Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ 3]

Leicester City

Ciężko w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata, odkąd Lisy zdobyły serca całego piłkarskiego świata, zdobywając wbrew jakimkolwiek oczekiwaniom tytuł Mistrza Anglii. Dziś The Foxes wydają się być solidnym klubem ze środka tabeli, a w ekipie zmieniło się niewiele. Wielu graczy z mistrzowskiej kampanii wciąż jest częścią ekipy Claude’a Puela, ale jednak w oczy najbardziej rzuca się utrata Riyada Mahreza, którego forma szybowała w górę, gdy tylko zbliżało się okienko transferowe. Leicester przeżyło utratę najpierw Kante, potem Drinkwatera, więc tym razem nie powinno być inaczej, tym bardziej że w klubie jest naturalny zastępca – Demarai Gray. Leicester było jednym z aktywniejszych klubów w letnim okienku, co potwierdzili ściągając w swoje szeregi Jonny’ego Evansa, Ricardo Pereirę, Rachida Ghezzala, czy też Danny’ego Warda. Dla klubu z King Power Stadium zapowiada się kolejny sezon walki w środki tabeli – i kto wie; ewentualnej walki o europejskie puchary. Vardy mimo upływu lat wciąż strzela, Schmeichel zdaje się nigdzie nie ruszać, Maguire wciąż straszy napastników rywala = Leicester znowu uniknęło masowej wyprzedaży.

Liverpool

Jak dawno nie było takiego Liverpoolu. Wielu kibiców i ekspertów uważa, że ten sezon może być sezonem The Reds, którzy czekają lata na upragnione mistrzostwo. Niesamowity tercet Salah-Firmino-Mane bijący wszelkie strzeleckie rekordy nie tylko na krajowym podwórku, transfery na pozycje najbardziej wymagające wzmocnień, mocna i szeroka kadra, no i heavy metal football Jurgena Kloppa. Tego samego Kloppa co nie chciał wydawać wielkich pieniędzy, a potem pobił rekord transferowy za obrońcę, a potem za bramkarza (który chyba niedługo przebije Chelsea). Fabinho, Keita, Christie-Davies, Shaqiri i Alisson. Te nazwiska wyraźnie wzmacniają kadrę Czerwonych i stawiają ich w roli poważngo kandydata do tytułu Mistrza Anglii. Jak zawsze pojawiają się problemy, na przykład Alex Oxlade-Chamberlain wypadł z gry na cały rok, czy fakt, że na tę chwilę nie udało się nikogo sprzedać (FFP też ważna rzecz, a Emre Can odszedł za darmo). W czerwonej stronie Merseyside optymizm sięga zenitu, jednak każdy dobry sezon, który zakończy się bez trofeów będzie uznawany za porażkę. Nie żebymbył najbardziej obiektywną osobą pod tym względem, ale Liverpool stoczy z Man City heroiczny bój o prymat na Wyspach Brytyjskich.

Manchester City

Nieważne co by się stało, obrońcę tytułu zawsze trzeba wymieniać w roli faworytów. Szczególnie mistrzów, którzy swoja grą, mieszanką wielkich gwiazd i zabójczego stylu gry, z genialnym menedżerem zjedli ligę dwa razy, zdobywając 100 punktów w sezonie, wygrywając 32 z 38 meczów, zdobywając 106 bramek, tracąc tylko 27. U siebie i na wyjeździe zdobyli najwięcej punktów. W każdej tych statystyk The Citizens wyraźnie byli najlepszym zespołem w lidze. Zważywszy na to, że zespół opuścił jedynie podstarzały i rezerwowy Yaya Toure, a ekipę dodatkowo zasilił Riyad Mahrez, a w klubie nie było żadnych drastycznych zmian – czemu ten sezon miałby wyglądać inaczej? Na prawie każdej pozycji dwóch zawodników klasy światowej, możliwość gry niemal każdą formacją – kolejny sezon dominacji Obywateli nie będzie żadną niespodzianką i naprawdę nie ma się co rozpisywać, bo możliwe że oglądamy najlepszą drużynę w historii ligi angielskiej, a zdetronizowanie City Pepa Guardioli (który tym razem NIE „przyszedł na gotowe”) będzie niesamowicie ciężkie.

Manchester United

Nie zmieniamy miasta, zmieniamy tylko kolor. Czerwone Diabły to zespół, któremu bez wątpienia wiele brakuje do dawnych lat świetności. Ale na pewno nie można powiedzieć, że nie jest to wielki klub, ani nie jest to dobra drużyna. Czy zobaczymy rozpad zbieraniny gwiazd, jak to w trzecim sezonie Mourinho – czas pokaże, ale portugalski szkoleniowiec nie jest ostatnio zbyt popularny wśród kibiców United. The Red Devils posiadają bardzo dobrą kadrę, która jednak nie osiągała ostatnio sukcesów na miarę swojego potencjału. Defensywa wciąż wydaje się niekompletna (oczywiście poza pozycją Davida de Gei), ale pomoc i atak są naprawdę pełne podziwu. Świetni piłkarze na każdej pozycji, tacy gracze jak Anthony Martial na ławce, z takim atakiem o United powinno mówić się w kontekście faworytów do tytułu. A jednak zawsze jest ta doza niepewności, Alexis Sanchez nie wygląda na zaaklimatyzowanego, Pogba wciąż gra na złej pozycji, ogólnie poprzedni sezon był nieprzekonywujący. Na uwagę zaskakuje mała aktywność transferowa. Fred z Szachtara Donieck jest na pewno największym wzmocnieniem środka pola, dodający kreatywności, jednak Diogo Dalot to inwestycja w przyszłość, a Lee Grant został kupiony by być zmiennikiem De Gei, w obliczu kontuzji Sergio Romero. Nie zapominajmy, że drużyną prowadzi trener, którego defensywy są niesamowicie skuteczne, oraz że z przodu mają kim postraszyć. Ogólnie rzecz biorać – Manchester United ma wszystko by znów wrócić na szczyt w Anglii (i być może Europie)

Newcastle United

Gdzie trafiają pieniądze za transfery tego oto klubu? Do tylnej kieszeni tego Pana. Na The Toon kibice Srok stracili już chyba wiarę w to, że Mike Ashley przestanie być właścicielem Newcastle United. Niesamowita bierność transferową niech poprze fakt, że przy dzisiejszych cenach jakie płaci się za piłkarzy, najdroższym piłkarzem w dziejach The Magpies jest… Michael Owen kupiony w 2005 roku. W mieście Rafa Benitez ma chyba status Boga. Od razu wrócił z klubem do Premier League, i w pierwszym sezonie, z niskim budżetem, zakończył sezon w górnej połowie tabeli. Newcastle będzie starało się uniknąć syndromu drugiego sezonu, jednakże wyglądają oni na tyle solidnie, że nie powinni mieć większych problemów z utrzymaniem. Sytuacja na rynku transferowym niezmienna. Do klubu trafili: Fabian Schar, Ki Sung-Yeung (za darmo) i Salomon Rondon (na zasadzie wymiany z West Bromem za Dwighta Gayle’a). Jestem pewien, że Rafa dalej będzie kontynuował genialną robotę jaką odwala na Tyneside, a Newcastle znowu będzie niewygodnym przeciwnikiem.

c.d.n.


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019 [CZĘŚĆ #2]

Dziś kontynuujemy naszą podróż po angielskich boiskach, sprawdzając co słychać u klubów z najwyższego szczebla rozgrywek w Anglii przed nowym sezonem.

Chelsea

A więc stało się. Po dwóch sezonach pracy w The Blues, posadę trenera stracił Antonio Conte, który po pierwszym sezonie w roli szkoleniowca Chelsea był uważany za jednego z najlepszych szkoleniowców świata. Włoskiego Mourinho zastąpi włoski Guardiola – czyli były już trener Napoli – Maurizio Sarri. Oznacza to koniec gry systemem z trójką stoperów, i przenosiny na ultraofensywne 4-3-3. Niebiescy byli ostatnio przyzwyczajeni do grania defensywnej piłki, więc przyjazd Sarriego może być potrzebnym klubowi powiewem świeżości. Ten od razu ściągnął z Napoli swojego maestro środka pola – Jorginho, a poza tym nie dokonał wiekich rewolucji. Na tę chwilę, co warto podkreślić, klubu z zachodniego Londynu udało się zatrzymać w klubie i Edena Hazarda i Thibaut Courtois, którzy byli wymieniani w kontekście ewentualnego transferu do Realu Madryt. W tej chwili kadra Chelsea jest dość szeroka, a sam Sarri zapowiada szansę dla wielu utalentowanych juniorów w klubie, jak Ruben Loftus-Cheek czy Callum Hudson-Odoi. Chelsea ma wszystko aby wrócić do ponownej walki o tytuł, choć przydałby się tej ekipie nowy lider (i napastnik), bo Hazard i Willian zdają się być w tym klubie od zawsze. To czy Sarri wypali w Anglii (jest to jego pierwsza praca poza granicami Italii) jest największą niewiadomą wśród zespołów z czołowej szóstki. Osobiście uważam, że są naprawdę poważnym kandydatem do tytułu.

Crystal Palace
Zatrzymać Pana ze zdjęcia. Taki wydawał się być główny cel zarządu The Eagles na letnie okienko transferowe. Do tej pory się udało, jednak Wilfried Zaha otwarcie mówi, że chce odejść, a gdy w kręgu zainteresowanych są Chelsea czy Tottenham, może być o to ciężko. Na początku ubiegłego sezonu każdy myślał, że Palace w tym newsie się nie znajdzie, po tym jak Palace nie potrafił strzelić gola przez 7 kolejek (Pogoń Szczecin – nie jesteście najgorsi), a Frank de Boer został pierwszym w historii trenerem w historii ligi angielskiej, którego drużyna nawet raz nie zdobyła gola. Po zatrudnieniu jakże uwielbianego na Wyspach Roya Hodgsona odpowiedzialnego za blamaż Trzech Lwów na Euro 2016, klub wydawał się już pogrążony. Jednak od tego momentu Palace odbiło się od dna, zaczęło wygrywać mecze i bez problemów utrzymali się w lidze. Czas okienka letniego to jednak czas typowej dla klubów Hodgsona posuchy. Do drużyny trafili tylko Max Meyer (za darmo) i Cheykhou Kouyate z West Hamu, zaś klub za darmo pozbył się wielu rezerwowych graczy. Jak co roku Orły typowane są do walki o utrzymanie, i jak co roku typy te nie są bezpodstawne. Jeżeli z klubu odejdzie Wilfried Zaha, ciężko będzie klubowi znaleźć gracza na zblizonym poziomie w ostatnich dnia okienka transferowego. Czy cheerleaderki z Selhurst Park zawitają w Premier League na dłużej? Będzie o ciężko, ale Crystal Palace zawsze odpala w końcówkach sezonu.

Everton

Tak śmieje się Sam Allardyce z kibiców Evertonu, którzy myśleli że ten zostanie w klubie na dłużej i nie pójdzie doić innego klubu z kasy. W niebieskiej części Liverpoolu jednak po Big Samie niespecjalnie płaczą. Nowym szkoleniowcem The Toffees został Marco Silva, którego w listopadzie chcieli odkupić z Watfordu za 20 milionów funtów. A teraz mają go za darmo. Po wielu klapach sprzed roku, Everton działa rozważniej na rynku transferowym i nic dziwnego, paru graczy kupionych rok temu zostało sprzedanych taniej, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Everton zawsze wymienany jest w kontekście wysokich miejsc tuż za czołówką. Do klubów z Top Six im brakuje, ale jednak są klubem wyraźnie lepszym od innych średniaków. Nie inaczej będzie w tym sezonie, mają dobrą i szeroką kadrę, dobrego i młodego trenera. W dodatku kupili legendę Football Managera – Richarlisona (pomińmy fakt, że za niego przepłacili). Wraz z Leicester, Everton będzie głownym kandydatem do siódmego miejsca w tabeli i będę mocno zdziwiony jak coś tam pójdzie nie tak.

Fulham

Dla tego Pana (do nie dawna chłopca) na zdjęciu należą się niesłychane propsy. Ryan Sessegnon nastukał w wieku niespełna 18 lat w Championship takie liczby, że już było głośno o zainteresowaniem jego osobą Barcelony, PSG, Bayernu, Liverpoolu, Man United, etc. Dopiero Premier League, w której zagra po raz pierwszy w tym sezonie będzie prawdziwym sprawdzianem jego talentu. Fulham (z którym dobre wspomnienia mają kibice Wisły Kraków), jak to beniaminek, będzie skupione na wywalczeniu utrzymania w lidze. I pewnie jeszcze niedawno byli przedstawiani jako główni faworyci do spadku do Championship, aż tu nagle do ich dużyny trafili Jean Michael Seri (ten sam, który był o krok od Barcelony) i Andre Schurrle. Choć The Cottagers bardzo wzmocnili swój skład i będą mieli naprawdę solidną kadrę, to jednak wciąż wszystko wskazuje na to, że będą okupowali dolne rejony tabeli, bo nie udało im się zatrzymać wszystkich kluczowych graczy, stracili chocby Ryana Fredericksa na rzecz West Hamu. Jednak dobrze widzieć Wieśniaków w Premier League, i ciekawie będzie zobaczyć jak poradzą sobie po czterech sezonach poza najwyższym szczeblem.

Huddersfield Town
Rok temu The Terriers byli fenomenem. Drużyna Davida Wagnera awansowała do Premier League z ujemnym bilansem bramkowym, a potem malutki klubik ze środkowej Anglii utrzymał się w lidze. David Wagner zawdzięcza to licznym transferom, które dokonuje co roku – przed sezonem, w którym wywalczył awans do Premier League ściągnął do klubu (z niewielkim budżetem) aż 17 zawodników. Teraz liczby nie są tak duże, ale Terriery odważnie sięgają po nowych graczy za niewielkie pieniądze, poszerzając ciągle kadrę. Do klubu trafili między innymi Terence Kongolo, Erik Durm, Ramadan Sobhi czy Ben Hamer. Jednak kadra Hud-Hud dalej wygląda dosyć przeciętnie, a klub dalej będzie do końca bił się o ligowy byt. Obok Cardiff, jest to według mnie główny kandydat do spadku z Premier League, choć nie ma chyba na świecie osoby, która życzyłaby źle tej drużynie, która i tak zrobiła w ostatnich latach kolosalny postęp.

W dzisiejszej zapowiedzi to by było na tyle. W następnej części dowiemy się co u kolejnych drużyn, a mianowicie: Leicester, Liverpoolu, klubów z Manchesteru i Newcastle.

Stay tuned!


Herbata z mlekiem #1: Zapowiedź nowego sezonu Premier League 2018/2019! [CZĘŚĆ 1]

Czujecie ten zapach w powietrzu? Mecze topowych ekip, genialna atmosfera na trybunach, niesłychane sensacje, walki o mistrzostwo i utrzymanie, komentarz Andrzeja Twarowskiego i Rafała Nahornego? To oznacza tylko jedno – liga angielska wraca do nas wielkimi krokami! Czy „Obywatele” zostaną zdetronizowani? Kto spadnie z ligi? Który trener wyleci jako pierwszy? Kto z „Top Six” będzie musiał się nacieszyć Ligą Europy? Na żadne z tych pytań odpowiedzi jeszcze nie znamy, stąd też warto wprowadzić Was w jakże niepowtarzalny klimat tych rozgrywek, sprawdzając co tam słychać w każdym z dwudziestu klubów „Premki”.

Arsenal

Opisując kluby w kolejności alfabetycznej, zaczynami z naprawdę grubej rury, bo od „Kanonierów” gdzie już nic nigdy nie będzie takie samo. Z posady trenera po 21 latach zrezygnował Pan Arsene Wenger. I choć wielu kibiców The Gunners często domagało się, żeby Francuz odszedł wcześniej, to jednak i tak zostanie zapamiętany jako legenda klubu i jako postać, która swoim podejściem do „pięknej gry” zrewolucjonizowała całą ligę. No i pod jego wodzą Arsenal sięgnął po złote trofeum Premier League za sezon bez porażki. W czerwonej części północnego Londynu idzie nowe, i kibice Arsenalu dość szybko docenili Wengera gdy jako nowy menedżer zespołu przedstawiony został Unai Emery. Hiszpan jednak pokazał, że chce aby Arsenal wrócił na sam szczyt, od razu wzmacniając słabe punkty drużyny. Kanonierzy nie zrobili wyprzedaży najlepszych graczy, a sprowadzili Lichtsteinera, Leno, Sokratisa, no i przede wszystkim – pożądanego przez wielkie europejskie kluby Lucasa Torreirę. Skład Arsenalu wygląda na naprawdę mocny, kwestią jest tylko czy piłkarze dostosują się do życia pod nowym szkoleniowcem. Arsenal dysponuje niesamowitym atakiem, a pozostałe pozycje zostały wzmocnione, a do tego wciąż zostało miejsce dla młodych graczy. Choć dziwnie będzie wyglądać Arsenal bez postaci Wengera przy linii, którego futbol był momentami przepiękny (choć w ostatnich latach jego pracy na The Emirates bardzo nieskuteczny), to moim zdaniem, kibice Arsenalu z optymizmem mogą patrzeć w przyszłość. Mój typ? O Ligę Mistrzów wciąż będzie ciężko, jednak Kanonierzy w Top Six nie będą tylko tłem dla rywali, a nałożą trochę większą presję na zespoły z „czuba”,

Bournemouth

Po odejściu Wengera, ten jegomość na zdjęciu jest najdłużej urzędującym trenerem w Premier League (i jednocześnie najmłodszym). Todd z Breaking Bad Eddie Howe jest żywą legendą Wisienek. Był zawodnikiem Bournemouth przez 13 lat, a klub trenuje już przez 11 sezonów (z drobną przerwą), mając na karku zaledwie 40 lat! Już mówi się o nim jako najlepszym angielskim trenerze, a koleś urządza sobie Football Managera w prawdziwym życiu, bo jako menedżer wciągnął klub od czwartej ligi, do Premier League, gdzie przez trzy sezony, z klubu typowanego na pożarcie stworzył ekipę, która nawet nie powąchała spadku z ligi, oraz zapewniła sobie status solidnego ligowego średniaka. Z praktycznie niezmieniającym się składem, Bournemouth jak zwykle nie robi wiele transferów, oraz nie pozwala odejść czołowym graczom, choć jeden transfer w tym okienku (kupno Diego Rico), może się okazać niewystarczający, bo kadra The Cherries na kolana nie rzuca. Warto jednak podkreślić, że pozostali oni jednym z niewielu klubów w Anglii, gdzie Anglicy stanowią większość kadry. Myślę jednak, że utrzymanie nie powinno stanowić Bournemouth większego kłopotu, choć nie zajmą już tak wysokich miejsc jak w ostatnich sezonach. Ale to tylko moje typy, mogą równie dobrze wygrać ligę. Na pewno nie można powiedzieć, że nie są przygotowani na grę na najwyższym poziomie na Wyspach.

Brighton & Hove Albion
Mewy przetrwały pierwszy sezon w Premier League jako debiutant w rozgrywkach, z dość imponującym skutkiem, zajmując 15. miejsce w lidze i do w dodatku z Glenn Murrayem w ataku. Chris Hughton doskonale wie, że utrzymanie formy z pierwszego sezonu po awansie w drugim sezonie jest tak trudne jak odczytanie nazwiska Pana ze zdjęcia (Alireza Jahanbakhsh), więc sięgnął dość głęboko do portfela działaczy klubu sprowadzając Leona Baloguna, Florina Andone, Yvesa Bissoumę, czy wspomnianego króla strzelców Eredivisie. Brighton chce na dłużej zawitać w angielskiej ekstraklasie, a klub ma ku temu predyspozycje, co widać po dokonywanych przez nich transferach. Dolne rejony tabeli wciąż będą ich drugim domem, jednak ich atutem będzie szersza ławka niż w poprzednim sezonie, gdyż cały ubiegły sezon Mewy przegrały praktycznie jednym składem!

Burnley
Jakkolwiek nieprawdopodbnie by to nie brzmiało – tak, to prawda; Burnley zagra w europejskich pucharach. Właściwie to już nawet zaczęli kwalifikacje do Ligi Europy od wyeliminowania szkockiego Aberdeen (tak cieszyli się, że zwiedzą Europę, a nawet jeszcze za granicę nie pojechali). W III rundzie zmierzą się ze znacznie mocniejszym Basaksehirem, i choć kibice Bordowych znajdują się w stanie orgazmicznymi, może lepiej dla klubu byłoby nie awansować do fazy grupowej Ligi Europy? Choć podopieczni Seana Dyche’a (który w mieście ma chyba status świętego) w poprzednich okienkach konsekwentnie wzmacniali swoją kadrę, to jednak granie w środku tygodnia może się okazać klątwą Burnley. Tym bardziej, że na transfery wydali 0 funtów. Czasu jest niewiele, okienko kończy się wraz ze startem Premier League. Życzę im powodzenia, niestety jednak wróże im walkę o utrzymanie, chyba że szybko odpadną z LE, co w wypadku angielskich klubów nie byłoby niczym zaskakującym. Kadra The Clarets, choć szeroka, to brak w niej jakości i jest ona dość stara. Ale za ubiegły sezon należą im się serduszka i gratulacje, niech się cieszą tym gdzie są i niech znowu zaskoczą parę topowych ekip po drodze.

Cardiff City

Spadek Swansea City oznacza, że ominą nas Derby Walii w Premier League. A co zmieniło się w Cardiff od ich ostatniego, krótkiego pobytu w Premier League w sezonie 2013/14? Na przykład… barwy klubowe! W 2012 władze kluby podjęły decyzję, że w sumie beka będzie jak zamiast na niebiesko od teraz będziemy grać na czerwono. Pomysł został porzucony, a teraz przydomek The Bluebirds ma chociaż sens. Po spadku z ligi w 2014 roku sytuacja w klubie była bardzo nieciekawa, stadion świecił pustkami, klub borykał się z problemami finansowymi, aż w końcu, ekscentryczny właściciel klubu – Vincent Tan (na zdjęciu), sięgnął do kieszeni. Efekt? Awans do Premier League. Chciałbym dostrzegać jakieś pozytywy w sytuacji Drozdów, jednak nie potrafię. Trenerem jest doświadczony Neil Warnock, który doświadczenie w Premier League mimo sędziwego wieku ma nikłe, a kadra, ani dokonane transfery kilku graczy z Championship na kolana nie powalają. Skład dominują Anglicy, jednak tylko pięciu graczy zaznało gry w Premier League. Są to Pilkington, Hoilett, Richards, Tomlin i Bennett. Brak zawodników na poziomie Premier League, wyraźnych liderów, dobrego menedżera, szerokiej kadry, naprawdę -w przypadku Cardiff nie ma o czym pisać. Kampania 2018/19 dla klubu ze stolicy Walii może okazać się bardzo bolesna, i jak to beniaminek, będą głównym kandydatem do spadku.

Na tę część wpisu to tyle, spodziewajcie się kolejnych, a przy kolejnej herbatce z mlekiem odwiedzimy Chelsea, Crystal Palace, Everton, Fulham i Huddersfield.

Tymczasem, see you!


No hejka, co tam się z Tobą dzieje? Skąd to zwątpienie?

Trochę zardzewiało tu znów nad czym w sumie ubolewam, no ale co, priorytety i inne takie…

Moją głowę zaprzątają obecnie głównie zbliżający się trzeci rok studiów, praca, ta obecna i przyszła, oraz, brzmiąc bardziej górnolotnie, rozkminy pokroju Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?, czyli kwestia dalszego życia o którym muszę nieco poważniej myśleć czy najzwyczajniej sprawy prywatne. Wygląda to różnie, ale to akurat osobny temat. Wracając..

W sumie ciężko mi mówić o planach, bo wydaje mi się, że już przestałem trochę planować, przynajmniej takie, wiecie, projekty(?), ale mam w głowie tekst o umowach śmieciowych i moich doświadczeniach z tym związanych, a mimo dość krótkiego czasu od skończenia szkoły średniej coś tam na ten temat liznąłem z czym czym chciałbym wyjść dalej, a parę osób ponoć chciałoby o tym przeczytać czy tam chciałoby nawet żebym o tym napisał. I tu dotykamy kolejnej kwestii.

Nie chciałbym robić z tego jakiejś większej akcji, ale mam zamiar wyjść z tą stroną nieco bardziej z zakorzenionego w grach multi undergroundu, na rzecz nieco bardziej… mnie jako mnie. I nie, nie strzelę sobie imienia i nazwiska w domenie ( ), ale no chciałbym zrobić z tej strony trochę bardziej personalne portfolio, powklejać parę linków co niesie za sobą pewne oczywiste następstwa. Póki co luźne plany, badanie gruntu, zobaczymy.

Chyba niewiele więcej mogę dodać atm. Jakby coś jestem i myślę, że jeszcze trochę pobędę. Tyle.


#GameStruck4, czyli gry, które nas ukształtowały – jak wygląda nasz wybór?

Jakiś czas temu w serwisie gameplay.pl zobaczyłem ciekawy artykuł dotyczący akcji #GameStruck4, gdzie to różni ludzie wybierają 4 gry, które najbardziej zdefiniowały ich jako graczy. Gry, które w jakimś stopniu najbardziej utkwiły im w pamięci. Początkowo mogliśmy zobaczyć to jedynie na twitterze, ale z czasem temat podjęły również inne strony internetowe, chociażby Spider’s Web. Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić również to w swoim wydaniu, ale żeby nie było zbyt nudno, postanowiłem zaprosić parę innych zaprzyjaźnionych osób żeby również przedstawiły swoje typy. Napisałem m.in. do Kunia, NC oraz Genesisa. Z pewnością wiele osób stąd ich kojarzy. Jesteście ciekawi, które tytuły znalazły się na naszej liście? Oddaję głos naszym gościom.

Kunio:

Siadając sobie do rozmyślania nad tematem podesłanym od Piterusa, już na samym początku wypisałem sobie potężną garść tytułów, z którymi wiązałem dobre wspomnienia – głównie z czasów beztroski, kiedy to dopiero zaznajamiałem się z elektroniczną rozgrywką. Wiele z nich już w momencie ogrywania przeze mnie była już dawno archaiczna, ale posiadały swój specyficzny styl dla mojego niezbyt rozgarniętego wtedy mózgu. Oczywiście szaleństwem byłoby wymieniać je tutaj wszystkie, dlatego wybrałem tylko te, które z perspektywy czasu zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

Kto mnie zna to wie, że strasznie cenię sobie popularnego u nas „Pegaza”, który na początku XXI wieku był już niezłym przeżytkiem. To właśnie z nim wspominam najwcześniejsze moje lata grania, kiedy to z namiętnością rąbałem we wszelkie tego typu pewniaczki. Największe wrażenie zrobiła jednak na mnie Contra od Konami i Goal 3 od Technos. Pierwsza była lepsza od Mario z powodu tego, że nie była tak dziecinna, bo w końcu po co skakać po grzybach, skoro można strzelać do ludzi z karabinu. Druga natomiast była przeniesieniem mojego ulubionego sportu na ekrany konsoli, z całą tą brutalnością, dobieraniem własnej postaci czy składu. Gry pegazusowe miały też przewagę świetnych ścieżek dźwiękowych, gdzie większość ogrywanych tytułów posiadała bardzo rozpoznawalne tjunsy, co tylko sprawiało, że chętnie się do nich wraca, nawet dziś.

Kolejną kultową konsolą z jaką miałem doświadczenie jest poczciwy „Szaraczek”, z którym najbardziej chyba kojarzy mi się Tekken 3. O rajuśku, nawet nie wiecie jak zmieniło się wtedy moje postrzeganie gier, gdy to stało się tym. Dodatkową zaletą gry przez którą zbierałem swoją szczękę z podłogi to duża liczba ciekawych postaci do ogrania, podczas gdy większość gier 8-bitowych miała ich maksymalnie 8 lub ich liczba była sztucznie zawyżana kopiowaniem wojowników zmieniając ich kolor. W klasyku takie coś nie występowało. Miałeś ponad 20 grywalnych zawodników, z których każdy był inny i miał swój własny styl walki, co nadawało grze niezwykłego realizmu.
Vice City to była miłość od pierwszego wejrzenia. Nie miałem nigdy styczności z żadną odsłoną tej franczyzy w 3D i zderzenie z grą w której mogłem robić to co żywnie mi się podoba było niezwykle satysfakcjonujące, chociaż na początku nie potrafiłem wyciągnąć dużo z rozgrywki z powodu braku znajomości angielskiego przez co nie wiedziałem, jak robić misje. Dopiero po czasie, polskich napisach można było łyknąć jedną z bardziej pomyślanych historii w całej tej serii z klimatem tych wszystkich znanych filmów z Człowiekiem z blizną na czele. I jakoś ostało mi się tak, że stawiam tą pozycję najwyżej w swoim rankingu serii i nic póki co nie może go zdetronizować, a w VC:MP zacząłem grać tylko dlatego, bo SA:MP działał na moim komputerze bardzo słabo i szukałem alternatyw. I jak widać zostałem tutaj na dłużej.

Ostatnia pozycja wiąże się z moją małą, dziecinną odskocznią od rzeczywistości. W pierwszej dekadzie tego wieku uwielbiałem Pokemony, łykałem każdy odcinek oryginalnej serii po kolei, ale z czasem pałeczkę przejęło Disney XD, a dla mnie był to za wysoki koszt i musiałem pożegnać się z nią na lata. Dlatego nie wiecie, co poczułem, gdy brat przyniósł kiedyś na płycie nagrany emulator Game Boya Advance z kilkoma ROMami, a jednym z nich był Pokemon Fire Red, który jest jedną z najlepszych według mnie gier ever. Świetna historia, ulepszona grafika względem oryginału i możliwość wyboru Charmandera na pierwszego Pokemona. Z czasem odkrywałem kolejne części cofając się i idąc dalej w generacjach stworków, aż do teraz, gdy zostało mi do ogrania X&Y i Sun&Moon, ale tutaj trzeba czekać na własnego 3DSa. Ale i tak mimo wszystko uważam Fire Red za najlepszą i najbardziej kultową część tego cyklu.

Genesis:

Football Manager 2006 – Pierwsza kupiona, długo ogrywana przeze mnie gra. Połączenie skarbnicy wiedzy o piłce nożnej z zarządzaniem to dla mnie coś idealnie dopasowanego. To niezwykłe, jak wielka potrafi być dysproporcja między dynamiką gry a emocjami czerpanymi z niej.

Grand Theft Auto 3 – To kolebka, początek mojego zamiłowania do całej serii GTA. Trójka ukształtowała mój gust, po dziś dzień (z nielicznymi wyjątkami) jedynymi grami, w które potrafię naprawdę się wciągnąć są te z otwartym światem.

Metin 2 – Za sprawą popularnego MMO nauczyłem się czerpać radość z grania online. Dzięki tej grze nie mam oporu przed grą multiplayerową, kooperacją z innymi. Gra, która uczy pokory i cierpliwego grindu, który dziś, w dobie „Pay to win” jest jedyną bezpłatną alternatywą.

Colin McRae Rally 04 – Mimo, że pierwsze kroki za wirtualną kierownicą stawiałem w poprzednich odsłonach, to jednak dopiero Colin z 2003 roku rozpalił moją pierwszą świadomą miłość do rajdówek. Absolutny fenomen, który ogrywałem razem ze starszym bratem i który trwa do dziś na mojej półce w postaci najnowszych odsłon DiRT.

NC:

Cztery gry, które zdefiniowały mnie jako gracza? Niby wiadomo o co chodzi, ale dobrać właściwe przykłady wcale nie jest tak łatwo. Modelowymi odpowiedziami byłyby zapewne pierwsze zagrane strzelanki czy gry strategiczne, które wyrobiły w nas refleks i spryt, z których korzystaliśmy w innych grach. Do swojego zestawienia wybrałem cztery tytuły, które może nie definiują mojej grającej części osobowości, aczkolwiek przywołują ciepłe wspomnienia i w pewien sposób ukształtowały mój charakter.

GTA 2

Jak część z was wie z mojego wpisu autobiograficznego, byłem (tfu, jestem!) szczęśliwym posiadaczem GTA 2 w wersji „ściągnięte z internetu na neostradzie 128”. Wspólnie z kolegą ze szkolnej ławy w pierwszych klasach szkoły podstawowej (!!!) namiętnie ciupaliśmy w dwuwymiarowe części Grand Theft Auto, a druga część była pierwszą, która była moją własnością i której z tego względu poświęciłem wiele godzin. Ostatni raz zagrałem w 2008 r., kiedy to ś.p. Polonez wspominał, że multi do tej gry żyje i można normalnie skryptować, w przeciwieństwie do VCMP (czasy skryptów mIRC, kto pamięta, ten stary ). Może warto znowu zagrać? Chyba jestem za stary na takie zręcznościowe tytuły .

Heroes 3

Nooooo! Sytuacja jak wyżej, wracało się ze szkoły i pyknęło się z godzinkę-dwie w Heroes 3, do czasu aż matka po mnie nie przyjechała . Mając kilkadziesiąt zapisanych stanów gry, których nigdy nie wznawialiśmy, wspólnie obmyślaliśmy taktyki, której przewodnią myślą było „nie atakujmy się”. Mimo upływu lat do Heroesów wracałem. Choć rozgrywka jest schematyczna, grywalność jest wysoka, a doinstalowanie modyfikacji jak Wake of Gods winduje poziom zabawy do sufitu. W kolekcji płyt mam jeszcze czwartą część, a obecnie ogrywam Heroes 6 z CDA. Za wcześnie by oceniać grę, ale potrafi przykuć na więcej niż godzinę do ekranu! Chyba, że komputer zacznie oszukiwać…

Dave Mirra Freestyle BMX

Jako dzieciak uwielbiałem komiksy. Rodzice wspominają, że już w wieku kilku lat kupowali mi „Kaczora Donalda” i zmuszałem ich do czytania historyjek czego oczywiście nie pamiętam, ale gdy już potrafiłem sam czytać, chłonąłem każde wydanie, które było co środę. Z czasem zaczęły pojawiać się zabawki, a na okres świąt bożenarodzeniowych (2002?) dodano płytę CD z demami 20 (!!! słownie: DWUDZIESTU) różnych gier. Wśród nich był Dave Mirra BMX, czyli taki Tony Hawk, tylko na rowerze . I dużo lepszy! Pamiętam jak przy świetnej ścieżce muzycznej (odsłuchując ją od razu mam ochotę zainstalować grę) naciskałem wszystkie możliwe klawisze by wykonywać super salta. Ostatni raz grałem może w 2016 r i gra wciąż dobrze wygląda, a zabawa jest przednia. Szkoda tylko, że nie zdecydowano się na kolejne „rowerowe” gry na PC, a sam Dave Mirra kilka lat temu popełnił największą głupotę życia.

Wolfenstein: Enemy Territory

A na koniec – nowy staroć, który odkryłem stosunkowo niedawno. Granie w ET nauczyło mnie, że można być niedzielnym graczem, bez jakiś super growych zdolności czy myszki za dwie stówki i doskonale się bawić. W innych strzelankach zawsze są takie momenty, że snajper gdzieś siedzi i cię nie przepuści, za rogiem ktoś tylko czeka aż przejdziesz, a wszyscy znają mapę na wylot i wiedzą, jak się ustawić. A w ET po prostu zacząłem grać, wspomnianych problemów nie było (chociaż mapę zawsze dobrze znać) i nawet jeśli gram „od święta” to zawsze jakieś głowy urwę .

Gier, które do mojego zestawienia jeszcze bym dorzucił, znalazłoby się kilka. Na pewno GTA VC, bo przecież dzięki niemu teraz mam przyjemność współtworzyć ten artykuł . Jednak byłoby to zbyt oczywiste do opisania. Inne gry, które do mojej listy się nie załapały to Worms Armageddon, Tropico 1, Larry 7 . Może będzie jeszcze okazja, by o tych czy innych tytułach jeszcze coś powiedzieć. Dziękuję Piterusowi za zaproszenie do współtworzenia tego wpisu i gratuluję pomysłu!

To ten, może na mnie kolej co Z racji, że odpadają mi tak świetne tytuły jak Contra, Vice City czy gejmbojowe Pokemony, które świetnie opisali już moi przedmówcy (w sumie to Kunio głownie :D) zdecydowałem się na może nieco mniej oczywiste gry, które z jakiegoś względu utkwiły mi w głowie.

Prince of Persia – Zacznijmy od początku. Moja przygoda z graniem zaczęła się od Pegasusa, znanego szerzej jako NES czy też Famicom. Jedną z gier, która mnie szczególnie ujęła był wspomniany wcześniej Książę Persji, nazywany przeze mnie wtedy… Aladynem. Lata mijały, zmieniały się platformy, a PoP wracał do mnie jak bumerang w różnych odsłonach czy to w wersji mobilnej czy na innych sprzętach. W pewnym momencie, po kolejnej sesji byłem już praktycznie gotów przejść ten tytuł tylko na jednym życiu. Dziś, mimo że sięgam po niego raczej już tylko gdy raz na jakiś czas ponownie podłączę starego pegaza, to i tak za każdym razem czuję się tam jak u siebie, a i jak ktoś wspomni o tym tytule zawsze robi mi się cieplej na serduszku i wiem, że ktoś naprawdę ogarnia temat

Szymek Czarodziej – Później przyszedł czas na PC. W momencie gdy wszyscy zagrywali się w Gothica i inne takie tytuły, ja grałem w… Szymka Czarodzieja. I niech nie zmyli was tytuł! Gra chociaż niepozorna jest odbiciem w krzywym zwierciadle różnych innych gier ocierających się o tematykę fantasy przy czym mamy również odniesienia do różnych współczesnej popkultury, a momentami nawet żarty typowo po bandzie, które w swoim czasie robiły na mnie spore wrażenie. Przy tym wszystkim mamy, jak zwykle z resztą w przypadku naszych rodzimych produkcji, świetny dubbing z chociażby Maciejem Stuhrem podkładającym głos pod główną postać. Grafika nie była genialna nawet jak na tamte czasy, ale przy odrobinie dobrej woli i przyjęciu pewnej konwencji pasuje idealnie i w całym tym szaleństwie, wśród wielu świetnych gier, które gościły na moim sprzęcie i później, to ona dała się zapamiętać jako jedna z ważniejszych.

FIFA (07?) – FIFA jaka jest wszyscy wiemy, ot 22 chłopa podzielonych na zespoły biega po boisku za piłką i próbuje strzelić bramkę przeciwnikowi. Banał, jeśli ktoś nie interesuje się piłką nożną. Z roku na rok dostajemy usprawnioną mechanikę, grafikę i oczywiście składy. Ale przy tym wszystkim najważniejszy dla mnie jest fakt, że FIFA to chyba najlepszy tytuł multi jaki znam. I nie mówię tu nawet o takiej grze przez sieć, ale o siedzeniu na kanapie z kumplami czy koleżanką (w sumie też się da :D) i pad w pad rozrywać mecz i przeżywać go na żywo. Przy czym jednocześnie nie ma chyba bardziej frustrującej gry niż właśnie FIFA – przekonałem się o tym szczególnie teraz, grając w 18 w trybie FUT. Fajnie napisał o tym Vandi swojego czasu. Nie ma co ukrywać – cokolwiek by się nie działo FIFA była, jest i pewnie będzie na moim sprzęcie tak długo jak długo będę w coś grał. 07 dla przykładu, bo najwięcej czasu tam spędziłem i w sumie najlepszy w nią się czuję

Valiant Hearts – zdecydowanie najbardziej ambitny tytuł pod względem problematyki jaki znalazł się na mojej liście. Ba, wydaje mi się, że to najbardziej ambitna historia jaką dane było mi przeżyć w czasie wirtualnej rozrywki. Nawet nie wiem czy rozrywka to odpowiednie słowo w tym miejscu. Valiant Hearts to tytuł, który ma nas uwrażliwić na tematykę wojenną i pokazać, że nikt nigdy nie chciałby przeżyć tego ponowie. Chociaż tytuł ograłem stosunkowo szybko to został po nim naprawdę mocny kac, który ciągnął się za mną jeszcze przez długi czas. W swoim czasie poświęciłem temu tytułowi nawet osobny artykuł i tam można znaleźć więcej na ten temat.

Niestety na mojej liście nie wystarczyło się miejsca dla takich gigantów jak NFS:U2, GTA IV czy nesowego Batmana oraz tytułów o których wspomniałem na początku, bo nie ukrywajmy, że zarówno taka Contra jak i Vice City to absolutny top również w moim przypadku. Z różnych względów nie sposób o wszystkich tych grach nie wspomnieć, bo jeśli miałbym się w jakimś stopniu zdefiniować jako gracz, no to właśnie dzięki takim tytułom.

Jeszcze raz chciałbym podziękować z tego miejsca za pomoc przy wpisie Kuniowi, NC i Genesisowi. Niewykluczone, że w przyszłości ponownie zdecyduję się na takie rozwiązanie o ile ktoś będzie wgl zainteresowany ;)  W końcu zawsze to pewna różnorodność i coś ciekawszego niż czytanie tylko i wyłącznie samego mnie Tak nawiasem zachęcam do pisania własnych tytułów w komentarzach. Być może niektóre pokryją się z naszymi, bo nie ma co ukrywać, że znalazło się tu naprawdę sporo bardzo udanych gier.


Stephen Hawking 1942-2018

Zmarł Stephen Hawking, najwybitniejszy i najbardziej znany uczony naszych czasów. Miał 76 lat.

O ile nie ma co ukrywać, że mało kto jest na bieżąco z badaniami Hawkinga i pewnie wielu miało by problem z wymienieniem chociażby części jego dokonań, o tyle chyba nikt nie kwestionuje jego wkładu we współczesną astrofizykę. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego. Jak mimo swojej niepełnosprawności, niezaprzeczalnej, utrudniającej mu normalne funkcjonowanie, znalazł się na samym szczycie światowej nauki i jak mógł udowodnić swoją wielką wartość jako jednostki. Zdumiewające jest też jak bardzo technologia była w stanie mu pomóc – mam na myśli chociażby komunikowanie ze światem zewnętrznym. Wiele osób w podobnym stanie uznawane jest za rośliny i ich dalsze plany zostają praktycznie przekreślone. Może doczekamy czasów, że taka technologia będzie znacznie bardziej dostępna szerszej społeczności. Oby.

Swoją drogą jakby ktoś chciał poznać historię Hawkinga w bardziej przystępnej formie to polecam film Teoria wszystkiego z 2014 z genialną rolą Eddie’iego Redmayne’a, za którą dostał Oskara. Oczywiście należy traktować go z pewnym dystansem, ale daje całkiem ciekawy pogląd na postać słynnego naukowca.

W ogóle, w gąszczu dzisiejszych porannych informacji na ten temat, w pamięci utkwiło mi szczególnie jedno zdanie – po odejściu Stephena Hawkinga świat stał się zdecydowanie głupszy.


Nikt nie wie co siedzi nam w głowie

Ostatnio w sieci pojawił się wywiad piłkarza FC Barcelony, Andre Gomesa dla magazynku Panenka na temat jego osobistych problemów:

Rozmawiam z przyjaciółmi i oni mówią mi, że problem jest w mojej głowie, że gram z zaciągniętym hamulcem ręcznym. To, co jest w tym najtrudniejsze to posiadanie świadomości na ten temat. Wkurza mnie to, że mówią mi, iż mogę zrobić wiele świetnych rzeczy, a ja siedzę i pytam siebie: „to dlaczego ich nie robię?”. Nie czuje się dobrze na boisku, nie ciesze się z tego, że gram. Pierwsze sześć miesięcy (w klubie) były całkiem niezłe, ale potem wszystko się zmieniło. Może te słowa nie są najbardziej poprawne, ale stało się to dla mnie trochę piekłem, ponieważ zacząłem odczuwać większą presję. Podczas treningów z kolegami czuję się dobrze, ale gdy przychodzi mecz to odczuwam, że jest ze mną źle. Chociaż koledzy z zespołu mnie wspierają to sprawy na boisku nie układają się po mojej myśli. Chciałbym opróżnić mój plecak z tym ciężarem, ale on staje się coraz cięższy. Zdarza się tak, że nie chce wychodzić z domu, bo wiem, że ludzie mnie obserwują i jest mi wstyd. Jestem zamknięty i nie mogę pozbyć się tej frustracji, którą od dłuższego czasu mam w sobie.

Pod artykułami o tym spotkać możemy komentarze typu „jakie on może mieć problemy, w końcu gra w jednym z najlepszych klubów świata, ma masę pieniędzy, znajomych – czego chcieć więcej?”. Tylko, że to wszystko nie jest wcale takie proste.

Chciałbym, żeby każdy człowiek miał szansę kiedyś stać się sławnym i bogatym oraz żeby kupił wszystko o czym marzył – bo tylko w ten sposób zrozumie, że nie taki jest cel życia. – Jim Carrey

Cóż, z pewnością o prawdziwości tego zdania każdy wolałby przekonać się na własnej skórze w myśl że lepiej płakać w Ferrari niż w Golfie, ale fakt faktem tak właśnie jest. Sława i pieniądze nie gwarantują niczego. Nie neguję to oczywiście wartości pieniądza. Chodzi mi bardziej, że problemy mogą dotknąć człowieka niezależnie od jego stanu majętnego.

W psychologii czy ogólnie w książkach na ten temat Istnieje określenie wewnętrznych demonów, które często blokują nas przed pozornie prostymi rzeczami, gdzie coś co może z boku wydawać się bardzo proste, dla danej osoby takim nie jest, Do podobnej rangi mogą urosnąć niektóre problemy – to co dla jednego nie jest warte nawet uwagi, dla drugiego może być naprawdę ciężkim doświadczeniem i mówimy to o ludziach w każdym wieku z każdymi problemami – dla jednego będą to problemy miłosne, na drugiego utrata pracy, a dla trzeciego dwójka z matematyki. Ciężko to hierarchizować, co jest większym problemem, a co mniejszym. Zależy to od różnych czynników. Jakkolwiek byśmy się starali nie zrozumiemy w pełni co siedzi komuś w głowie.

Kiedyś zastanawiałem się, patrząc nawet w kontekście gier, czy grając z samym sobą bylibyśmy dla siebie wybitnie łatwym czy bardzo trudnym przeciwnikiem. Z jednej strony znamy przecież swoje zalety jak i słabe strony, które moglibyśmy wykorzystać, z drugiej zaś, nasz hipotetyczny przeciwnik, którym jesteśmy my, ma taką samą przewagę. Taka walka rozgrywa się w naszej głowie każdego dnia i z każdym kolejnym rozpoczyna się od nowa. Analogicznie w potyczce tej jedną stroną jesteśmy my, a drugą przeciwnik w naszej głowie. Stawka jest naprawdę wysoka. Jest nią wewnętrzny spokój, który pozwala nam normalnie funkcjonować.

Do czego zmierzam – w sumie nie wiem. Chciałbym po prostu zwrócić uwagę na fakt, że jako ludzie powinniśmy być bardzo ostrożni w osądach takich osób jak Andre Gomes czy innych sław, które przyznają się do tego typu problemów. Może też warto w swoim otoczeniu być czasami wsparciem dla kogoś kto tego potrzebuje, bądź analogicznie, poszukać osób, które mogą dla nas takim wsparciem być, jeśli sami mamy taki problem. Najlepiej realnych, namacalnych, a nie internetowych.

Tyle.


Real dał radę Paryżowi!

Wczoraj był rewanżowy mecz Realu Madryt z Paris Saint Germain. Real wygrał 3-1. Podobnie w dwumeczu, który zakończył się rezultatem 5-2.

Nie ma co ukrywać, że obecny sezon jest dla Realu trudny. Pomijając tytuły, które wliczają się bardziej w ubiegły sezon, czyt. Klubowe Mistrzostwo Świata, Superpuchar Europy i Superpuchar Hiszpanii to klub zanotował koszmarny w start w lidze, gorzką porażkę w Pucharze Króla i tylko w Lidze Mistrzów jest obecnie tak naprawdę cała nadzieja na uratowanie sezonu.

Oglądając parę miesięcy temu mecz PSG – Bayern i ogólnie śledząc co klub z Paryża robi chociażby w Ligue 1 raczej nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby na nich trafić. Traf chciał, że Real na swojej drodze spotkało właśnie PSG i ruszyła medialna lawina, w sumie bardziej komentarze ludzi, jak to paryżanie nie rozniosą Realu, który daleki jest od optymalnej formy. Na szczęście Real w meczach o stawkę, a szczególnie w LM to zupełnie inna drużyna.

Gdy dowiedziałem się o tym dwumeczu byłem w sumie zadowolony. Jeśli mieliśmy przegrać to w sumie właśnie z nimi, a i mieliśmy sporo spraw do załatwienia. Powiem więcej – potencjalna wygrana z PSG stała się dla mnie osobiście jednym z minimum na ten sezon, bo nie oszukujmy się, ponownie obronić tytuł w Pucharze Europy będzie naprawdę ciężko.

No i co.

Przyszedł pierwszy mecz, w dodatku na Bernabeu i boisko zweryfikowało, że wielkie pieniądze PSG i ich niewątpliwa siła była jednak niewystarczająca. Wynik: 2-1 dla Realu.

Znów głosy: „Ej no, w Paryżu będzie kocioł, Neymar was rozniesie, kibice zgotują wam piekło”. Co do czego Brazylijczyk nawet w rewanżu nie zagrał, a kibice jedyne co zrobili to trochę rozróby przed meczem i dużo dymu na samym boisku.

Spodziewałem się, że PSG przyciśnie Real, tymczasem wyszli na boisko mam wrażenie niespecjalnie zmotywowani. A Real? Real zagrał swoje, bez fajerwerków, ale na wystarczającym poziomie. Bo Real nawet jak gra słabo to i tak jest jedną z najgroźniejszych drużyn w Europie, a według wielu słaby Ronaldo w tej edycji LM zdążył uzbierać już 12 goli, w tym 3, a jakże, w meczu z PSG.

Tu też pojawia się właśnie inna kwestia. Zarówno Real jak i Ronaldo w ostatnich latach przyzwyczaili wszystkich do osiągania niebotycznych wyników. I taka prawda, że nawet jak zarówno klub jak i sam lider grają nieco słabiej to nadal są to liczby wybitne i nieosiągalne dla większości w Europie. Innymi słowy, to co dla jednych jest sprintem, dla drugich jest zwykłym truchtem.

Wgl warto powiedzieć też parę słów na temat pieniędzy jakie leżą po stronie PSG. Do tej pory to o Realu mówiło się jako o potentacie na rynku transferowym, tymczasem ostatnio ta polityka coś się zmieniła. Ostatnim dużym transferem do klubu był hmm… James Rodriguez w sezonie 14/15 za 75mln funtów i rok wcześniej Bale za według wielu najwyższą kwotę jaką Real zapłacił do tej pory za piłkarza, czyli tam trochę ponad 100kk. W ostatnich latach takich dużych transferów nie było. Tymczasem PSG w tym roku rozbiło bank za sprawą Neymara (222 milionów) Mbappe (180?) i resztą innych piłkarzy, którzy dopiero co pojawili się w klubie w ostatnich latach. Jak widać to nie wystarczyło. Swoją drogą wgl rynek transferowy poszedł do przodu, w sensie ceny. Przecież nie tylko za sprawą PSG, ale i innych klubów ostro poszedł obrót gotówki, jednak to już historia na zupełnie inne rozważania…


Obejrzałem Blade Runnera 2049

Zaletą dużych Tesco czy innych Biedronek jest fakt, że często i gęsto można wyrwać tam świetne filmy w naprawdę dobrych cenach. Po niedawnym Baby Driver, któremu swoją drogą również poświeciłem parę słów, przyszła kolej na kolejną produkcję zakupioną właśnie w tego typu markecie – Blade Runnera 2049. Właśnie zakończyłem seans, także chciałbym podzielić się paroma słowami tak na gorąco.

Blade Runner 2049, podobnie jak Baby Driver czy Ostatni Jedi jest jednym z filmów nominowanych do tegorocznych oskarowych nagród, które dane było mi obejrzeć do tej pory. Film nawiązuje do Łowcy Androidów Ridley’a Scotta z ’82 – ciężko mówić tu o bezpośredniej kontynuacji, bo mimo że, jesteśmy nadal w tym samym uniwersum, ba, spotykamy tu ponownie niektóre postaci, to i tak Blade Runner 2049 śmiało można traktować także jako osobną produkcję i oglądać ją nie znając poprzednika. Jednak pierwszego Łowcę Androidów także warto znać – w końcu dla wielu jest to kultowy wyznacznik jak powinien wyglądać klasyczny film Sci-Fi, a i daje nam to pewne szersze spojrzenie na świat przedstawiony, niektóre problemy, czy po prostu łatwiej będzie wyczuć nam niektóre smaczki.

Może się mylę, ale w filmie czuć sporo inspiracji reżysera filmu Denisa Villeneuve’a innym wizjonerem, Stanley’em Kubrickiem – mam tu na myśli większość kadrów, które cytując Dawida z kanału Sfilmowani, można wyciąć, powiesić na ścianie i zachwycać się [nimi] do śmierci i trochę, przynajmniej w moim mniemaniu, podobnie jest właśnie w takiej Odysei Kosmicznej czy Lśnieniu w których były podobnie ułożone kadry. Tak dla porównania poniżej kadry odpowiednio ze wspomnianego Lśnienia i Blade Runnera 2049.

I tak naprawdę właśnie przez swoją warstwę wizualną ten film zrobił na mnie największe wrażenie, a warto zauważyć, że oglądałem go na zwykłym DVD. Nie tylko tego typu przeżółkłymi kadrami, ale także intensywnym fioletem, różem i niebieskim charakterystycznym dla filmów cyberpunkowych wczesnego okresu. Zarówno efekty komputerowe jak i te związane z fizyczną scenografią to absolutnie najwyższa półka filmowa.

Jednak poza faktem, że nowy Blade Runner 2049 wygląda niezwykle ładnie to porusza także bardzo wiele ważnych kwestii społecznych. Może nie bezpośrednio, ale mówi m.in. o kwestiach okoliczności w jakich rodzi się człowiek i wpływu tego na jego dalsze życie, relacji międzyludzkich czy wpływu technologii na moralne aspekty człowieczeństwa. Film jest w końcu jedną z wizji jak za ileś lat może wyglądać znany nam dziś świat.

I chociaż jak mam być szczery to film nie wbił mnie jakoś w fotel jak kilka innych w przeszłości, to absolutnie nie odmawiam mu kunsztu i niezwykle dojrzałego podejścia zarówno tego czysto artystycznego jak i merytorycznego. Naprawdę warto się z nim zapoznać i ja sam jeszcze nie raz do niego wrócę. Nadal jest to jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku, a dla fanów gatunków jest to wręcz pozycja obowiązkowa. Zdecydowanie polecam!


Już jestem znów

/jj

Piterus juz jest [ 10 dni ]

+++

Wiecie co

Strona mi się popsuła

Albo ktoś popsuł

Trochę słabo

Ale no

¯\_(ツ)_/¯

 

Dokładnie 10 dni temu wykrzaczyło mi stronę. Oficjalny powód to przekroczenie transferu, mniej oficjalny coś musiało to nagłe przeciążenie spowodować. Spodziewałem się strony jakoś w połowie lutego, a tu dziś jakoś fartem zauważyłem, że „o, patrz, działa”. W sumie nie wiem czy to na stałe, bo w panelu transfer nadal widnieje jako przekroczony, no ale skoro strona jest no to ok – nie będę wnikał. Jedyne co zrobiłem to jakąś kopię z poziomu cms, aktualizację samego wordpressa i zainstalowałem dodatkową wtyczkę zabezpieczającą. Czy coś to da? Nie wiem, zobaczymy. Tak czy inaczej przydałby się nowy host. O tyle dobrze, że jest chociaż ta domena, więc w sumie byście nawet nie zauważyli. Chyba.

Pogrywam trochę w Fifę 18. Fajna gra, polecam, jakby ktoś coś jakiś mecz to chętnie. Jakiś już skład tam powstał także spoko. Z drugiej strony, nie sądziłem, że gra ta może być momentami aż tak irytująca. Znaczy nie, nie mówię o samej grze jako grze, ale jako takiej rozgrywce online, która po skumulowaniu różnych czynników z ludzkim na czele daje efekty jakie daje. W sumie zawsze jest Squad Battles (taka bardziej sensowna gra na bota), więc w razie co można ratować się tym. No i karierę Huntera wypadałoby kiedyś przejść

Wgl Baby Driver mnie nadal trzyma. W sumie nie wiem co ja widzę w tym filmie aż tak, ale z pewnością na chwilę obecną byłby mocno wysoko w jakimś niepisanym top. Może kiedyś się o takie pokuszę? Kto wie. W sumie patrząc tylko przez pryzmat ścieżki dźwiękowej to ostatni raz miałem tak z Suicide Squad, tyle że tamten film prócz muzyki, nie ma chyba jednak do BD podejścia

Ostatnio sporo słuchałem radia. W pamięci utkwiły mi szczególnie dwie audycje – Trójkowy TOP Wszech Czasów oraz podobna w radiu Zet. Jak co roku mnie interesowała szczególnie ta pierwsza, bo jest tam kawał naprawdę genialnej muzyki na najwyższym poziomie no i chciałem dowiedzieć się jak wysoko tym razem zajdzie mój konik w tamtych zawodach, czyli Riders on the Storm the Doorsów, który z jakiejś tam puli moich ulubionych piosenek miał zdecydowanie największe szanse. Tym razem znalazło się na miejscu 4, zaraz za podium. Wygrało Brothers In Arms od Dire Straits – według niektórych zasłużenie, mi osobiście nie przypadł do gustu i wolałbym już chyba Bohemian Rhapsody od Queen, ubiegłorocznego zwycięzcę, który tym razem był drugi. Całą listę macie na podlinkowanym profilu na FB jakby coś – dużo wartej poznania muzyki, serio.

Wspominając o Zetce to w sumie miałbym wywalone na ten konkurs, bo i tak czułem, że wygra jakieś Despacito czy coś, więc o czym tu dyskutować, ale mówię posłucham, ocenię i nawet miło się zaskoczyłem. Wygrało Bille Jean Michaela Jacksona i w sumie tak chciałem żeby wygrał, bo patrząc, że radio Zet jest stacją z muzyką typowo popularną to król MJ pasował tam jak najbardziej, jeśli zwrot „wszech czasów” traktujemy jakoś w miarę serio. Cieszy mnie również 4 pozycja Sweet Dreams, bo nie sądziłem, że ten kawałek zajdzie jakoś szczególnie wysoko.

Także fajnie.

NESowy Ice Hockey miał wczoraj urodziny. Trzydzieste. Stara gierka, ale frajdy potrafi dać przez multi tyle, co niejeden współczesny tytuł.

Nie wiem co tam więcej u mnie. Leci powolutku. Mam parę pomysłów tu, które warto by zrealizować, ale co z tego wyjdzie to zweryfikują sprawy bieżące. W każdym razie postaram się być w kontakcie. Nawet discord podlinkowałem tam w panelu obok – zapraszam zainteresowanych.

Mam nadzieję, że strona nie padnie znów, teraz, za chwilę, ale w razie by padła to możecie od czasu do czasu i tak tu zajrzeć – a nóż widelec okaże się że stoi.

Aktualizacja 1.02.2018: dzień po napisaniu tej notki strona znów padła Niemniej, zobaczymy jak będzie w tym miesiącu. Trochę tam dodałem pewne usprawiedliwienia jeszcze także czas pokaże.