało się nikogo sprzedać (FFP też ważna rzecz, a Emre Can odszedł za darmo). W czerwonej stronie Merseyside optymizm sięga zenitu, jednak każdy dobry sezon, który zakończy się bez trofeów będzie uznawany za porażkę. Nie żebymbył najbardziej obiektywną osobą pod tym względem, ale Liverpool stoczy z Man City heroiczny bój o prymat na Wyspach Brytyjskich.

Manchester City

Nieważne co by się stało, obrońcę tytułu zawsze trzeba wymieniać w roli faworytów. Szczególnie mistrzów, którzy swoja grą, mieszanką wielkich gwiazd i zabójczego stylu gry, z genialnym menedżerem zjedli ligę dwa razy, zdobywając 100 punktów w sezonie, wygrywając 32 z 38 meczów, zdobywając 106 bramek, tracąc tylko 27. U siebie i na wyjeździe zdobyli najwięcej punktów. W każdej tych statystyk The Citizens wyraźnie byli najlepszym zespołem w lidze. Zważywszy na to, że zespół opuścił jedynie podstarzały i rezerwowy Yaya Toure, a ekipę dodatkowo zasilił Riyad Mahrez, a w klubie nie było żadnych drastycznych zmian – czemu ten sezon miałby wyglądać inaczej? Na prawie każdej pozycji dwóch zawodników klasy światowej, możliwość gry niemal każdą formacją – kolejny sezon dominacji Obywateli nie będzie żadną niespodzianką i naprawdę nie ma się co rozpisywać, bo możliwe że oglądamy najlepszą drużynę w historii ligi angielskiej, a zdetronizowanie City Pepa Guardioli (który tym razem NIE „przyszedł na gotowe”) będzie niesamowicie ciężkie.

Manchester United

Nie zmieniamy miasta, zmieniamy tylko kolor. Czerwone Diabły to zespół, któremu bez wątpienia wiele brakuje do dawnych lat świetności. Ale na pewno nie można powiedzieć, że nie jest to wielki klub, ani nie jest to dobra drużyna. Czy zobaczymy rozpad zbieraniny gwiazd, jak to w trzecim sezonie Mourinho – czas pokaże, ale portugalski szkoleniowiec nie jest ostatnio zbyt popularny wśród kibiców United. The Red Devils posiadają bardzo dobrą kadrę, która jednak nie osiągała ostatnio sukcesów na miarę swojego potencjału. Defensywa wciąż wydaje się niekompletna (oczywiście poza pozycją Davida de Gei), ale pomoc i atak są naprawdę pełne podziwu. Świetni piłkarze na każdej pozycji, tacy gracze jak Anthony Martial na ławce, z takim atakiem o United powinno mówić się w kontekście faworytów do tytułu. A jednak zawsze jest ta doza niepewności, Alexis Sanchez nie wygląda na zaaklimatyzowanego, Pogba wciąż gra na złej pozycji, ogólnie poprzedni sezon był nieprzekonywujący. Na uwagę zaskakuje mała aktywność transferowa. Fred z Szachtara Donieck jest na pewno największym wzmocnieniem środka pola, dodający kreatywności, jednak Diogo Dalot to inwestycja w przyszłość, a Lee Grant został kupiony by być zmiennikiem De Gei, w obliczu kontuzji Sergio Romero. Nie zapominajmy, że drużyną prowadzi trener, którego defensywy są niesamowicie skuteczne, oraz że z przodu mają kim postraszyć. Ogólnie rzecz biorać – Manchester United ma wszystko by znów wrócić na szczyt w Anglii (i być może Europie)

Newcastle United

Gdzie trafiają pieniądze za transfery tego oto klubu? Do tylnej kieszeni tego Pana. Na The Toon kibice Srok stracili już chyba wiarę w to, że Mike Ashley przestanie być właścicielem Newcastle United. Niesamowita bierność transferową niech poprze fakt, że przy dzisiejszych cenach jakie płaci się za piłkarzy, najdroższym piłkarzem w dziejach The Magpies jest… Michael Owen kupiony w 2005 roku. W mieście Rafa Benitez ma chyba status Boga. Od razu wrócił z klubem do Premier League, i w pierwszym sezonie, z niskim budżetem, zakończył sezon w górnej połowie tabeli. Newcastle będzie starało się uniknąć syndromu drugiego sezonu, jednakże wyglądają oni na tyle solidnie, że nie powinni mieć większych problemów z utrzymaniem. Sytuacja na rynku transferowym niezmienna. Do klubu trafili: Fabian Schar, Ki Sung-Yeung (za darmo) i Salomon Rondon (na zasadzie wymiany z West Bromem za Dwighta Gayle’a). Jestem pewien, że Rafa dalej będzie kontynuował genialną robotę jaką odwala na Tyneside, a Newcastle znowu będzie niewygodnym przeciwnikiem.

c.d.n.